„Ewa- matka żyjących”
Nie znałam Ewy. Mieszkała z chłopakiem na końcu korytarza, obok drugiej łazienki, tej z prysznicem. Rzadko zapuszczałam się tam. Mój pokój był blisko łazienki z wanną, co to miała okienko obok drzwi wejściowych. Dawało mi jakieś bezpieczeństwo. Światło? Możliwość ucieczki? Może po prostu dzięki niej widywałam mniej ludzi, nie musząc przechodząc przez korytarz, z którego mogło wypaść na mnie czyjeś życie bez ostrzeżenia.
Ewa była studentką pielęgniarstwa, jej chłopak chyba uczęszczał na jakiś techniczny kierunek politechniki. Nie jestem pewna. Nie byli żywymi postaciami w mojej uwadze. Pełnili rolę zakładek do książek. Byli cisi, niemal niemi i oddzielali sobą końcową część korytarza. Używałam ich do określenia miejsca, ale nie czułam nigdy żeby ich sprawy zapulsowały choćby blisko moich. Naprzeciwko ich pokoju mieszkał samotnie jakiś młody student. Nie pamiętam imienia, ale wrażenie. Coś we mnie poruszał. I nie był to tylko strach. Musiał mnie przyciągać dzikością, bo był zdecydowanie nieoczywisty. Zaznaczał się we wspólnej przestrzeni bujną, ciemną czupryną. Ten także nie mówił wiele, ale to niemówienie nie było nieme. Raczej pełne treści.
Pojawił się tamtego dnia obok mnie. Bo krzyknęłam z całego wnętrza, gdy wspomnianym Grindersem zdeptałam dłoń martwej Ewy. Zapaliłam światło w amoku, właściwie wiedząc, już że to ona. Mogłam wyczuć? Niemożliwe. Nieczułe podeszwy moich butów nie mogły mi tego podpowiedzieć. Dziś sądzę, że nie odnotowując świadomie przejrzystych, jak mniemałam, losów Ewy, moje czułe organy nadczujności- w tym samym czasie bardzo skrupulatnie śledziły każdy jej ruch.
Nie widywałam jej często. Ta drobna kobietka, z ciemnym blondem za ucho, ubrana na sportowo, wpadała na szybkie chwile do kuchni i witała się przyjaźnie. To były rzeźkie przywitania, jasno określone relacje. Jesteśmy na wspólnym boisku, zrobimy kilka ruchów dla obopólnej korzyści i rozstajemy się bez zobowiązań. Ja kawę, albo podgrzany obiad, ona herbatę itp. Klarowne.
A potem martwa ręka i przy zapalonym świetle- martwa cała Ewa. Jakby tylko zasnęła po przejażdżce rowerowej, które z lubością odbywała z ukochanym. Pamiętam swoją myśl: jak dobrze, że nie jem mięsa. Tylko tyle przyszło mi do głowy.
Krzyknęłam, uciekłam butami daleko od nadepniętej dłoni. A potem stał przy mnie ten student z ciemną czupryną i policja.