„odci-s(y)k”

Obudziłam się na kuchennej podłodze. Byłam pewna, że zaraz poczuję na sobie oddech śpiącego X. Ale z naprzeciwka podszedł tylko Ernesto, moja szalona kotka o męskim imieniu. Babcia zwykła twierdzić, że jeśli Ernesto coś faktycznie mówi w natłoku swoich nienaturalnych jazgotów, to na pewno nie jest to nic mądrego. A ja kochałam i nadal kocham tego szaleńca. Ernesto urodziła się jako ostatnia z miotu. Nie rosła, nie chodziła prosto, nie nabierała masy i była wiecznie pokrzywiona. Skrzeczała, nie mogąc za nic wydobyć z siebie choć trochę czystszego dźwięku. Nie jestem pewna czy w ogóle tego chciała. Raczej zawsze była tylko sobą i nie wychodziła z siebie, by zaspokajać kogokolwiek.

Teraz też skrzeknęła kilka razy, próbując usilnie złapać ze mną kontakt wzrokowy. Usiadła swoją drobną, czarną postacią obok mojej głowy i wyciągając szyję ku mnie próbowała wąchać podłogowy kafel, pokryty pasmami moich długich włosów. Dopiero wtedy przejrzałam na oczy. Złapałam ostrość. Dwa mocne kolory zaczęły się kąsać.

Czerń i szkarłat. Czerń Estnesto i… ? Wytężałam zmysły. Kafle są przecież… szare?

Leżałam we krwi. Wszystko wskazywało na to, że we własnej.

A potem nastała cisza.
A potem krzyk.
Denerwował mnie, rozdrażniał. Leżałam w środku siebie i nie mogłam okazać złości światu. A on trwał.

– Dzieckooooo, co się stało?! Pomocy!!!- babcia krzyczała w powietrze, albo w otwarte, kuchenne okno. – Krzyczę za Tobą i krzyczę, a ty nie schodzisz, a tu… takie nieszczęście…

Pan Jaś pracował w naszym ogrodzie. Wpadł- pokryty od stóp po dłonie trawiastym oprószeniem z gardła kosiarki. Dźwignął mnie i do dziś pamietam jego ponadsiedemdziesięcioletnie jęknięcie z głębi kręgosłupa.

– Trzymaj się, mała Noe- uspokajał mnie i gładził po czole.

Udawał, że nie omaszcza mi skroni moją krwią. Unikał kontaktu z moim nagim ciałem. Wreszcie S. przyszła z prześcieradłem i nakryła mnie pod samą szyję.

– Tak jakoś niezręcznie…- wymamrotała. Była bardzo zmartwiona. Ja patrzyłam na nich i myślałam tylko nad tym, żepopsułam im dzień. Zastanawiałam się też, jak to możliwe, że przyleciały tu wszystkie pszczoły pana Jasia, i że tak spokojnie latają po pokoju. Jakby całemu światu było bardzo sennie…

Nagle pojawiły się białe sowy, włożyły mi coś cienkiego w zgięcie łokcia. Coś chłodnego popłynęło wzdłuż ręki. Zapiekło wszędzie.

A potem otworzyłam oczy i zobaczyłam X.

– Noeeeeee, obudziłaś się! Heeeej…

Patrzył na mnie promieniąc się.

– Nie krzycz, proszę…

Bolało mnie gardło. Powoli świat dochodził do mnie. Klarowało się moje otoczenie. X miał pięknie rozpuszczone włosy i butelkową koszulkę. Utknęłam na ciemnych, przyległych sztruksach, gdy poczułam jak gładzi mnie po ręce. Zabrałam szybko. Zasyczałam.

– Boli? Przepraszam.

– Boli jak szlag.

– Ale co? Ręka?

– Wszystko, cholera, wszystko…Mam wrażenie, że krew nie może przepchać się przez żyły. Boli mnie pod kolanami, pod pachami i tam…- próbowałam pokazać wnętrze za mostkiem, które tak dobrze czułam, a które dla innych było tylko ukrytą w ciele przyczyną mojego pobytu w szpitalu.

X. patrzył zza zarzuconych na twarz włosów. Szukał mojego wzroku, a ja uciekałam w ból, w niepokój i czułam się winna, że mnie nie ma przy nim.

– Popatrz- zażartował- więc jednak boli Cię serce jak przy Tobie jestem. Jakieś uczucia do mnie masz…

– Ledwie się znamy…- ucięłam zdanie i złudzenia.

– Ale dogłębnie, przyznasz!- zaśmiał się i pokazał wszystkie białe zęby. W myślach pośliniłam każdego z nich. Chciałam żeby mnie zabrał z tego twardego łóżka. Najlepiej na jakieś miękkie trawy. Gdzieś, gdzie nie będę sobą, gdzie będę bezbolesną, sprawną kochanką.

Nie bałam się go. Jak to możliwe? Tak bardzo go pragnęłam, że nie przyszło mi do głowy, że jego ręce są z tej samej planety, co ręce wszystkich innych. Że niosą ból, nieprzewidywalność i lęk.

Już wtedy przeczuwałam, że mój strach może kiedyś ode mnie odejść, że to nie jest trauma na całe życie. To silne uczucie do X. powodowało, że ja traciłam z oczu swoje ciało, a on miał swoje bardziej, za to kompletnie z innego świata. Nie bałam się, nie bałam, nie bałam…

Świat X. był harmonią.

– Kiedy wyjdziesz?

– Nie wiem…

– No to może wykradnę Cię?

– Ani mi się waż!- babcia wpadła z impetem i ostrzeżeniem- No co wam się zachciewa? Takie rzeczy i to i tu możecie!

– Babciu…

– No co? Mam kopać Ci grób, boś głupia?

S. wparowała z lnianą torbą pełną słoików i zawiniątek szeleszczących i pachnących z daleka. Położyła torbę na stoliku i zaczęła rozpakowywać.

– Chcecie się pokochać, to wystarczy powiedzieć. Przypilnuję drzwi- uspokoiła nas i wyszła.
X. położył się obok mnie. Nie mogliśmy nawet się dotknąć. Ból leżał na mnie i to on mnie posiadał. Ale zdrzemnęliśmy się i sztruks spodni X. odbił mi się na łydce, która powędrowała we śnie w moją stronę.

Ten odcisk był naprawdę piękny. Niestety, krążenie dość szybko poradziło sobie z nim.