Wyczuwam olej z pestek winogron. Smaczna ta sałatka i chyba naprawdę „warzywa prosto z ogrodu”. Zresztą, zgodnie z broszurką Koziej Wólki, która przylgnęła do mnie- jako zakładka do baśni Puszkina.

Dobrze jest dziś. Mam apetyt. Mimo garści leków, które mają mnie trzymać przy życiu, istnienie ma też smak. Doceniam to.

To ciekawe doświadczenie; być obsługiwanym.

Zastanawiam się jednak, czy ktoś w tej ekologicznej kuchni myśli o mnie? Czy moje posiłki są choć troszkę spersonalizowane? Czy komuś przyszło do głowy dorzucić mi więcej pomidora, bo potas… na przykład… dla staruszki jak znalazł? 
Dopadła mnie prywatność, którą mi obiecano. Przy okazji dołączyła też anonimowość, na którą nie byłam gotowa. W Kowalówce miałam swoje kąty i skrytek ponad miarę. Nic na widoku, za to wszystko skrzętnie i zgrzebnie ukryte, tylko na moją wyłączność.

Tutaj mam swój pokój. Mogę w nim wszystko. Nikt, poza tym młodym człowiekiem, nie wejdzie tu bez pytania. A jednak brakuje mi relacji z ludźmi.

Teraz, gdy nasza misja już gaśnie, nawet włamanie do pokoju, w samym środku nocy, dało mi niemożebną radość. 
Obudzono mnie ze snu. Nie tylko tego, który napada nas cyklicznie co noc. Zrozumiałam, że nie ma czasu do stracenia. Ktoś stąpa nam po piętach i robi to bardzo sprawnie.

Czyjś oddech na plecach, zawsze stawiał mnie do pionu. Pora dogonić to, co zaplanowane. 
Przetarłam wewnętrzny wzrok.

Kurier zabrał księgę o piątej rano. Zanim zjawiłam się z nią na umówionym miejscu- kilkadziesiąt metrów od bramy hoteliku, postałam chwilę przy drzwiach pokoju Maksymiliana. Spał. 
Z jego pokoju dobiegały wszystkie te szmery, które ośmielają się, dopiero, gdy zamiera aktywne życie. Tak. Jestem pewna, że spał.

Doręczyciel otrzymał wyraźne wskazówki. Paczka musi pójść listem lotniczym w trybie jak najszybszym. Dostał sporo pieniędzy. Może przeżyć za nie miesiąc, z biesiadami włącznie. Obiecał przywieść potwierdzenia wysyłki-jeszcze dziś. Ma wsunąć je pod drzwi mojego pokoju. Tak będzie najlepiej, zważywszy, że po śniadaniu mam stawić się u śledczego. W trakcie rozmowy wyjdę do siebie po leki i przejrzę dowód nadania…

Pukam. 
Wystroiłam się w lekką podomkę. Większość z nich mam okazję użyć po raz pierwszy. Nazbierało się ich przez lata, a okazji do niecodzienności- codzienność nie daje… W domu lubiłam to, co znoszone. Dziś mam wyjście. Kilka pokoików dalej, ale zawsze.

– Witam, witam. Proszę siadać.

Maksymilian obdarzył mnie frasobliwym spojrzeniem. Milcząco wskazał stoik przy oknie. Mogąc wybrać krzesło, wybrałam to, które stało najbliżej drzwi wychodzących na taras.

– Jeśli chcesz, możemy się tam przenieść- zaproponował jasnowidząc moje tęsknoty-najwidoczniej.

– Tak, poproszę- zgodziłam się.

Chwyciłam za krzesło, ale nie pozwolił mi go wziąć. Sam wszystko przeorganizował i stawiając przede mną szklankę soku z arbuza i ogórka, rzekł:

– Podtrzymuję swoje oświadczenie. Nie przyjechałem tu śledzić cię. Chcę zrozumieć.

– Młody człowieku- westchnęłam- dlaczego miałabym ci cokolwiek mówić? Masz związane ręce jako śledczy. Wiem o tym doskonale. Nie ma mowy, by wznowić tę sprawę. Jedyna rzecz, która mogłaby ją wskrzesić, to udowodnienie czegoś czego nie było- zabójstwa Marty. A jak wiesz, ona zabiła się sama.

– Pomogłaś, to znaczy, pomogliście jej…

– Niektórzy proszą się o taką pomoc i chętnie z niej korzystają- wzburzyłam się, mimo leków. Ta mała zawiodła mnie okropnie, że się tak poddała. Zachęcałam ją do walki, sądziłam, że moja postawa podkręci ją, by przetrwała tę burzę. Na swój sposób, sekundowałam jej obstawanie przy swoim. Myślałam, że weźmie się w garść i poprowadzi swoje sprawy z honorem. A ona zwiała nam wszystkim.

– Była potrzebna wam wszystkim? Wszystkim zaangażowanym w to przedsięwzięcie?- dopytywał.

– Tak. Po trosze każdemu, choć jedno z nas walczyło o jej największą część, o jej serce- odpowiedziałam.

Ten sok przepyszny. A Maksymilian Nać naprawdę miły i taktowny. To piękne miejsce, z tarasem wychodzącym na drzewa oklejone ptakami, fascynuje mnie.

– O czym myślisz, Mario?- zapytał, wstając po dzbanek czekający na parapecie, by wypełnić ponownie nasze szklanki.

– O biznesie- odpowiedziałam szczerze.

– O? Powiesz więcej?- zagajał żywo.

– Chcę odkupić to miejsce.

– Serio? Czemu akurat to?

– Nie chcę, by Jowi do końca życia tyrała w tym markecie. Tam pracuje się zbyt ciężko. Nie mam już sił czekać, aż się ogarnie. Kupię jej ten biznes, bo skończy się na utrzymaniu Aureliana, z którym ślub- lada chwila.

– Jesteś pewna, że to nastąpi?

– A ty nie?- zapytałam retorycznie.

– Tak, to raczej sytuacja bez wyjścia- zażartował.

– Obiecałam Marcie, cokolwiek o mnie myślisz… – zmiękłam, choć powstrzymałam łzy.

– Nie myślę źle, ale boję się tego co wyprawiasz- odpowiedział i znów chciał mnie złapać za rękę.

– Daj spokój z tym łzawym gestem. Bądźmy dorośli. Nie przywykłam do uścisków. Jedynie co, przez czterdzieści lat- Jowi mi wyła w fartuch- zaśmiałam się. Ale to wszystko, jeśli chodzi o czułość. Inna inszość to koty, ale ten wątek pozostawiam tylko dla własnych wspomnień.

– Miałaś ciężkie życie.

– Nie. Nie powiedziałabym tak. Raczej- zamyśliłam się- niewyjaśnione. Dlatego tak mi zależy- dodałam.

– Na doprowadzeniu tego do końca?- zapytał.

– Tak.

– A jaki jest koniec?

– Już mówiłam.

– Proszę, powiedz raz jeszcze, bo nie wychwyciłem- ciągnął.

– Jest jeszcze ktoś, kto ma szansę umrzeć dopiąwszy swoich ważnych spraw. Najważniejszych.

– Czy znam tego kogoś?

– Nie.

– A czemu tak na tej osobie ci zależy?

– Raz, że ją cenię. Dwa- wyliczałam-doceniam jej siłę. Trzy- zawdzięczam jej sporą część swojego życia. Cztery- trwamy w wieloletnim pakcie. A ja nie zrywam takich przymierzy. To, że moich spraw już nie da się ułożyć według planu, nie znaczy, że nie ucieszę się z powodzenia kogoś innego.

– A ktoś z was ma szansę jeszcze na całkowite ziszczenie zamierzeń?

– Tylko ta jedna osoba.

– A co z resztą?

– Pomidor.

– Kochałaś swojego męża? – zapytał, a potem sam speszył się swoim wzrokiem, który rozszyfrowałam.

– Nie masz doświadczenia w takich rozmowach, co Maks?- nie pomagałam mu.

– Nie wiem jak pytać o to, by cię nie urazić. To, co widać gołym okiem, nieczęsto odzwierciedla stan czyjegoś ducha.

– Mądry jesteś, ale przekombinowany, młody człowieku- odpowiedziałam spokojnie. Tak, kochałam Franka, choć uważałam, że powinien był spłacić mi dług za to, co mi zrobił.

Wiem, że zauważył moje zaciśnięte dłonie. Niepotrzebnie się wzruszam. Franka już nie ma. W temacie małżeństwa i tak niczego nie wygram. Los mojego męża jeszcze można jakoś wypełnić, o ile kurier da radę… Ale tak poza tym, nie ma o czym gadać.

– Kochałam go. To on kazał mi za długo czekać na siebie.

– Za długo? To znaczy, że doczekałaś się?

– Powiedzmy, chłopcze. Powiedzmy…

Co ja mam mu powiedzieć? W nocy przyszło mi do głowy, że zjawa w postaci Maksa Nacia, to mój ostatni prawdziwy przyjaciel. Może jeden z ostatnich rozmówców… Wciąż mam nadzieję, że dotrzymam słowa danego moim kompanom. Ale oni to inna rzecz. Łączy nas tak wiele, że równie dobrze- możemy śmiało stwierdzić, że nawet gdyby plan w całości się udał- powinniśmy rozstać się raz na zawsze. A w razie przypadkowego spotkania, minąć się bez słowa. W imię higieny emocjonalnej.

Niektórzy spotykają się tylko po to, by przetrwać ze sobą w okopach. Poza nimi, nie wiedzą kim dla siebie są. 
Podejrzewam, że te słowa spełnią się na naszej drużynie… gdy plan jako tako wypełni się i rozpłynie.

Maksymilian. 
Młodzieniec rozstrzelony miedzy światem swojego wychowania, a głębią umysłu i zwyczajami, które sam na sam ustalił sobie z życiem codziennym… Niczego nie zrozumie, nie tak, jak zrozumiałby ktoś w moim położeniu.

Ale może chociaż wysłucha. Nawet jeśli mnie nagrywa, czemu zaprzecza zdecydowanie, to co mi jeszcze grozi? Niewiele. 
Kurier chyba zostawił przed chwilą pokwitowania. Słyszałam niesubordynowane kroki na korytarzu. Ktoś szedł w stronę mojego pokoju. To na pewno nikt stad. Tutejsza obsługa jest cichsza od mojego aktualnego sumienia. Snują się, niewiadomo kiedy, jak wstążeczki ciągane po podłodze.

Wstążeczki… czarne wstążeczki Marty… chodzą mi po głowie…

– Mario? Wszystko dobrze?

– Nie. Zastanawiam się… może ty mi powiesz, Maksymilianie…

– Słucham uważnie.

– Że uważnie to wiem. Od wpatrywania się we mnie, musi już boleć cię głowa- zażartowałam.

Gdy milkłam, Maksymilian siedział całkowicie nieruchomo. Podczas rozmowy zwyczajnie patrzył w przestrzeń, czasem na mnie, popijał sok…

Ale z ciszy czyta, cwaniak, lepiej ode mnie.

Mógłby być moim synem. Żałuję, że nie mam syna. Jowi jest maskotką, ale nie jest partnerem na życie. Jest zabawką mojego macierzyństwa.

Lubię zabawki, ale człowiek ma też ważniejsze potrzeby.

– Ja to wszystko robię dla Franka. Dla nas- dodałam na beznadziejnym westchnieniu.

– Wyjaśnij mi to Mario- poprosił ze zrozumieniem.

– Franek nie wiedział jak pokierować naszym życiem- zaczęłam. Jego dzieciństwo, tak modnie dziś analizowane podczas psychoterapii, miało na niego ogromny wpływ. O ile ja tęskniłam do bliskości rodziców, do słodkiego ich pieszczenia mnie w onirycznych początkach życia, o tyle Franek żył w lęku. W lęku i nieprawdzie, z którą mierzyć musiał się znienacka, bez ostrzeżenia.

Najpierw więc: przeczuwając, potem dowiadując się stopniowo kim jest, a kim nie jest mój mąż- zrozumiałam dlaczego tak potoczyło się nasze życie. I postanowiłam wziąć je w swoje ręce.

– Z tego co wiem- wtrącił- od początku małżeństwa raczej brałaś je…

– Trochę w tym prawdy- zgodziłam się- trochę doprawiania mi gęby- zaśmiałam się w głos.

Jasne, że chciałam mieć wpływ na swój związek, ale nie zapominaj, że miałam silny bodziec, by trzymać naszą rodzinę w garści. Franek poddał się swojemu sercu, swojej dzikości…

– Mówisz o mamie Marty? O romansie?

-Jestem starą kobietą. Dziś odgryzłam już tej historii ten zawistny wątek szalonej miłości, której mi pożałował własny mąż… Myślę raczej o kolejnym paśmie losu, który bezmyślnie puścił w świat.

– O Marcie?

– O Marcie, o jej matce, którą pozostawił w chorobie, oddając do pielęgnacji zdradzanemu mężowi…

– Ale przecież Franek uczestniczył jakoś… Martę też odwiedzał…- wtrącił niepewnie Maks.

– Tak, ale poza leśnym duchem i zapachem pól- nie pamiętał o szczegółach, które są potrzebne dziecku. To ja odkładałam jego pieniądze żeby miał co zawieść dziecku. To ja przekazywałam słoiki, ubrania, liczyłam jej lata życia i dopasowywałam prezenty do wieku. Nie żałuję tego. Poniosłam normalną cenę za swoją rodzinę.

I pozwoliłam sobie nie wypuszczać naszych spraw z rąk.

– Spraw waszej rodziny, tak?

– Tak. Franek puściłby nas do lasów i oddał na pastwę natury. Dziś- zachichotałam- szukałbyś mnie po zagajnikach. Mój mąż, gdyby mu pozwolić, zapomniałby mowy i ruszył przed siebie, jak jeleń.

A rodzina, to jednak więzi. A te z wiatru nie powstają. Są wynikiem ciężkiej pracy.

– I wielu machinacji- spointował.

– Nie osądzaj mnie. Nie osądzaj nas…

– Nie robię tego, Mario. Choć…

– Hm?- zapytałam wyrazem oczu i mimiką. Widziałam, że zbiera się w nim coś.

– Wiem, że i mnie kołujesz trochę teraz- wyznał wbijając wzrok w eleganckie letnie buty.

– Co masz na myśli?- zapytałam i ukryłam się w szklance z sokiem na chwilę. Do dna, pomyślałam i czekałam co będzie…

– Ktoś zapowiedziany odwiedził twój pokój podczas naszej rozmowy. Widziałem, że nasłuchiwałaś czegoś spodziewanego, co wydarzyło się, jak mniemam zgodnie z planem. To po to wyszłaś do siebie na chwilę…

– Tak- potwierdziłam.

Zrobiło mi się gorąco. Mam nadzieję, że przesyłka jest już tak daleko, że nie da się jej cofnąć. Jak on…

– Jak ty..?- ledwie zaczęłam pytać.

– Jestem śledczym. Przybyłem tu prywatnie, ale nie da się stracić pewnych umiejętności- oświadczył, dolewając mi soku do szklanki.

– Proszę- zaskomlałam- zostaw to. Zostaw tę sprawę. Jestem komuś winna…

– Co?

– Pomoc.

-W zamian za coś, czy tak po prostu? – pytał udając, że mnie nie dociska.

– I w zamian za coś i z sympatii…

– To znaczy? Jestem ciekaw za co odwdzięcza się ktoś taki jak ty, Mario…

– Widzisz, młody człowieku, ktoś dawno temu oddał mi kawałek swojego życia i nauczył mnie nim dysponować.

-Dlaczego ten ktoś oddał swój kawałek życia tobie?

– Bo sam nie był w stanie sprostać temu tak dobrze, jakby chciał… – nudziłam, bo nie wiedziałam jak to bezpiecznie ująć- a poza tym- dodałam, niech ma…- miało mnie to nauczyć panowania nad wydarzeniami.

– To ciekawe, bardzo ciekawe- zamruczał Maks. Co masz na myśli, mówiąc „kawałek życia”?

– Pieniądze, nieruchomości, znajomości. A nawet jednego człowieka do dyspozycji.

Nie skomentował mojej wyliczanki.

Będziemy musieli powoli kończyć te pogaduchy. Jestem zmęczona i muszę to jakoś wyartykułować. Przegapiliśmy porę obiadu, powoli zbliża się kolacja. Nieodebrany posiłek pewnie czeka na nas pod drzwiami. Nie powiem, chyba pójdę wsunąć go na zimno.

– Coś jeszcze, bo poszłabym….?

– Powiedz mi jeszcze… – zapytał, dolewając ostatnie krople soku mnie i sobie, uczciwie- jaki rodzaj więzi łączy cię z tą osobą?

– Tworzymy- westchnęłam, bo rzeczywiście poczułam jak bardzo jestem wycieńczona tymi ostrożnościami w mowie- rodzinę. Jesteśmy rodziną- sprecyzowałam.

Wstałam. Maksymilian nie protestował. Sam, odprowadzając mnie wzrokiem wzdłuż korytarzyka, wyjadał z tacy pozostawionej pod jego drzwiami, co lepsze kąski.

Z mojej tacy zapachniało risotto z warzywkami. Ciekawe co dziś upichci Jowi. Ale… ale…

Wystukałam numer do Cwajgów.

Maja odebrała chropowatym głosikiem. Jakby próbowała przełknąć żużel.

– Dzień dobry moje dziecko- przywitałam ją miękko.