„nie przy jaźni”

Gdybyśmy spotkały się jako kilkuletnie dziewczynki, chciałabym o niej jak najszybciej zapomnieć. I zrobiłabym to.
Wcześniej nasyciłabym się jej beztroską. Ale tylko po to, by sklasyfikować ją do któregoś z przewinień wobec mojego świata. Nie chciałabym i nie umiałabym z niej skorzystać. Jedyne co mogłabym zrobić wtedy dla siebie, to wyraźnie postawić AA. poza moim, zgrzebnie stworzonym porządkiem rzeczy.

Nie porzuciłabym jej jednak totalnie.

Otóż, dla samej siebie i jednocześnie przeciwko sobie…
Chciałabym pamiętać jak bez skrępowania biega po mieszkaniu, jak pyta piskliwym głosikiem o każdą sprawę, co to zaprząta jej małą głowę… Zupełnie na przekór prawom swojego serca, wyobrażałabym sobie, zapewne doprowadzając się do gorączki serca i ciała, że wszyscy dorośli kładą na AA. troskliwe spojrzenia.

Nasza AA… taka mądra, taka radosna i pełna życia!

Nienawidziłabym jej z całych sił, ale nazwałabym to zupełnie inaczej. Spróbowałabym poczuć do niej pogardę za to, że nie jest zbyt poważna, że nie jest natchniona.
Tak, natchniona…
Że nie czyta Kasprowicza w zagajniku ogrodu i nie modli się wystarczająco umartwienie.
Już ja bym coś na nią znalazła!
Oczywiście, przykrywszy to powłoką poetyckich mgieł, żeby samej sobie tego nie powiedzieć ile jest we mnie zazdrości, bólu i chęci odwetu.

A wszystko to pomieściłabym w, powiedzmy, pięcioletnim światopoglądzie.
Mazeł tov!

AA.

Tak to sobie wyobrażam. Przestrzenne, wysokie mieszkanie. Dwoje myślących rodziców. Refleksyjnych, czyli takich, dla których słowa nie są bezimienne. Wręcz odwrotnie, zakorzenione w sobie i pełne treści. W tym mieszkaniu nie mija się słów, jak nieznanych przechodniów. Są jak studnie, do niewyczerpania, ale do nasycenia. Jak niebiosa. Nie do zgłębienia, ale na ziemskie potrzeby, jest niebieskich stref czasem aż nadto, by przetrawić ich naturę.

Wtedy jeszcze tak jest.

AA. wzrasta swobodnie. Nie zamyśla się nad tym, co niemożliwe. Nie ma podstaw, by nie lubić tego kim jest. Fizyczny, mały człowiek, w którym się znalazła, działa bez przeszkód. Dlatego jej młode myślątka, rodzą się klarowne i pływają w niej jak tysiące drobnych rybek u brzegu Bałtyku.

Bo AA. mieszka niedaleko morza, a ono pokazuje jej kilka swoich wymiarów.

Jest bajkowe, przyjazne i można bawić się w jego przedsionku. Piasek sypie się przez okrągłe paluszki, gdyby przesiewać go przez dłoń… można by wreszcie uznać, że trzymało się w garści całą plażę. Jest pewna, że kiedyś to zrobi!

Wtedy cała jest taką pewnością.

Piasek lepi się do mokrych stópek, do pulchnego ciałka, jeśli je choć troszkę skropić słoną wodą.

Wszystko trzyma się harmonii żywiołów.

Plaża jest gościnna, gdy tylko pojawia się ciepło. Mała AA. bawi się bezwiednie. Do czasu.

Bo zaczynają przychodzić migawki niepokoju. Im jest starsza, tym dłużej trwają. Fale morskie czasem puszczają do niej ciemne oko. Co setne, powiedzmy, podniesienie przez falę powieki z pienistą rzęsą… zatrzymuje jej oddech.

Morze ostrzega jakimś zatrwożeniem.

Jak wkurzone bóstwo.

Nie będziesz sobie tak po prostu żyć, czasem popatrz w ciemną toń!

Mała AA. podejmuje wtedy skryte wyzwanie. Nie zmazuje uśmieszku beztroski, ale wewnątrz siebie przykuca mocno, aż czuje piekący ból w małych kolankach.

Pójdzie przez życie nie prostując kolanek. Choć ludzie z zewnątrz będą przekonani, że jest rozbrykaną, silną, tańczącą nawet Salsę…

AA. dowiedzie sobie, że można tańczyć nie mając sił podnieść się z samej siebie.

Trochę na złość ostrzeżeniom morza. Trochę na przekór złośliwemu bóstwu.

NOE. 

Świat miał zawsze przynajmniej kilka centymetrów więcej niż ja. I czujnie ulatywał ponad mnie, gdy tylko udało mi się wyciągnąć choć trochę ku słońcu.

Sama nie wierzę, że to napisałam. Ku słońcu? A kim właściwie było wtedy dla mnie słońce?

Pamiętam wycięte w błękicie oblicze piekła. Niby skalpelem, ale jego płonącym ostrzem. Do mojej skóry docierał tylko ogień. Nawet wiosenne słońce nie było dla mnie tym, o czym piszą poeci.

Kończyło się na bąblach podeszłych krwią.

I na bezsennej nocy. Sen nie mógł przebić się przez ból rozgorączkowanych skroni. Czasem czułam jak cała paruję i skraplam się na ścianach pokoju. Modliłam się wtedy do Boga, który wydawał mi się wtedy kimś o niskiej temperaturze, by mi ulżył.

Nie pytałam. Nikogo o nic. Bo nikt nie spieszył z opowiadaniem mi świata. Nie wtedy, gdy było mi to potrzebne. Dlatego skupiłam się na tym, by nie czuć, że tego pragnę. A cała byłam głodem. Zlizywałam każdy osobisty gest skierowany w moją stronę.

Dobry, zły. Nieważne. Naprawdę nieważne. Nareszcie był dla mnie. Tylko…

Pod naporem złych słów cierpiałam, ale jednocześnie prężyłam się jak kotka do słońca. Unosiłam na chwilę grzbiet. A potem karciłam się za to.

Tymczasem dom był pełen słów. Nie było czym oddychać, tyle było wokół mnie opowieści. Czasem nawet rodziły się odziane w początek, ozdobniki i koniec. Często jednak przychodziły na świat -tylko z wołaniem o pomoc… Nie były to opowieści dla mnie. Musiały się pokazać światu, bo były płodzone z bezradności. Każdy mógł z nimi zrobić co chciał.

Zrobiłam więc sobie obóz.

Tak, taki koncentracyjny. Nie było to dla mnie nic trudnego. Dostarczono mi przecież wszystkich potrzebnych szczegółów. Psy ludojady odciągające zębami mięso od kości. Ludzkie mięso oczywiście, od ludzkich szkieletów.

Bo szkielety kiedyś, na samym początku wojny, miały jeszcze mięso na sobie.

Tak.

Ustawiłam na siebie zasieki, ustanowiłam esesmanów i zaczęłam im pozwalać na co tylko chcieli. Broniłam ich też przed światem. Bo każdy esesman był moim oprawcą osobistym, łączyła nas szczególna więź, wyjątkowa sprawa… wielkiej wagi.

Nie jakieś tam budowanie babek na pasku.

Co za bzdura…!