– Nie mów do mnie Ruta, już prosiłam, z całym szacunkiem… Mam na imię Rut… przecież na tyle znasz hebrajski…proszę…- wyjęknęła do komórki, po czym wrzuciła ją do torebki. Obiecała być za kwadrans u podopiecznej.

Temperatura rosła. Wiosenne powietrze wycisnęło trochę potu pod pachami. Nie umiała rozstać się z pierwszą, zimową, kolorową kurtką. Pierwszą taką w życiu. No i nie miała jeszcze zwyczaju używać antyperspirantu. Zabawki szatana, zapach śmierci… Ile razy słyszała to od ojca? Miała wrażenie, że już w brzuchu matki wiedziała, że wszystko co pochodzi spoza ich dzielnicy jest własnością grzechu.

Siedziała od godziny na przystanku popijając koszerną coca-cole z puszki. Jej ojciec powiedziałby, że sączy ślinę obcych bogów. A niech go…nie chce o nim myśleć. Nie chce myśleć nim zamiast sobą. A więc jeszcze raz. Od początku.

Musi ułożyć siebie z nowych kawałków.

Przystanek. Południe. Piątek- jom sziszi. Adar- fragment marca. Ona, trzydziestoletnia, zupełnie codzienna Izraelka. Z zewnątrz pozornie świecka, jak puszka coca-coli.

A jednak napój, który pije się na całym świecie, w jej puszcze jest koszerny. Jasne, że piją go tu także mężczyźni nie znający modlitw i kobiety nie zakrywające ciała. Ale koszerność nabiera wagi dzięki przywiązaniu serca, a jej serce leżało na tym głupim napisie potwierdzającym koszerność jak sparaliżowane.

Leżało?

Zbyt lekko by to brzmiało! Zdecydowanie ciążyło jak głaz pokornie czekający na to jak rozprawi się z nim czas i pory roku. Pozornie znany światu napój… nieprzylegający do żadnej religii, nacji, profesji… a jednak jednym słowem powalony na kolana przed historią garstki ludzi, którzy pod okiem swojego Boga wypuścili z siebie naród. Tak jak robią to drzewa pod okiem słońca. Wypuszczają pąki, obradzają kwieciem, owocami i milionem nasion, które znów i znów zapładniają ziemię.

Masz chodzić jakbyś leżała od pasa w dół, tuż nad ziemią! W pochyleniu! Rozkazuję ci przemykać w niewidzialnościach, schodzić z drogi mądrym! – ojciec brzmiał w jej głowie. Zdzierał gardło, potrząsał pejsami. I cuchnął, tak strasznie cuchnął. Od roku nie mogła zgubić pamięci, która utknęła gdzieś w najwygodniejszym miejscu nozdrzy. No tak, wszystko nieważne: obdarte ściany, śmierdzący płaszcz. Tylko wnętrze ważne.

Przerażone, ale oczyszczone. Rozdygotane, ale za to wyszorowane do krwi. Nieznające nieczystości zachodu, czyli dobre…

Nigdy nie rozumiała dlaczego dobro, które zalecali rabini, nie przynosiło jej ulgi. Jak dobro może być złe? Sądziła, że to ona była zła, skoro dobro nie przystawało do niej…

Więc dlaczego teraz jestem brudna i spokojna? Kim jestem, że nie uniosłam tego, co miało karmić ducha… A może umarł z głodu w świecie, gdzie tylko chłopcy mają prawo do rozumienia Pism!

Ja- wyszeptała do siebie ze złością- ja miałam stanąć w przerażeniu i na baczność. A potem przyjąć jak robot co mi nakazują.

I wykonać!

Jerozolima wciąż ją zadziwia. Zamieszkała na nowym mieście dokładnie rok temu. Była podobna aura, gdy wzbudzając ciekawość na ulicy modliła się pod nosem i biegła przed siebie. Pierwszy raz biegła tak szybko żeby dać sobie szansę zgubienia długiej po kostki spódnicy, czarnej chusty na głowie i tych przeklętych, grubych rajtuz!

Modliła się ostatni raz. Miała nadzieję, że z każdym krokiem w tej szatańskiej, nowoczesnej części Jerozolimy, ulecą z niej wszystkie modły. Miała fantazję, że złuszczą się się z niej do żywego tylko wtedy, gdy będą w ruchu, więc modliła się dokładnie odwrotnie do intencji…

By-nawet jeśli jest ktoś kto naprawdę tego słucha- zapomniał o niej i zamknął do siebie przystęp. Tak, by nawet gdyby coś ją jednak naszło, by nie było już odwrotu…

Gdy autobus, który jeździł z ultraortodoksyjnej dzielnicy Mea Szearim do gniazda zepsucia, gdzie to ludzie czytają książki i oglądają telewizję- zatrzymał się na przystanku pełnym kobiet z odsłoniętymi włosami, poczuła ból.

A potem wielką ulgę.

Ale i znowu ból i ścisk w brzuchu.

Wstyd.

Teraz widać ją wyraźnie. Jedyna taka w stroju sprzed dwustu lat. Uciekła od Tego, który stworzył ją na swój pomysł. Podległą i poległą, której zadniem jest być cicho i cieżko żyć. W pocie rodzić dzieci.

To nie wystarcza kobiecie… szeptała. To niemożliwe, że to ma kobiecie wystarczyć…

Miała czekać na nią kobieta w jej wieku, lat około trzydzieści, niewielka, drobna, piegowata. Sara, która wyszeptała jej ukradkiem ten rysopis, planowała ucieczkę dopiero za tydzień. Nie zapytała Sary skąd zna te piegowatą i jak nawiązała z nią kontakt zza tych stęchniętych bram dzielnicy, w której obie przyszły na świat.

Nieważne. Po co pytać. Kiedy kończy się jeden świat, nie można przy nim świętować narodzin nowego. Trzeba oddzielić je dyskretnie. Najlepiej palić za sobą mosty niby przypadkiem.

Właśnie tak wskoczyła do autokaru, który miał wywieść ją z hospicjum, w którym dogorywało wszystko, co znała przez trzydzieści lat…

Niby przypadkiem.

Wsiadła.

Odjechała.

Ruda Vivi czekała na nią. Bez słowa zamknęła ją w objęciach. Potem ze wzruszeniem wskazała budynek, który rzucał się w oczy, choć na pierwszy rzut oka był jednym z wielu nowoczesnych, wielorodzinnych piętrowców.

– Witaj w odświeżonej od dwa wieki Jeruszalaim- zażartowała z czułością. Tam jest moje mieszkanie i cały, duży pokój dla Ciebie. Jeśli potrzebujesz, pochodź sobie chwilę sama, ja zaczekam- zapewniła.

Tak zrobiła. Pobiegła zgubić w sobie modlitwy. Szeptała po cichu, choć wewnątrz niej coś zapewniało ją, że ten szept to krzyk w języku świata.

Minął rok.

Siedziała teraz na tym samym przystanku, na którym rok temu nie umiała zatrzymać się na dłużej. Kim dziś była?

Nie czas na sentymenty. Miała kilka sprawunków do wypełnienia.

Podopieczna czeka.