– Ty znowu w szpitalu? Marysiu?! Znowu serce?! Co z sercem?!- Wydmuszka krzyczała do mnie- jak zwykle, chcąc siłą głosu pokonać odległość z Jerozolimy do Wrocławia.

– Spokojnie, mam tu dobrą opiekę- zaśmiałam się- daj szansę technologii, nie krzycz tak!

Charczałam. Czułam jak coś naciska mi na płuca. Nawet nie coś, ale cały zbiornik wody wymusza na mnie duszny kaszel i szatkuje barwę głosu. Postanowiłam ignorować przerażenie, które przyszło do mnie w zamian za niepełny oddech. I jeszcze te odnowione ściany kliniki… Wszędzie biało, a sterylność w wiosennym słońcu działała na mnie odurzająco. Poczułam się jak substancja czynna wewnątrz ogromnej pastylki życia szpitalnego. W oderwaniu od ciała i rzeczywistości, gotowa byłam na wieki dać zamknąć się w kapsule nieskazitelnych ścian. Ale nie czas jeszcze, jeszcze nie.

Siłą wróciłam myślą i wzrokiem ku Wydmuszce.

Siedziała rozpromieniona, mimo troski spowijającej jej twarz. Obok niej przycupnęła też, skupiona na ekranie komputera, Rutka. Kochana dziewczyna, niezawodna. Nie rozumiała ni w ząb, ale wyczuwała, że atmosfera między nami jest dobra, mimo szpitalnego wątku. Patrzyłam za Szawą, ale dochodziły mnie, od czasu do czasu, jej miękkie zawycia. Zawsze odczytywałam dokładnie to, co Szawa chce przekazać Wydmuszce. Była szczęśliwa, że nasze utajnione drogi nabierały światła. Przy moim szpitalnym łóżku stało całe zgromadzenie: Jowi, Aurelian, Maks i Majka. Moi najbliżsi. Nowi bliscy.

– Pogoniłam tego gniota- zaśmiałam się wiedząc, że Wydmuszka wybuchnie tym samym na myśl o Staszku.

– Nic lepszego nie mogłaś zrobić, Kochana- potakiwała łypiąc serdecznie, choć zawsze trochę z ukosa, jak kura. A fikał? Co tam pytam! Pewnie, że fikał…- rozważała pytając jednak.

– Fikał, ale dałam mu do zrozumienia, że dość haraczy. Całe mienie Marty zostawiam Jowicie, czy dobrze?- zapytałam niepewnie.

Wiem, że plany wydmuszkowej Mamy nie są jeszcze wypełnione. Księga dotarła, ale jeszcze dom w Smółkowie…

– Tak, tylko Jowi! To oczywiste! Część bogactw należy się jej, tak mówiły siostry- podsumowała zgodę silnym oświadczeniem.

– Siostry?- wyrwało się moje dziecię- siostry o mnie coś wiedziały?!

– Tak, dziecko. Jestem też pewna- stareńka spojrzała prosto w kamerę- że to ty dokończysz to, co jest zamierzone w Smółkowie.

– Co takiego?- Jowi przysiadła blisko mnie i wypełniła ze mną łóżko. Spojrzała na Wydmuszkę. Poczułam jak cierpnie jej skóra na rękach i zobaczyłam miliony włosków na karku. Zobaczyła objawienie? No tak, pierwszy raz mogła nie tylko spojrzeć na Wydmuszkę, ale i popatrzeć na nią jak na babcię…

Mama Wydmuszka spojrzała na moje pisklę czule i chłodno zarazem. Wciąż przecież spełnia się to, co niespełnione i trzeba zachować hart ducha.

– Twój tata, a mój syn, Franek, wykupił dla mnie dom, w którym mieszkałam niegdyś. Właśnie ten, w Smółkowie, o którym legendę mama twoja, Maria, jakiś czas temu starała ci się opowiedzieć- mówiła, jakby zaklęciem.

-Mówią, że znikłaś bez śladu z psami, ale wciąż wieje tam wiatr, jakby stał na posterunku…- Jowi referowała z odświeżonej pamięci.

– Bo stoi, moje dziecko- odpowiedziała z ulgą Wydmuszka- bo stoi… i nie na darmo straż nie opuszcza warty. Za pieniądze, które niebawem dostaniesz, utworzysz Muzeum Sióstr, właśnie w tym wietrznym domu. Wszystkie wytyczne dostaniesz. Ale chcę żebyś kogoś poznała.

Wydmuszka przeciskała w głowie miejsce dla rzeki słów jidysz. Udało się, więc ostatni raz jako Dina spojrzała na Rut. Przez chwilę znalazła się znowu w ciele ofiary Holocaustu, którą powoli przestawała już być dla swojej młodej opiekunki. Popatrzyła dziewczynie w oczy, po czym złapała za niesforne palce i paznokcie jej dłoni.

Teraz razem mogły przejść przez granicę państw, języków i imion. Oddychały spokojnie. Dina rosła w siłę dzięki odgruzowanym elementom swojej pełnej opowieści. Nie była już ofiarą. Była rwącą rzeką, która może i pragnie porwać przybrzeżnych, ciekawych jej nurtu.

– Widzisz- wycharczała- w Polsce nazywają mnie Wydmuszka. Jeśli ci ciężko będzie o mnie tak myśleć, mogę nadal być Dina. Tamta młodsza kobieta- Wydmuszka wskazała na Jowi siedzącą obok odpoczywającej na śnieżnej poduszce Marii- to córka Marysi, Jowita. Skrót Jowi też będzie odpowiedni- objaśniała. Musisz czym prędzej uczyć się angielskiego, bo to z nią pozostaniesz i wypełnisz to, co konieczne jeśli chodzi o sprawy polskie. Prześlesz jej pieniądze i wszelkie przedmioty. Nauczę cię posyłać kuriera. Będziesz też trzymać nad tym pieczę, gdy muzeum będzie już działać. Musicie znaleźć wspólny język dosłownie i w przenośni. To już wasza rola, jak pisały siostry…

– Co ona mówi do tej dziewczyny?- Jowi nieudolnie szeptała mi do bolącej głowy.

– Przekazuje jej obowiązki. Teraz ona i ty będziecie czuwać nad stworzeniem pamięci o Siostrach.

– O mamuniu, ja nawet nie znam trzech słów po żydowsku…- zajęczała moja memła.

– Poradzicie sobie, zobaczysz. Dostaniesz i fundusze, i wytyczne, musisz tylko oddać kawałek serca.

– Kawałek to mam…

Wydmuszka zamilkła nagle. Przerwała rozmowę z Rut. Wyglądała jakby wąchała powietrze. W sekundę zjawiła się przy niej Szawa. Znać było, że ostatnie słowa Jowi dotarły do niej i do suki, niczym brakujący element układanki. Taki, którego brak odbiera urok i sens całości. Wzruszyła się i otworzyła księgę. Wszyscy wokół mnie, prowadzeni podniosłością chwili, której nie rozumieli, a czuli jedynie, weszli w oko kamery laptopa. Na szczuplutkich kolanach staruszki, księga zrobiła swoim ciężarem już niemałe spustoszenie. Westchnęła więc z wysiłku i położyła ją przed sobą, bezbłędnie otwierając na tym, co było jej potrzebne. Wycharczała dziewczynie, że odczyta po polsku zapowiedź Sióstr, którą kilka godzin temu objaśniała Rutce po żydowsku. Szawa położyła jej łep na ramieniu.

Dwa laptopy połączyły się w misterium, które działo się między czasami, językami i wyznaniami. Nad ekranami komputerów zawisło siedem osób rozdartych między Wrocławiem a Jerozolimą. Zespoleni melodią głosu staruszki. Niewiele słów, a każde z nich to klucz. Słuchaliśmy i czuliśmy.

Czytała a jakby śpiewała.

Ludzie spalą trawy jakby palili włosy matki ziemi. Nie pominą też wszystkiego, co będzie żyć w tych trawach. Tak spłoną i Siostry, które oddały serce przybłędom i psom. Za to, że pisały swoje zwoje, za to, że nie zjadły kawałka mięsa i nosiły znak na dłoniach. Spłonie ich świątynia na rowie, a one nie dadzą się z niej usunąć. Z bronią przy skroni, nie opuszczą miejsca swoich spotkań i modlitw. Spłoną żywcem, tak jak płonie trawa. Pozostanie po nich jedna, młoda, ze znakiem na dłoniach. Spadkobierczyni Księgi, jak głęboko ukryty pod ziemią korzeń trawy, którego nie wyliże najśmielszy ogień. Ona wróci do ziemi ojców i ściągnie tam wszystko, co zostało po siostrach. Świeczniki, chusty, Księgę, co najważniejsze. A w kraju, w którym kobiety połączyły się w siłę, Siostrom zorganizuje muzeum, a przeznaczy na to dom, który dał jej samej w tym kraju schronienie. I nigdy nie będzie sama, bo psie siostry nigdy jej nie opuszczą. Na zawsze już w jedności oddychać i czuć będą.

Ze swojej krwi nie weźmie nikogo dla Sióstr. Jedna bowiem, krew z jej syna, wnuczka- choć serce jak Siostra- za słabe nerwy. Odda się chorobie i śmierci spłaci dług. Pełna chęci i pasji, by płynąć w głąb Praw, nie znajdzie siły, by stawić czoła historii i dalej mieć nad nią panowanie. Umrze przedwcześnie, ale na swoich prawach i o swoich sensach.

Druga wnuczka z krwi- silna i słaba, oddana życiu. Wybierze mężczyznę ponad wszystko inne. Codzienność uczyni swoją świątynią, nie pominie w sercu Praw, ale nie zasiądzie nad nimi na całe życie. Będzie o nich pamiętać, ale nie odda im krwi. Wypełni co potrzebne, pomoże zachować pamięć po babce i jej współsiostrom. Da dom wielu psim siostrom.

Ziemia ojców urodzi jednak Siostrę z krwi i kości. Od nowa wyda swój plon, by nie wytliło się to, co zostało zasiane. Starsza kobieta, pod koniec swoich oddechów spotka młodą, jak córkę swoją, tak samo oznaczoną na dłoni, tak samo zbuntowaną na ojców. Nie skrzywdzi ona owada i nie przełknie mięsa, a język wiatru i psów, sam do niej przyjdzie i podszyje ją, jak dobra matka otula swoje dziecko nosząc we wnętrzu.

Ta młoda kobieta przejmie z rąk starszej wszystko i odbuduje ruch siostrzany na ciepłej ziemi. Do końca dni jeść będzie słodkie figi wśród modlitw i wolności, sióstr swoich i suk wolnych po brzegi swoich istnień.

Wydmuszka zamilkła. Położyła dłonie na otwartej Księdze. To samo zrobiła Rut. Patrzyły na siebie w modlitewnym uśmiechu, a z oczy Szawy płynęły kształtne, duże łzy. Opadały na ramię staruszki, a potem płynęły wzdłuż jej ramienia i docierały do szpetnej dłoni, która spijała je złakniona, łagodząc wysuszoną skórę.

Jowi trzymała mnie za rękę. Połączyły się rozbite części naszej rodziny. Majka stała jak zaczarowana i gładziła Jowi po głowie. – Pomogę Ci z Rut, przecież ja ją rozumiem… -szeptała.

Wszystko wydało się lekkie i jasne. Nareszcie proste. Wiedziałam, że tak jak napisały Siostry, tak będzie. Moje dziecko będzie żyło tak, jak zechce i nie da się pochłonąć niczemu tak mocno, jak mężczyźnie, który ją kocha. Wydmuszka wiedziała, że Martę trzeba chronić. Teraz to widzę jeszcze pełniej. Wiedziała, że jej nerwy ogarnięte chorobą, a do tego wrażliwość- musi zapłacić śmierci co jej się należy… Marta nie dała spocząć swoim nerwom, wciąż poszukiwała, docierała do najgłębszych tajemnic. Czy dlatego Wydmuszka nie chciała dać jej się odnaleźć do końca? Dopiero teraz dostrzegam jak wiele jej rad było po to, by spróbować ocalić to, co nie było do ocalenia. Zupełnie jakby miała nadzieję, że stanie się jednak inaczej.

Przez chwilę była więc prawdziwą babcią, która wierzy, że wszystko jeszcze można naprawić.

Poczułam ulgę i wielką radość. Byliśmy razem, rozumieliśmy co nas połączyło. Historia stara i piękna, ale nielekka. Wisiała nad nami wszystkimi i teraz miała zaznać spokoju, by puścić nasze życie wolno.

– Jowi, Kochanie- wycharczałam do przytulonej córki- Maks cię zawiezie do Koziej Wólki, jest twoja, używaj jej mądrze i dbaj.

– Gdzie? Mamo?!Maks, o co chodzi?!

– Zobaczysz, zobaczysz. Już się tak nie gorączkuj. Ze wszystkim sobie świetnie poradzisz- uspokajałam jej pożar w głowie i gładziłam dłoń.

Czyżby nareszcie?!Wiosna wybuchła w oknach szpitala. Poczułam ciepło jakiego jeszcze nie czułam nigdy. Błogie i dobre ciepło od wewnątrz. Docierało do mnie od całego świata.