Nowy Cmentarz w Kowalówce wspinał się po niewielkiej górce. Zostawiono tu część sadu, po nieżyjącym już gospodarzu, którego wnuki odsprzedały gminie tę ziemię pod komunalne pochówki. Kowalówka dostała kolejną partię miejskich autobusów, bo z uporem maniaka rozbudowywała się wzdłuż pól po sam Wrocław. Kwitły wiśnie i pod rządkiem tychże, całych w kwieciu i zapachu, stały dwie panny młode, przytulone do swoich świeżo powziętych mężów. Każda piękna po swojemu, obie delikatne i zamyślone.
Trwała skromna uroczystość pożegnania rodziców Jowity Dobruckiej. Tym razem na spokojnie, z czystym sumieniem i wykonanym zadaniem… W Smółkowie kilka dni temu ruszyło Muzeum Sióstr i szczęśliwa z tego tytułu Rut, nie opuszczała myśli nowożeńców.
Pola Schmitt wygłaszała przemowę. Białe kwiaty wiśni chrzciły głowy świeżych małżonków. Stali na polskiej górce, a czuli w powietrzu ciepło kamieni jerozolimskich, które kładziono niecałą dobę temu na świeżym grobie Diny. Kilku pracowników społecznych i Rut, położyli Wydmuszkę do snu. Wierna, jak niegdyś przy staruszce, stała obok Ruty Szawa i pochłaniała pyskiem wiaterek zrywający się od czasu do czasu.
Palmira, Wydmuszka, Dina, a przede wszystkim Siostra- brzmiała tabliczka przy kopcu poruszonej i usypanej na nowo ziemi. Rut zapłakała i uśmiechnęła się zaraz- wołając do siebie wzrokiem kilka młodych kobiet, dotąd stojących w oddali.
Przeszły taką samą drogę jak ona. Oddaliły się od swoich domów, dawnych religii i poczuły wiatr wokół serca.
Pracownicy pomocy społecznej rozchodzili się, całując Rut z kondolencjami. Nie zapamiętała ich słów. Uśmiechała się przez szklane okna załzawionych oczu do swoich uczennic, które właśnie dziś chciała, przy grobie Wydmuszki, nazwać po raz pierwszy Siostrami. Były gotowe i wolne.
Chciała wygłosić krótką mowę siedząc na trawie i zacząć od słów, które staruszka wypowiedziała przed śmiercią:
„Skorki są jednocześnie szkodliwe i pożyteczne…”
Tak też zrobiła, nie odrywając dłoni od ciepłego łebka Szawy zawodzącej niby żałobnie, niby na sygnał rozpoczynających się zaślubin.
W Kowalówce zapadł wieczór, gdy Maksymilian Nać, za rękę z drobną żoną, przynieśli na grób Marii Kołodziej siwe pasma włosów z ciemnymi wstążeczkami, oprawione w ramkę.
Majka rozpoczęła opowieść o zmarłej, jak to zwykła robić podczas kadiszu, pośród żydowskiej rodziny.
– Maria była tajemnicą i siłą nas wszystkich… Kluczem do nas i wytrychem, gdyśmy się zapiekli. Tak samo dobra jak i zła. Tak samo bezpieczna, jak groźna…- bajała, a jej mąż całował ją po karku i włosach tak czule, jak i wiosenna noc pieściła czubki kwitnących wiśni.
Wracając po raz kolejny z cmentarza na wiejską salę weselną, minęli Tamarę Hen, pięknie przystrojoną, rozgrzaną szampanem, niosącą kilka zerwanych po drodze kwiatów.
Ona też nie mogła tańczyć w pełni. Bez Marii.
KONIEC!