Zabawne.

Mój dom wygląda tak, jak zwykle. Nie zrobiło na nim wrażenia to, że pokruszył się mój plan. Mój dom trzyma fason, tak jak ja. Po prostu. Nie dziwi się, że zachodzę go od tyłu, przywożona tu nocą, przez niezbyt bystrego kierowcę taksówki. Nie pomrukuje podmurówką i nie skrzypi więźbą dachową- na ten dziwny widok. Chwała mu za to.

Nic to. Trzymamy się.

Gdy zaszła potrzeba, zmieniłam drogę dojścia do zaplanowanego celu, nie tracąc go z oczu. W sercu-trwam, bo tam urosło moje postanowienie.

Niestety, ciało… Jak to ciało- nie współpracuje z prawdziwym siedliskiem naszych uczuć.

Zapłaciłam już swoją karę. Podupadłam, zdradzona przez własne żyły i ten mięsień, upchany gdzieś za mostkiem. Traktuję go obojętnie, bo utrudnia mi trzymanie życia w garści.

Franek nie wytrzymał: ani na duchu, ani na ciele. Odszedł nie doczekawszy uporządkowania naszych spraw. Moja fizyczność także grzęźnie. Tylko mentalne serce mam wyćwiczone w omijaniu przeszkód. A tych, muszę przyznać… narobiło się. Oj, narobiło.

No nic to! Mam tu zadanie do wykonania!

Zalewa mnie pot wycieńczenia. Nie stresuję się, jestem pewna, że to fizis, a nie psyche, chce mnie wydać na pastwę niedyspozycji… Zimne strużki płyną mi po plecach i nogach. Jest wiosna, ale nie aż tak duszna… Rozumiem to medyczne ostrzeżenie. Jestem słaba. Zamiast kondycji w sprężystej sylwetce, mam gałgan wlokący się na niepewnych nogach. 

Idę ścieżką, którą wydeptaliśmy z Frankiem wzdłuż podwórka. Noc jest ciepła, wchodzi mi pod ubranie i dotyka ciała. Pcha się pod powieki i zatyka oddech. Słabo widzę, ale na szczęście, moje nogi i ręce, pamiętają odległości. Idąc, czuję, że od kurnika dzieli mnie dwa, góra trzy małe kroki. Wystarczy, że pozwolę ciału działać, a samo dociera, gdzie tylko potrzebuję. Bezwiednie. Pamięć wieloletniej pracy kieruje we mnie ruchem.

Trafiam dłonią na stalowy palik, przewleczony przez równie mocną, choć już zardzewiałą, pętelkę, przytwierdzoną do drewnianych drzwi kurnika. Jest dobrze, myślę. Kaczki zamknięte na noc. To dobra informacja. Utrzymanie takich zwyczajów, jest ważniejsze, niż pozostanie przy zdrowiu fizycznym. 

Często myślę o naszych kotach. Nie mogąc im teraz służyć uchylaniem okna, odstąpieniem fotela Keczupowi, smucę się prawdziwie. Mam jednak nadzieję, że ich siła charakteru, wymusi na Jowi, lub każdym innym, kto tu z nimi zamieszka, przestrzeganie kocich praw.

Czuję kamienie pod podeszwami pantofli. Te, co wystają połowicznie z ziemi przy brzegu podwórza. To pozostałość po ostatnim utwardzaniu gruntu. Muszę stąpać ostrożnie, bo, o mały włos, weszłabym na wiadro i byłoby hałasu…

Skąd ono tutaj?!

Jowi nie wzniosłaby się na wyżyny pracowitości, by posługiwać się wiaderkiem, które, w szeregu z innymi podwórkowymi przydatkami, Franek zawsze chował skrzętnie do szopy. Pewnie sąsiedzi się tu udzielają i mają używanie. No cóż, niech im… Gdybym chciała, nie pozwoliłabym się tu nikomu kręcić, to mój dom. Ale, niech mają szczęście…

Dobra. Teraz po ścianie, do okienka piwniczki. Muszę wejść do domu, niezauważona przez psa i koty. Jowi akurat, to najmniejszy problem. Głucha i ślepa. Tak jak i ten zakochany w niej … i jego … powiedzmy, kolega.

Drugą już noc, ktoś podjeżdża pod dom, chodzi po obejściu z latarką, a oni śpią w najlepsze. Śledczy, prokurator i córka zaginionej matki. Dobre sobie. Nie dziwota, że sprawa zamknięta, bez większego wyjaśnienia. Hahahah!

Za dużo myślenia, za mało instynktu, moje dzieci.

Eeee! Wymacałam! Podważyłam jedno skrzydełko okienka. Leciutko. Patykiem. Tylko ja i Franek- znamy ten sposób dostania się do zamkniętego domu. Okienko podniosło się w zawiasie wystarczająco, by móc dostać się do wewnętrznej zasuwki.

Zapach piwniczki przywitał mnie znajomo. Zostawił ślad na twarzy i włosach.

Trzeba było się zacząć się odchudzać, gdy sprawa się zacieśniała. Po przeprowadzce Marty na naszą wieś, wiadome było, że konflikt jest mocno brzemienny i nadchodzi, że tak to ujmę, bolesne rozwiązanie.

Nie przewidywałam, co prawda, aż takich powikłań naszego planu, ale jest co jest… Gdybym schudła, byłabym przygotowana na każdy zwrot akcji. Dobrze, że nie muszę wskakiwać do piwnicy, ha!

Ledwie przeciskam się przez okno piwniczne. Gdy odziedziczyłam ten dom, ze swobodą wchodziłam i wychodziłam przez nie, zwalając nasze pierwsze „swoje” ziemniaki. Ubrałaś się Mario w losy i w tłuszcz, oj ubrałaś.

Jestem pod tym fragmentem kuchni, w którym spędzam najwięcej czasu. Spędzałam… Słyszę coś, jakby zeskakiwanie kota z mebli na podłogę. Albo Keczup próbuje otworzyć drzwi… Mój Keczup. Może by tak na chwilę iść tam i zanurzyć dłoń w jego sierści?

Na chwilkę, tylko na korytarz. Idę po schodkach, ciszej od ciszy. Uchylam drzwi dzielące korytarz i piwniczkę. Zdarłam skórę na udach i ramionach. Jedno kolano z pewnością krwawi, ale nie czas… 
Keczup ani miauknie, tylko tuli się do mnie. Potem sam odchodzi, jakby rozumiał to lepiej ode mnie. Wraca do kuchni, a ja pod nią. Słyszę jeszcze jak kiciuch ląduje na moim fotelu, wprowadzając go w chwilowe chybotanie, a potem wraca mi trzeźwość.

Mój cel to skarbnica nalewek. 
Ho! Ho! Już paniusia Jowi popijała tatowe specjały! Widzę znaczny ubytek butelek… Na szczęście nie grzebali tu. Księga leży tu tak, jak ją położył Franio. Szukają jej na próżno u kolekcjonerów, po tym jak rozpuściliśmy, każdy, gdzie tylko mógł, wieść o tym, że bogaty Żyd ją zakupił.

Franek pewnie trzymałby ją tu ze strachu do końca swoich dni. Na rzewną pamiątkę. Dobrze, że nie spłoszyło go to, że kupiłam alkaliczne opakowanie, które, w odpowiedniej wilgotności piwnicy i zerowym niemal świetle, przedłuża życie Księgi.

Nie powiem, liczyłam, że mnie o coś zapyta, albo chociaż podziękuje. Bał się pewnie skomentować. Wolał udawać, że go to nie dotyczy… Ot po prostu coś leży za nalewkami. Wolał udawać, że nie jego…

A przecież musiał czuć, że chodzimy jego śladami. Nie ominęliśmy ani jednego kroku. Inna rzecz, że przewidywałam jego decyzję, niemal bezbłędnie. Gdy tylko zadzwonili poinformować mnie, że z ukrycia widzą jak Franek wynosi coś z Synagogi, wiedziałam, że zrobi sobie skrytkę w piwnicy.

Połowicznie miałam rację, bo z jakiegoś powodu, świecznik ukrył u sołtysa, ku rozpaczy, co prawda, nie mojej, ale, że działamy w modnym teamie, rozumiałam rozżalenie pozostałych.

Biorę co moje i znikam. Nie ma na co czekać. Nie będę otwierać, Księga wydaje się nieruszana. Muszę wygrzebać się z nią bezpiecznie. Ech, okno… Jeszcze raz rozkrwawiam kolano i szarpię skórę na udach. 
Potem już tylko cel: brama i cichutkie jej zamknięcie.

Ten niebywały kierowca pewnie znowu śpi. Słowo daję, miałam nadzieję, że jego wścibstwo będzie mi zastępować kawę, potrzebną do pobudzenia w środku nocy. A ten śpi.

Jak to mężczyzna. 
Woli albo zasnąć, albo udawać, że nie dotyczą go niepokoje. Albo jedno i drugie. Byle mieć wolną głowę i swobodne ręce.

Wracam, zanim świt się zbudzi. Nie mogę oderwać wzroku od śpiącego kurnika. Moje kochane pierzaste… żal mi opuszczać ich sny. Ale czas na mnie.

Mam nadzieję, że znowu coś wypadło mi z torebki i dzieci będą mieć zabawę.