„drugi świat”
Klementyna dreptała swobodnie. Niewiele robiła sobie z tego, że jej kacze stopy łamały karki wilgotnej trawie podwórka. Świt przestawał być blady i nabierał rumianych kształtów. Zwłaszcza w okolicy ogrodowej huśtawki, gdzie jabłoń kwitła na różowo.
Udomowiona ptaszyna czuła się coraz pewniej, wydeptując ścieżkę wzdłuż zielonego poletka. Poprzedniego dnia zapowiadali, że będzie to słoneczna, majowa środa. Kaczki znają się na takich sprawach, a Klementyna przecież miała spojrzenie tak stare- jak gdyby pamiętało stworzenie świata.
S. spoglądała na nią z kuchennego okna. Pomyślała nawet, że lekkość bytu ostatniej, żyjącej kaczki pod numerem 51, na szarym końcu małej wsi- nie jest przypadkowe.
– Albo faktycznie czeka nas piękny dzień, albo Klementyna zbiera się do śmierci- pomyślała, a nawet powiedziała pod nosem. Wierzyła święcie w to, że ostatnie chwile przed śmiercią, niezależnie od gatunku, pełne są życia.
Zegar kuchenny był bezlitośnie głośny. Jakby tykał: tra-cisz-czas, tra-cisz -czas, tra-cisz-czas…
S. rytmicznie popijała mocną herbatę i przegryzała ją podpłomykiem zeszłowieczornym. Patrzyła na opuszczoną szopę i dawną, maleńką stodołę przylegającą do budynku mieszkalnego tuż pod oknem, w którym to właśnie trzymał ją poranek. Stodoła przebudowana na schowek rowerowy i narzędzia… A szopa… stała się mieszkaniem dla wszystkiego, co chciało ją za mieszkanie.
Na podwórku była już tylko Klementyna. Może faktycznie, niczym nośnik pamięci, miała być pomostem między -powojennym, skromnym, bo jedynie jednokrowym i jednokonnym- gospodarstwem… za to pełnym kaczek i kur… – a starością S., dogasającej gospodyni…
– Ta kaczka umrze razem ze mną- pomyślała i wyszła z domu prosto na kamienne schody. Kilka stopni niżej była już przy furtce, za którą leżała niegruba, asfaltowa nitka drogi do miasta.
Zamierzała pospacerować kilka minut zanim zasiądzie po porannych modlitw. Dopiero po modlitwach mogła bowiem oddać się pracy.
Bez oddania, nie zamierzałaby zawracać sobą głowy Bogu.
Skierowała się wzdłuż pobocza i zdążyła dojść do początku alei czereśniowej, gdy usłyszała hamujące tuż za nią auto. Odwróciła się. Stary mercedes próbował tyłem zaparkować na małym parkingu oddzielonym drogą od furtki jej domu.
– Kto jest?!- krzyknęła wytężając wzrok. W ciemnej sukience do kostek i chustce zasłaniającej włosy, wyglądała jak szarytka. Za to umiała naprężyć swoje drobne ciało, niczym solidna wiejska baba. Zaparła się mokasynami w pył usypany na skraju drogi.
– Dzieeeńń bryy- wymamrotał X- jaaa …
Obudziło mnie to jego jąkanie. No- spa uśpiła mnie na tylnym siedzeniu. Słysząc te nieudane komunikaty zacisnęłam zęby i raniąc sobie dziąsło zębami odwróciłam uwagę od bólu brzucha.
Wyszłam. Pod butami poczułam znajomy żwirek. Znałam na pamięć melodię, którą odgrywał, gdy cumowały na nim auta domowników. O tej porze nie było już i jeszcze nikogo…
– Babciu…to ja- próbowałam mówić coraz głośniej.
Zaskoczyła w okamgnieniu, poluzowała mięśnie.
– Nie sil się, już idę- uspokajała, po czym znalazła się przy mnie najszybciej jak umiała.
– Znowu? To samo? – pytała cicho a mocno, przyglądając się czujnie moim oczom. Trzymała mnie pod rękę i próbowała odciążać nogę, na którą utykałam.
– Taaaaa- uwolniłam jedynie.
– Niech szlag weźmie wiosnę!- wycedziła ostro- może łaskawy pan nam pomoże?!- odwróciła głowę i staranowała X wzrokiem- i nie mam na myśli Stwórcy! – zadrwiła wychowawczo.
Byłyśmy już na drugim stopniu kamiennych schodów. Jeszcze cztery- myślałam. Jeszcze….
X podbiegł zmieszany. Trzęsły mu się ręce. Babcia popatrzyła wskaztująco na moje nogi.
No! To miałam już to za sobą!
X. przeniósł mnie przez próg domu dziadków.
Znaliśmy się niecałą dobę. Spędziliśmy razem noc w szpitalu, a o poranku już nosił mnie na rękach po domu rodzinnym. Uśmiechnęłam się do siebie gdy mijaliśmy wielką szafę z lustrem w drzwiach.
Pić… bardzo pić…