„więzień więzi”

Gdyby nie śmierć, którą rozpoznał we mnie X. nie poznałabym Niki. Mogłabym ją spotkać, ale nie poznałabym jej. Nie widziałabym, że jej dwoje smutnych oczu wisi na czarnych pętlach kredki, którą ta młoda kobieta- co dzień własnoręcznie zaznacza wyraźnie miejsce swojej samotności.

Tak. Tamtego wieczoru X. wystawił pod gołe niebo ogrodu zabezpieczającego tyły mojego domu- mój głód. Na szczęście ciastka szpitalne i jeden ziemniak z ogniska pozwoliły odsunąć ten temat. Zanim rozstałam się z X. złożyłam mnóstwo fałszywych obietnic. Nie byłam w stanie uspokoić go prawdą. Moja prawda-dla innych miała głodne, niespokojne oczy, a on wyjeżdżał gdzieś, gdzie, jak wciąż powtarzał, pomoże mu tylko mój spokój i dobre samopoczucie.
Mieliśmy spotkać się pod koniec moich wakacji. On miałby jeszcze dla mnie cały wrzesień.

Sypiałam dobrze, ale tylko gdy byliśmy razem. Wtedy też jadłam, gdy patrzył. Niestety, gdy tylko wysadził mnie pod szpitalem wyznając szereg ciepłych uczuć i obietnicę powrotu, zwymiotowałam do pierwszego kosza, który wpadł mi pod nogi.
Pierwszy raz tamtego dnia nie poszłam od razu do Sophie. Cofnęłam się kilkaset metrów do kiosku, kupiłam paczkę papierosów i małe lusterko za grosze. Usiadłam na ławeczce przed czyimś domem bez ogrodzenia i paliłam papieros za papierosem. Od czasu do czasu wyciągałam z plecaka lusterko i patrzyłam w swoje oczy. Nie umiałam płakać, dobry Boże, kim ja jestem- pytałam samą siebie- jakim jestem potworem, że nawet teraz nie umiem zapłakać?

Wiedziałam, że tego dnia nie przełknę już nic. W plecaku nosiłam zawsze termos z ciepłą wodą. Piłam ją małymi łyczkami, czasem ssałam jakiegoś miętusa. Przed Sophie stanęłam dwie godziny po czasie.

– Zostawił Cię? – babcia wydobyła z siebie cieniutką wstążkę głosu. Smutną i szarą.

Sala, na której leżała, była świeża, jasna, a łóżko zwolniło się nocą. Pani leżąca na sąsiednim łóżku, zmarła we śnie. Ot, wzięła i umarła, relacjonowała później Sophie. – Nie przywiązywałam się do niej, bo widziałam, że nic z tego. Ale swoja była, z łódzkiej gminy- dodała dla jasności.

– W pewnym sensie tylko… bo wyjechał- wymruczałam. Zastanawiałam się, czy babcia czuje ode mnie smród, ale jasne, że czuła. Sama czułam. Nie pomogła mieszanka miętusów i perfum Poeme, których flakonik nosiłam ze sobą, nawet w tak codziennym plecaku.

Był to czas, gdy kilka kobiet w mojej rodzinie pachniało Poeme. Lubiłam ten pachnący chrzest, któremu codziennie poddawałyśmy się. Jakby wspólna krew nie wystarczyła do współdzielenia kobiecości.

– Nie mazgaj się. Wrócisz teraz do domu- wzmocniła głos i podciągnęła się, dając mi znak żeby podłożyć jej poduszkę pod głowę- Tak wiec wracasz do domu, bierzesz długą kąpiel, szukasz najlepszych ubrań, malujesz się, zawiąż moją apaszkę, tę najnowszą, która przyszła pocztą od Tamar. A potem tu przyjedź, jasne? Chcę cię taką zobaczyć- zmiękczyła głos przy tych słowach.

– Nie dam rady, babciu- łamałam sylaby i czułam, że leci z nich krew tam, gdzie je kaleczę nie mogąc mówić płynnie.

Sophie raz jeszcze starannie się podsunęła, w jednej sekundzie spotężniała w moich oczach i nabrała barw.

– Nie chcę o tym słyszeć. I zacznij jeść, bo każę cię zamknąć na oddziale! Popatrz tylko- wskazała na mnie palcem- te lniane spodnie znowu na tobie wiszą! Jak ty chcesz przetrwać?!

– Babciu, to nie obóz…- próbowałam zdystansować ją do sytuacji. Nie chciałam żeby znowu duch pamięci pomarszył ją na moich oczach. Nie chciałam też żeby wiedziała co się ze mną dzieje. – Nie jesteśmy w obozie- uśmiechnęłam się i uścisnęłam jej dłoń, dając znak, że wracam spełnić jej prośbę.

Ale to był obóz i ciągnął się pod moją skórą, dokładnie pod całą jej połacią. I wszystko w środku umierało, poza jednym poletkiem, którego się uczepiłam.

To poletko to kawałek wspólnego życia z X. Nasze połączenie ponad wszystkim, co niepojęte i trudne. Uwierzyłam w to, że drugi człowiek jest w stanie być obok mnie, być ze mną, być sobą dla mnie i wpuszczać mnie w swój niepowtarzalny los. Nie potrzebowałam opiekuna, ani kogoś, kto zapełniłby mi życie. Lubiłam swoją samotną drogę i zajecia, które od zawsze wpadały mi w ręce, rozgorączkowywały myśli… A X. pokazał mi poletko wspólnoty, która wzmacnia, raduje, dopełnia.

Dziś sądzę, że oboje na to poletko pracowaliśmy, skutecznie, dla siebie nawzajem zwalczając swoje strachy. Tyle, że mój, złośliwy, wyłaził mi bokiem, zwracając na siebie uwagę. Pokazał się X. w postaci żeber i wystającego kręgosłupa.

Obiecałam, że będę spokojna- myślałam wracając taksówką do domu- a mnie uspokaja głód i świadomość, że znikam, że plącze mi się w głowie w tych chwilach, gdy musiałabym zbyt wiele pamiętać. Mogłam zjeść dla Sophie, by pomóc jej wstać, mogłam zjeść dla dzieci, by móc skupić się na nauczaniu. Ale nie dla siebie.

Wychodziło więc na to, że najczęściej jadłam raz dziennie, cokolwiek. Odwlekałam ten moment tak długo jak się dało, aż czułam, że po prostu nie uciągnę, że ktoś rozpozna we mnie … no właśnie, kogo?

Więźnia obozu?