Jakże trudne do przewidzenia są spotkania dwójki nazbyt
dobrze wychowanych ludzi! Dodajmy, że ludzie pokorni, jak sama nazwa wskazuje-
to ludzie z natury podporządkowani i niczym piąty palec u dłoni- pogodzeni z
przydzielonym im miejscem. Ostatni w kolejce do noszenia ozdób, ostatni do
pisania na klawiaturze. Odginany onegdaj podczas picia herbaty…

Ludzie wychowani po brzegi dobrze- są piątym palcem u dłoni
hierarchii społecznej.

Na swoje nieszczęście są też wrażliwi, a co za tym idzie
wyczuleni, często przeczuleni, współczujący, współmyślący, pełni przeczuć.

Dzień dobry,
zapraszam, proszę usiąść, czy zaparzyć panu kawy?

Dziękuję, to miłe z
pani strony, w rzeczy samej nie byłem zapowiedziany.

Ano niezupełnie,
proszę się rozgościć, kawa już powstaje.

To przecież oczywiste, że któreś może nie wytrzymać
napięcia. Ile razy można uśmiechnąć się z grzeczności, by nie nadwyrężyć
uśpionych siłą stanów lękowych? Trudne spekulacje…

Ale tym dwojgu się udało. Weszli w swoje światy bezwiednie. Jak w codzienność
dobrą dla siebie i przyjazną.

Maksymilian Nać popijał kawę ze spokojem umysłu. Uduchowiony
dom Cwajgów odprężył go o wiele skuteczniej niż Kozia Wólka. Maja krzątała się
jak gdyby już od lat przygotowywała śniadanie dla ich dwojga. Coś tam
podśpiewywała, coś komentowała pod nosem, dogadywała audycji snującej się z
kuchennego radia wmontowanego w meble. Przez chwilę zachodził w głowę gdzie
właściwie kupuje się tak wiarygodnie stylizowane sprzęty? Patrząc na ten okaz,
dawał porwać się myśli, że oto przenieśli się z Mają kilkadziesiąt lat wstecz…
że jest słoneczny, pełen nadziei poranek, a ich życie nie przeplata się z
żadnym wątkiem kryminalnym.

Marzenia nic nie kosztują podobno. Poczuł jednak bolesny
skurcz, gdy naprzeciw niego siedziała piękna kobieta ogarniająca wzrokiem i
czymś w rodzaju szczypty gestów- przygotowany posiłek.

Musiał wrócić do dwudziestego pierwszego wieku, choć zastawa stołowa zdawała
się pamiętać czasy przedwojenne.

– Dziękuję, że mnie pani przyjęła- wyznał miękko, rozkoszując
się mieszanką płatków, orzechów, zbóż, owoców i miodu, którą gospodyni
postawiła przed nim. Porcelanowa miseczka pełna była drobnych, herbacianych
róż, które zręczna, jak mniemał, przedwojenna malarka- naniosła także na
delikatne wnętrze misy. Smakowało podwójnie. Pokarm fizyczny, ale i uduchowiony
sposobem podania.

Nie był pewien, czy słodycz tego śniadania tak stępia jego
myślenie, czy może jednak to sprawka tego uczucia, które właśnie przejmowało go
jak zakładnika. Przecież nie przyjechał tu przypadkiem. Maria wysłała go na
ratunek Majce, która, no właśnie… siedziała teraz naprzeciw niego i w zupełnie
naturalny sposób rozkoszowała się kawą i śniadaniem. Ani śladu załamania,
depresji, lęków.

– Nie smakuje panu?- zapytała, podnosząc gęste, jak ogon
głuszca, rzęsy. – Nie je pan?- pozostawiła na nim pytające, powłóczyste
spojrzenie. Dawno już nie patrzyła nań, a on nadal czuł je na twarzy, jak
delikatny welon.

– A tak. Już, już. Zamyśliłem się- zreflektował się i nabrał
wielobarwnej mieszanki na łyżkę.

Śniadanie było łatwe w przyswojeniu. Zjadali ze smakiem,
popijali kawą i wysyłali sobie uśmiechy. W tle leciała jakaś relaksacyjna
ścieżka odgrywana na pianinie. Maja musiała włączyć ją wychodząc z kuchni.
Teraz starodawne radio odtwarzało uporządkowaną na klawiaturze melodię, wokół
której wiła się i plotła natura ze swoimi pyłkami, świergotem i szumem. Nie za
głośno, nie za cicho. Tak jak tło w dobrym filmie. Siedzieli pośrodku salonu, a
może lasu?

W pewnej chwili kobieta, do czego zobowiązywała ją samo
określenie, poczęła porządkować tematycznie ową sielską aurę. Jeśli to prawda,
że słowo kobieta pochodzi od chlewu i ma związek z tym, że do kobiet właśnie
należało oporządzanie trzody… Maja Cwajg zadziałała zgodnie z etymologią
nazywającą jej płeć. A było co sprzątać.

– Panie Maksymilianie. Ja znalazłam się w ciężkim położeniu,
nie ukrywam. Dziękuję, że jest tu pan ze mną, choć właściwie się nie znamy. –
Zawiesiła głos i ze zdumieniem zauważyła, że to wyznanie wcale nie kosztuje jej
zbyt wiele. Poczuła się dobrze z chwilą, która się zadziała.- Bo wie pan,
jestem po przejściach…

– Wszyscy jesteśmy. Ja zeszłego lata straciłem całą skórę ze
stóp. Żartowałem sobie, że to właśnie z powodu przejść życiowych…

Zażartował, choć nie był pewien, czy żart jest dobrze
rozumiany.

Maja zaśmiała się jednym kącikiem ust. Wyobraziła sobie te
biedne, oskórowane stopy Maksymiliana. Zmęczone życiem i zużyte nadmiarem
ścieżek.

– To dla pana trudna sytuacja, wiem- starała się mówić
patrząc prosto śledczemu prosto w oczy- Marysia, mama Jowi, jest przecież
podejrzana… pewnie pan się zastanawia… co nas łączy, kim ja właściwie jestem…

Nie przestawała wpatrywać się w Maksa. Myślała o
konsekwencjach tej szczerej rozmowy, ale tylko trochę. Więcej przeczuć i
wyobraźni poświęciła kilku godzinom później, gdy szczęśliwi i spokojni mogliby
już rozmawiać w oderwaniu od spraw, których nie wybrali sobie sami, a które
wciągnęły ich w swój zaborczy wir. Marzyła by było już kilka godzin później. Po
tym, co ma do powiedzenia.

Trochę to trwało. Wino z zabytkowej, ozdobionej intarsjami
szafeczki- wypływało wprost w gardła tej dwójki. Majka, dryfując wzdłuż winnej
rzeki- zdobyła się na szczerość, która wchodziła Maksowi pod skórę stopniowo,
niczym dobry, apteczny kosmetyk. Taki jednak zanim uleczy- musi zetknąć się z
tym co chore, zakazić się tym…

– Maria Kołodziej to ktoś bardzo ważny. To matka mojej
przyjaciółki.

– Tak, dla mnie to jasne.

– Czy na pewno? Niech pan pomyśli. Jestem winna śmierci
Fraciszka. Jestem winna śmierci Marty. Jestem winna niepokoju Jowi. Jestem
winna wszystkiemu co grozi Marii…

– Jak to winna?

– Nie wie pan? Wiedziałam o tym, że Marta jest siostrą Jowi.
Wiedziałam co knuje Maria. No… mniej więcej.

– Wiedziała pani, że Franciszek ukradł…?- celowo zawiesił
głos, by sprawdzić czy Maja szybko i z pewnością dokończy zdanie.

– Wiedziałam, że potrzebuje pieniędzy. Nie wiedziałam do
końca po co i dlaczego. Nie dopuszczałam do siebie plotek wiejskich, że Maria
bez powodu- o ile w ogóle- ogranicza swojemu mężowi wydatki. Ustalmy! Maria
jest bardzo silna, ale w tej sile jest wiele miłości.

– No wie pani… mamy też wiele dowodów na jej bezwzględność.

– Wobec?

– Wobec Marty choćby.

– Marta była słaba. Bardzo zagubiona. I niech mi pan wierzy,
to nie Maria powstrzymała ją przed odbudowaniem życia rodzinnego z rodziną
Stróży.

Maja wzięła głęboki oddech. W stareńkiej szafeczce
przytulonej desperacko do zielonego fotela- poza wypieszczonym sreberkiem Seredenu,
czekała piersiówka. Maja szybkim ruchem ręki wypełniła się jej zawartością.

Poczuła ciepło. W głowie powtórzyła zasadę zasłyszaną od
Jowi: jeśli już mieszasz alkohole, to zaczynaj od lżejszych. Zrobiła
prawidłowo. Usiadła naprzeciw Maksa. Był zrelaksowany, ale skupiony. Jaki to
uroczy człowiek, pomyślała. Jest wokół niego jakiś duch mądrości, albo nawet
rozeznania.

– Zastanawia się pan co ja bredzę? – zapytała rozlewając się
ciepłym syropem uczuć w sercu i po policzkach.

– Widzę, że alkohol opętał już panią skutecznie, pani Majo.

– Teraz jest dobry czas i niech pan nie patrzy na moje
rumieńce. Dobrze wiem co mówię- oświadczyła zdecydowanie i chwyciła mężczyznę
za dłoń. – Niech pan patrzy mi w oczy. Oświadczam panu. To nie Maria jest winna
wszystkiemu. Ona chroniła swoje dziecko i swojego męża- bełkotała wieszając się
na przyjaznym ramieniu coraz śmielej. Niech pan mi uwierzy, że są na tym
świecie ludzie, którzy nie są jednoznacznie źli… Maria próbowała pomóc Marcie
ujść cało… Bo wiedziała, że Marta nie zrozumie i przez to wszystko straci. Nie
przewidziała tylko tego, że gra rozbije się o życie.

– Ale dlaczego Marta wszystko przepisała Marii? Pani Majko?
Jak to wyjaśnić? Kto zdrowy na umyśle zapisywałby wszystko żonie swojego ojca?
Myślę, że- dodał , jakby z głębi analizy-

– Nie wszystko jest takim jakie się wydaje. Nie wszystko.

Sereden, wino i wódka wlana wprost z piersiówki w rozżarzone
serce Mai- właśnie wykonały piruet i powaliły jej natchnione ciało na ziemię. Maks
delikatnie ułożył ją na kanapie i sam zdrzemnął się w zielonym fotelu, którego
nachalny związek z przestarą szafką na medykamenty, nagle wydał się mu kojący.