„X”

Czasem muszę sobie przypomnieć, że jestem zdolna do szaleństwa. A potem, by nie zginąć w jego płomieniu, próbuję pokochać szary papier i chodzę z codziennością za rękę. Jestem wtedy w stanie uwierzyć, że wytrwała powtarzalność jest moją bliźniaczką. Odpadają mi wilcze kły i zapach odurzającego jaśminu ulatuje mi spomiędzy rzęs.
Wszystko to do czasu.
Nie da się iść jedną drogą mając dwugłowe serce. A obie głowy mam w pełni skończone i głodne wszystkiego…

X. kochał we mnie wszystko. Całował moje stopy i paznokcie. Czuwał przy moich pragnieniach. Był gotów je spełniać, jak gdyby były jego naturą. Przychodziło nam to tak łatwo. Bycie dla siebie, ze sobą, przy sobie. Wypróbowaliśmy wszystkie formy bliskości emocjonalnej i fizycznej.

Spotkaliśmy się przypadkiem. Dokładnie tak jak zadziewa się wszystko, co nadzwyczajne.
Pośród najszczerszego nieoczekiwania.
W grupce znajomych pokaleczonych od melancholii, zamyślonych. Ktoś go przyprowadził, przedstawił. Przypominam sobie jakieś żarty, że będzie pożyteczny, bo jego ojciec jest nieźle ustawiony.

Do dziś nie bardzo rozumiem dlaczego mieliśmy to obśmiewać, albo rzeczywiście docenić. Odnoszę wrażenie, że wtedy byliśmy coraz szczuplejsi od przemyśliwania wszystkiego wzdłuż i wszerz. Ciężko mi sobie przypomnieć co lubiłam wtedy jeść. Najprawdopodobniej tę czynność sprowadziłam do powinności podtrzymania życia. Na pewno mało też piłam, głównie kawe i to fusiarę, bez mleka i cukru.

Miałam tak zmęczone myśli od nauki, a jednocześnie tak przećwiczone, że nie widziałam go- siedząc naprzeciw i patrząc na niego… Zlał mi się w ciemno- cielisty punkt. Od czasu do czasu słyszałam jego mocny śmiech i lgnęłam do tej siły czymś ze środka siebie. Ale tylko wewnątrz, w dalekiej głębi siebie. Potem, gdy relacjonował mi ten dzień, mówił, że podejrzewał mnie o otumanienie tym i owym, dostępnym wśród bogatych dzieciaków.

Ale nie, to był tylko czas gimnastykowania się w codzienności. Wypełnienia wszystkich oczekiwań wobec mnie… Do przegrzanych myśli należy dołączyć sforsowane ciało.

Nie wiem jak to się stało, że po dyskusji na temat Prousta, wyszliśmy razem. A może szliśmy grupką, a on po prostu został przy mnie, gdy wszyscy poszli do swoich domów, na swoje przystanki…?

Tego popołudnia kochaliśmy się w starym lesie, który wpuścił korzenie we wzniesienie górujące nad miastem. Na plecach i udach miałam odciski gałązek z co grubszej faktury roślin. X całował je tak długo, aż skóra wróciła na miejsce. Kochałam się z jego życiem, bo sama byłam umieraniem. Ale dopiero po tym jak przebrnęłam przez jego ciało, zapamiętałam jego imię.

-X? – upewniłam się, wciągając przyległe sztruksy.

Stałam boso na mchu. Miażdżyłam piętami jego splątek, który, niczym masło, dawał ugniatać się moim pulsującym stopom. Czułam zimną wilgoć tłamszonej zieleni.
Byłam gorąca. Może nawet rozgorączkowałam się naprawdę. Z wrażenia?

– No takkkk….- przesiewał słoneczne włosy palcami.

Dopiero zauważyłam, że sięgają do ramion. Zupełnie zgubiły się w plątaninie ciał i języków. Zakładał spodnie i koszulkę niespiesznie. Co chwilę pytał czy dobrze się czuję.

-Ja? – dziwiłam się- a jakie to ma znaczenie?- kpiłam.
– Teraz już ma- podniósł głos i mnie. Zakołowało mi w głowie.

Wkurzający sygnał karetki wisiał mi nad głową.

– X?- wymamrotałam kilka razy jego imię. 

– Już dobrze. Zaraz się Tobą zajmą- uspokajał, trzymając mnie za rękę, której nie czułam- Masz pomysł co mogło się stać?

– Wiosna. Wiosna się stała…

Czułam ból w żyłach. Serce się dusiło.