Pola Schmitt nie znosiła, gdy nazywano ją mistrzem ceremonii. Jej pasja do pisania i wygłaszania mów okolicznościowych nie wzięła się z chęci uczestniczenia w bogato oprawionych uroczystościach. Była potrzebą serca, jego naturalną melodią. Okazją do dopełnienia lekkością swoich słów- czyjegoś życia. Kochała to, ale fach trzeba było jakoś zarejestrować, co nie zmieniło faktu, że mistrzem się nie czuła. Raczej rzecznikiem życia, nawet gdy wygłaszała mowę pogrzebową… Nie, nie nawet… zwłaszcza wtedy czuła życie. Oprawione w ramkę, cichutkie, niezależnie od tego kto i jak je prowadził. Wysnute do ostatniej nitki, rozespane w niebycie. Pociągające w swoim spełnieniu. Życie nawet najgłupszego człowieka, po śmierci zamykało się w soczystą całość.
Wiosną paliło się od pracy. Im mocniej budziło się życie, tym śmielej atakowała go śmierć. Za oknami blokowiska, na którym osiadła z mężem, zazieleniło się. W tym roku nawet mlecze wygrały ze świeżą trawą, śmiało zdominowały ją skondensowaną żółcią w otwartych na oścież główkach. Miała już gotową listę przemówień ślubnych. Tylko dwa spośród kilkunastu, naprawdę dodały jej skrzydeł. Ludzie najczęściej oczekiwali jednak przedawkowania lukru, a tylko nieliczni potrzebowali zobaczyć żywy, czasem wyrwany z pulsującą jeszcze krwią, kawałek życia i posłuchać jego historii.
Na szczęście, pomiędzy bielą sukienek i cukrowymi różami tortów weselnych, które będzie musiała wpleść w infantylne mowy, pojawiły się też niezwykle ciekawe pożegnania pogrzebowe. Pełne skrytych tajemnic i wewnętrznych bogactw, które rodzina zmarłych wręcz chciała odsłonić przed światem.
Postanowiła więc odtruwać się tymi „skarbami” i pisać powoli, z natchnieniem owe pożegnania cmentarne. Gdy tylko utworzyła fragment wspaniałości dla młodej pary udającej największe cuda świata na ziemi, z głodem ducha przysiadała nad kolejną linijką pożegnania dla małżeństwa nieboszczyków, którego historia syciła jej ciało i umysł.
Gdy wypisała kilka plastikowych opowieści weselnych, mogła odetchnąć, bo zostawiła na koniec dwie przemowy głębokie, choć także ślubne. Mogła teraz na zmianę, z podobną pasją pisać dla młodych, których życie we dwoje właśnie się zaczynało i dla tych, którzy dwójkami zeszli niebu z oka.
Maja Cwajg, zamawiająca ślubną mowę, wraz z przyszłym mężem, poprosili o fragment Psalmu 44 na początek. Pola wyszperała więc w sieci przekład Biblii, który sobie zażyczyli i wymruczała, popijając kawę:
„Boże, usłyszeliśmy na własne uszy,praojcowie nasi opowiedzieli nam o dziele, którego dokonałeś za ich dni, za dni dawnych. Ty swą ręką wygnałeś narody, ich zaś sadziłeś. Druzgotałeś grupy narodowościowe i je wypędzałeś.”
– O nie…- zaskomlała- Bóg tylko dla wybrańców, rzeź niewiernych i duma ponad wszystko, że jest się Żydem. Nie uwierzę, że pan młody to wymyślił. Na bank to podszept tej małej Żydóweczki- pomyślała. Ale, co prawda, to prawda, ciekawie się zacznie. Zawsze to lepiej, niż te pieprzone, niepoczytalne dwa gołąbki, do których chcą być porównywani młodzi, nawet jak wyglądem bliżej im do wypłoszy. Ci są sensowni przynajmniej, jakby nie było i ładni do tego. Niech im będzie Szalom- zadrwiła z przekąsem.
Ci drudzy są znacznie ciekawsi. Młoda prosiła, by zacząć od słów: „Moja siostra Marta mawiała, że ludzie pochodzą od proroków. Ona z pewnością była nim o wiele bardziej niż ja, Jowita. Chcę by ten ślub był na cześć jej życia i śmierci, bo zarówno życie, jak i jej odejście ma dla mnie ogromne znaczenie”.
Pola miała nosa do wychwytywania klimatu, w jakim toczyło się ludzkie życie. Wyczuła coś pokrewnego w mowie zamówionej przez Jowitę i w tej, szczególnej przemowie na ponowną uroczystość pogrzebową dla małżeństwa, które zmarło w krótkim od siebie odstępie czasu, już ponad rok temu. Spojrzała na fakturę i przelew. Ta sama zamawiająca! Czyżby to jej rodzice? Maria Kołodziej i Franek Stróż. Więc zmarła jej też siostra… co za historia!
Klawiatura komputera Poli zagrała oberka, a palce tańczyły jak dobrze rozciągnięte nogi tancerek.