„tru(p)”

– Cieszę się, że wróciłaś do szkoły. Pewnie Ci lżej!- krzyknął na powitanie.

X. czekał, aż stary zakon przerobiony na szkołę, wypuści mnie zza pilnie strzeżonej bramy. Przyglądał mi się przez chwilę nieruchomo, zanim podeszłam.

– Wyjść stąd to jakiś koszmar. Chciałam zwolnić się z ostatniego tańca, ale zapomnij…

– Nie szkodzi, od stacji szedłem spacerkiem do Ciebie. Sporo myślałem o nas. Źle się czujesz?- X. wsunął moją dłoń w swoją i pociągnął mnie w stronę parku.

– Nie za mocna jestem, wiesz?

– Widzę. Niestety, widzę.

– Wolałbyś nie wiedzieć, że mi źle?

– To jest tak trudne, że sam nie wiem, co byłoby lepsze… Chcę być z Tobą, ale wiem ile …

– Ile wytrzymasz?

– Tak, boję się, że stracę Cię za wcześnie, ale nie dlatego, że umrzesz.

X był piękny. Poczułam zapach jego włosów. Były to takie momenty, w których nie byłam pewna, czy ta przeklęta chora krew, czy uczucia pozbawiają mnie standardowego układu z grawitacją. Odnotowałam tylko, że frunę nad ławką i siedzę w parku na kolanach X.

Nie miałam siły na te odpowiedzi. Nie chciało mi się przeżywać przeżywania innych. Nawet X. przerażał mnie intensywnością uczuć. Były jasne, ale były. To był czas, kiedy nie byłam w stanie ich nosić. Czułam, że nie mogę tego brać do siebie.

– Nie jestem gotowa na taką rozmowę, czuję, że chcesz filozofować- zarzuciłam mu, nie ukrywając zniecierpliwienia i zawodu. W głowie miałam tylko pytanie: naprawdę? Naprawdę muszę tego wszystkiego wysłuchiwać?! Jak jest mu z tym, że nie jestem klasyczną nastolatką? Jak mu jest z tym, że mam kłopoty, które ciężko nawet nazwać, a co dopiero przeżyć?!

– Wiesz X… mam to w dupie, wiesz?- czułam jego oddech na lewym policzku. Siedziałam z nogami przewieszonymi przez jego nogi i patrzyłam w głąb parku. Zaciskałam powieki i usta.

– No właśnie widzę- skierował moją twarz w swoją stronę, popatrzył ciepłym wzrokiem, uśmiechnął się i przytulił mnie jeszcze mocniej.

– Masz dobre oczy, to mnie wkurza jeszcze bardziej!- dyszałam w jego koszulę.

– Faktycznie- mówił udawaną powagą- przeginam, wiem i cieszę się, że jakoś to znosisz. Powiedz, czy jedziesz na weekend do domu?

– Nie wiem, a co?

– Może mógłbym Cię tam odwiedzić znowu?

– Nie boisz się babci?

– Nie, babcia jest najważniejsza, nie mógłbym jej nie odwiedzać.

X. uśmiechał się. Był czuły. Wtedy sądziłam, że nie ma stabilniejszego człowieka na całym świecie. Zdarzenia, słowa, obrazy, emocje… to wszystko wydawało mi się nie dotykać nigdy X. za mocno, choć był bardzo wrażliwy. Myślałam o tym w tamtej chwili. Że jest mocny i tkliwy w tych samych momentach. Skała, w której mogą znaleźć schronienie ptaki.

– Muszę pouderzać dziś w klawisze, nic nie umiem jeszcze na końcowy egzamin. Nie widzę sensu w uczeniu się na pamięć nut. Straciłam serce…

– Noe, nie miałaś go. Grasz bo musisz, a właściwie, bo nie masz wyjścia.

– Dobra, nie wgłębiajmy się w to. Tak, czy inaczej, trzeba mi wracać i ćwiczyć…

Nie wiem, czy X. chciał otworzyć mi oczy. Może chciał mnie leczyć. Na pewno widział związek między tym jak się czuję, a tym w jakim nastawieniu do życia- staram się żyć. Staram się żyć, to było dobre określenie. Mieszanka blasków, cieni, uniesień, zmartwychwstań, zagłady…

X. wrócił do wynajmowanego mieszkania. Wydawało mi się, że po godzinie od naszego rozstania, słyszę jak przekręca klucz i wita się ze swoim kotem. Potem siada nad książkami i wkuwa prawo.

Ja musiałam dojechać autobusem na stancję. Mój pokój był ciemny i wypełniała go nieobojętna woń. Czasem czułam zgniłe liście jesieni, czasem trochę wilgoci ścian. Mieszkałam w starej willi. Na parterze. Od drzwi wejściowych, na przestrzał ciągnął się wąski, a długi korytarz, z którego bez ostrzeżenia wychodził z prawa i lewa jakiś student lub studentka. Drzwi do pokoi były poupychane w równoległych sobie ścianach tak gęsto, jak tylko się dało. Najczęściej marzyłam o tym, by przejść korytarzem do ogrodu na tyłach domu i znaleźć tam jakieś magiczne drzwi, za którymi mogłabym się skryć.

Kuchnia bez okna, wspólna wszystkim lokatorom. Umierałam tam wiele razy zmywając swoje naczynia i czując duszność znajomą każdemu, kto jest bez wyjścia. Tym razem umarł w niej ktoś inny. I weszłam po ciemku na jego nieruchomą dłoń.

Szłam chyba zrobić sobie herbatę, która miała mnie rozgrzać przed grą. Ale tamtego wieczora nie wypiłam już nic. Nie nauczyłam się też ani jednej linijki nut na egzamin. Za to pamiętam, że nosiłam Grindersy, które skutecznie oddzielały mnie grubą podeszwą- od tego, co działo się poniżej moich kostek.