– Od razu wam mówię, że chyba nic nie mam- rzuciła sprawozdawczo, otwierając drzwi i wskazując wejście do kuchni.

Dobrze ją widzieć. Staram się nie pokazać, jak bardzo martwiłem się, co zastanę po tych kilku godzinach. Wizyta w domu, który, jak aktor podstawiony za prawdziwego członka rodziny, przez wiele lat udawał przyjaciela- mogła skończyć się kolejnym załamaniem nerwowym.

Kolejnym, a w zasadzie natężeniem tego, w którym ta biedna kobieta tkwi odkąd ją znam…
Nie ma co, dobraliśmy się bez zarzutu. Ona też strzeże przede mną ujścia swoich lęków. Widzę jak kontroluje emocje, narzucając sobie styl wojskowego. W mowie i gestach. Poddaję się temu ze zrozumieniem, nie okazując ani krzty zakłopotania lub zdziwienia. Nie chcę jej spłoszyć.
Czy na tym polega obdarzanie uczuciami? Na powściąganiu tego, co mogłoby zagrozić bliskiej osobie, a wylewaniu tego, co zmotywuje ją do życia?

Ciekawe.

Koty wyskoczyły nam pod nogi i przylgnęły do łydek. Maks bezwiednie sięgnął do marynarki i sypnął z garści kilkoma kolorowymi …no właśnie… ciasteczkami dla zwierząt? Czymś takim…w każdym razie. Ferajna się zakłębiła, chrupiąc smaczki, aż miło. Jowi wysłała mi niezauważone przez Maksa, ciepłe spojrzenie. Zupełnie odklejone od tu i teraz, czyste. Odwzajemniłem.

Przez chwilę chmura czułości zawisła nad schylonym śledczym i skąpała oddalonych na krok zaledwie, tak bliskich nas.

– Chyba? To jednak coś masz?- zapytałem.

– W sypialni mamy znalazłam to- oświadczyła, podsuwając nam pod oczy grubą książkę kucharską.

– Ale, że? Hmm?- dopełniłem półsłówkami zdziwienie wypisane na twarzy.

Jowi otworzyła książkę i na wewnętrznej stronie okładki, ciemnej jak źrenice Kongo zresztą, wyeksponowała długi, jasny włos.

Maks, aż poskoczył niekontrolowanie i pochylił się nad otwartą książką.

– Czyyy mogę?- zapytał, zerkając błagalnie na Jowi.

Podała mu książkę bez wahania, a ten położył ją, z całą ostrożnością na stole i zaczął grzebać w swojej torbie.

– Zaraz, zaraz. Musicie usiąść i nie robić nagłych ruchów, żeby włos nam nie poszybował- ostrzegał Maks, zamykając na wszelki wypadek „Kuchnię polską”. 
Zanurkował w swojej teczce.
Wyjął szkło powiększające i jakiś gruby segregator, zamykany jak niewielka walizka.

Usiedliśmy wszyscy przy kuchennym stole.

– Dzięki uprzejmości pani Tamary, trafiły w moje ręce, wszystkie pisemne pamiątki po Marcie Tabiś Stróż. Tylko zobaczcie- mówił podnieconym szeptem.

Gruba walizka z odbitymi na ksero zapiskami , dopasowała się swoim ciężarem do kuchennego blatu. Jowi zbladła. Chwyciłem ją za rękę.

– Dasz radę?

– Muszę dać. Skoro doszłam do tego miejsca… pójdę i dalej. Rozumiem, że skopiowałeś wybrane fragmenty?- zapytała, patrząc w stronę pochylonego nad papierami Maksa.

Chwycił zieloną zakładkę indeksującą, na której maleńkim druczkiem zapisał coś, co chyba tylko mrówka mogłaby odczytać nie wytężając wzroku.
Po czym- wyciągnął foliową koszulkę, kolorystycznie dopasowaną do zakładki oddzielającej ten plik od innych.

– Zielony kojarzy mi się z nadzieją- trajkotała nerwowo Jowi.

– No nie. Niestety- westchnął – Tutaj są te wycinki, w których pojawia się imię pani Marii, twojej mamy. To wyłącznie wzmianki, dosłownie po jednym zdaniu na cały wpis. Popatrzcie. Tutaj- mówiąc, kładł kolejno przed nami wachlarz kserokopii- podkreśliłem zdania, które wprowadzają niejako, w, powiedzmy hmmm temat.

„Pani Maria podała dla mnie spódniczkę na lato. Tata Franek przywiózł mi ją dziś rano.”

„Dostałam od pani Marii pióro na naboje, na nowy rok szkolny. Jest kolorowe i bardzo dobrze się nim pisze”.

– Tutaj znajdziecie sformułowania, które nie dowodzą jeszcze tego, że Maria Kołodziej i Marta Tabiś Stróż znają się. Być może wiedzą tylko o swoim istnieniu.

– Poza tym, mając tylko te notatki, nie wiedzielibyśmy o jaką Marię chodzi. Maria to popularne imię. Idźmy dalej.

Maks wyjął kolejny plik, oddzielony niebieską zakładką. 
Niebo. Niebieskie pastylki. Sen- uruchomiłem swoją wyliczankę.

– Aurelianie? Wszystko pod kontrolą?

– Tak Maks. Zamyśliłem się. Dawaj co tam masz- udałem rześkość, w którą nie uwierzyła Jowi. Wypuściłem w zamyśleniu jej dłoń ze swojej i teraz naprawiła to, obdarzając mnie swoim ciepłym uściskiem. Popatrzyła wspierająco. Ciekawe, o czym pomyślała. Być może widać już po mnie zmęczenie. Od dawna nikt tak na mnie nie patrzył.

Maks przebił się przez pajęczyny moich myśli, wplatając w swoją wypowiedz moje imię, ile razy się dało.

– Aurelianie. Te, umieszczone w błękitnej folii, to, również wybrane z ponad trzydziestu lat życia Marty Tabiś Stróż, wycinki jej pamiętnika. Zastanawiasz się, Aurelianie, być może, czym te różnią się od poprzednich. Posłuchaj. Posłuchajcie, oczywiście…

Maks podniósł zawstydzony wzrok i dał mu upust na naszych przytulonych dłoniach. Jest świetnym fachowcem. Nie pozwolił mi zobaczyć tego spojrzenia drugi raz. Przeszedł do rzeczy, tonując głos i twarz.

Popatrzył na nas raz jeszcze, jałowo i zaczął czytać.

„Dzięki żonie taty Franka, będę miała nowy rower. Doradziła mu, jaki będzie dobry dla dziewczyny w moim wieku . Jestem bardzo ciekawa, co dla mnie wybierze. Wyrosłam już ze składaka i marzy mi się coś bardziej kobiecego. W końcu, tata Franek powiedział podobno pani Marii, że jestem wyrośnięta, jak na swoje trzynaście lat”.

– I jeszcze na przykład to…- mamrotał Maks, szukając wzrokiem po kartkach- o, jest!

„Niekoniecznie dobra była ta wizyta taty Franka. Siedział smutny, chyba przeze mnie. Przywiózł mi trochę słoików od swojej żony, żebym zabrała na stancję do Krakowa. Zapytałam, czy na przerwę zimową mogłabym go odwiedzić i wtedy rozmowa się urwała. Odjechał, po kilku godzinach milczenia. Płakałam cała noc.”

„Nie wiem co myśleć o liściku od Marii. Sądziłam, że wyjaśniłam jej swoje intencje. Chcę tylko poznać bliżej moją rodzinę. Nie wiem dlaczego zarzuca mi tak złe zamiary. Oczywiście, dołączyła gratulacje z okazji sukcesu mojej wystawy i wyszukane czekoladki”.

– Czyli, cholera, znały się!- próbowała krzyknąć Jowi. Niestety, osłabła, zanim dokończyła żachnięcie.

– Tak. Wszystko na to wskazuje- podsumował Maks.

– Co jest w czarnych koszulkach? – zapytałem.

Rozbawiła mnie ta gra kolorami. Maksymilian Nać to ewenement, najciekawszy człowiek z jakim mogłem do tej pory pracować. Musiałem zdradzić się jakimś przebłyskiem uśmiechu, bo Maks odpowiedział.

– Nie sądźcie, że chcąc ubarwić sobie pracę, kupuję artykuły papiernicze dla panienek. Po prostu tak mi jest łatwiej to poskładać w całość.

– Rozumiemy- zapewniła Jowi, pocierając swoją dłonią o moją.

– W czarnej, Aurelianie- przywoływał mnie do trzeźwości Maks- jest ostatnia grupa wyodrębnionych cytatów. Jestem ciekaw, czy trafnie odczytacie kolejną różnicę w zapisach.

Pochylił się, wziął oddech.

Odczytał.

„Nie wiem już co myśleć. Zdobyłam się na taki wysiłek, by trzymać naszą znajomość tylko dla siebie. Nawet tata Franek nie ma o niej pojęcia. Czekałam na to co najpierw obiecywał mi On, mianowicie, że przekona, a właściwie zachęci do mnie swoją żonę… Potem wyczekiwałam tego, co obiecała mi Ona, Maria. Jestem rozdarta. Nie mam już taty Franka. Prawie nie widujemy się, choć mieszkamy w tej samej wsi. Kowalówka miała być nowym życiem, a czuję, jakby ono się skurczyło, dogorywało wręcz. Jest mi coraz ciężej. Maria dała mi zdecydowane ultimatum. Na koniec wręczyła mi słoik z, ciepłym jeszcze, barszczem.”

– I teraz …- mówiąc, przesortował kartki Maks.

„Mam siostrę i zamierzam ją poznać! Dziś śniło mi się, że to się uda. Gdyby jednak coś stanęło na przeszkodzie, zostawię jej wiadomość. Śniłam, że Tamara siedziała na tratwie, na której stało krzesło. Pływała z tą tratwą po jeziorze, którego źródło miała w dłoniach. Wokół pływały moje złote włosy, dokładnie tak ucięte i podzielone, jak zamierzałam to zrobić na wystawę. To piękne, jak moje artystyczne plany, przekładają się na sny i dodają mi sił. Chcę zatytułować wystawę hasłem „włosy i losy” i na ceramicznej głowie ułożyć wstążki moich ściętych włosów. Nie tak zwyczajnie, ale każde pasemko obwiązać datami spotkań z tym drugim życiem, którym jest tata Franek i jego żona, Maria. Posegregowałam już wstążki na daty pełne nadziei- zielone, na wydarzenia przełomowe, ale pozytywne- niebieskie i na te, które zwiastują zniszczenia- czarne. Chciałabym dodać jeszcze siwe, które jak gołąb po potopie, przyniosły nowe życie. Czy to się uda?

Zapis snu, zrobiłam też w obrazie dla Tamary. Dodam ten obraz do kalendarzyka sygnowanego moim nazwiskiem.”

„Dostaję anonimowe listy. Znajduję je w swoim domu. W domu, który zamykam na klucz. Zawsze. Moje drzwi są zakluczone zaraz po tym, jak wchodzę. Jeszcze zanim ściągnę buty, czy cokolwiek innego. Najpierw zamykam je zwyczajnie klamką, potem, od razu, bez zwłoki, cokolwiek by się nie działo, wkładam klucz w jeden zamek, potem w drugi. Nie tylko wkładam klucz, ale na pewno przekręcam. Piszę to, na wypadek gdybym znowu zwątpiła w samą siebie. MARTA, NA PEWNO ZAMYKASZ DRZWI!!! Dziś sprawdziłam to wiele razy. Aż boli mnie ręka, od próby otworzenia zamkniętych drzwi.

Nigdy nie zasypiam, nie upewniając się wielokrotnie, że dom jest zamknięty, a także furtka przed nim. 
Mam porządne okna, nie ma możliwości prześlizgnąć się przez nie, nawet gdy są pozostawione na uchył.

CO DO SNU. OSTATNIO SYPIAM CORAZ MARNIEJ. CZUWAM.

Liściki są w przeróżnych miejscach. W kubku, w którym zaparzam poranną kawę, w książce, którą czytam do snu, w mojej torebce, do której sięgam po wszystko dosłownie…

Jeśli stracę rozum, chcę, by było to jasne. MYŚLĘ TRZEŹWO NA TĘ CHWILĘ I WIEM CO PISZĘ. Nie wiem tylko ile jeszcze to wytrzymam.

Nie mam wątpliwości, że jeśli się poddam, moje zapiski znikną. Jeśli ktoś ma siłę, by rozprogramować moje życie, poradzi sobie z tym, co po mnie zostanie. Czuję, że zgodnie z planem, tracę siły. Nie wiem co robić. Rozmawiałam dziś z Majką, przyjaciółką mojej siostry. Nie miałam odwagi, ani sposobu, prosić ją, by przekazała Jowicie moje S.O.S. Maja wie kim jestem, choć zachowuje grzeczne konwenanse. Ścięła mi włosy. Dzisiejszej nocy, zacznę doczepiać mojej modelce, pasemka włosów.

Rozumiem, że nakaz milczenia przekazywany w listach, nie obejmuje sztuki.

Co jeszcze mam zrobić, by było dobrze? Z jakim żądaniem jeszcze zetknę się znienacka? Jaką mam pewność, że na końcu tej gry, jest coś dobrego?

Straciłam przez Ciebie tatę Franka, Mario. I nie wiem dlaczego, wciąż wierzę Ci, że wiesz co robisz. Będę jutro u notariusza.”

– Nie płacz Jowi- mówiłem to, nie wiedzieć czemu i wylewałem całą swoja czułość do tej zmartwionej, tęczowej głowy.

– Płaczę, Aureli, bo już nic nie rozumiem- łkała- Co do cholery się wydarzyło? Dlaczego moja matka szantażowała Martę? Albo, do cholery, sterowała nią? O co tu chodzi?

Widywałem czasem małe dzieci tak samo bezbronne wobec swojej żałości. Jowi położyła policzek na stole i nie patrząc na nas, z zamkniętymi oczami, rodziła strumienie łez.

– W rzeczy samej- odezwał się Maks- dotarłem do notariusza, u którego nastąpiło przepisanie domu Marty na Marię i jestem wam winien to, czego się dowiedziałem. Otóż…

Zawiesił się.

– Mów człowieku!- zniecierpliwiłem się.

– Zdziwicie się, sprawa wygląda łagodniej, niż mogłoby się wydawać, choć może dziwniej za to- zaaferował się Maks i zabłysł w oczach.

Notariusz nie był gadatliwy- kontynuował żywo, śledczym stylem- ale jego żona, zatrudniona na posadzie asystentki, na szczęście ma wielka potrzebę plotkowania. Wygadała co i jak, nie z chęci pomocy w śledztwie, a raczej, jak mniemam, dla własnej przyjemności.

Wyobraźcie sobie, że Marta Tabiś darowała swoje dobra, w tym dom, Marii Kołodziej, na zabezpieczenie ojca, Franka Stróża i siostry, Jowity Stróż.

Jak zaznaczyła, dopełniając formalności, spodziewała się, że może nie być jej przy ojcu, gdy będzie tego potrzebował. Obie panie, według oceny pani notariuszowej, wydawały się zgodne i w porozumieniu ustalały szczegóły.

Dlaczego Marta Tabiś nie ofiarowała swojego majątku, bezpośrednio- ojcu lub siostrze? To pytanie zostało jej zadane, rzecz jasna przez ciekawską asystentkę. Otóż, podobno Franciszek nie zgadzał się na przyjęcie tak kosztownej darowizny, a córka niepokoiła się o jego zdrowie. Maria miała obiecać opiekę nad finansami męża i zapewniała co chwilę, że zadba o jego wszelkie badania i zabiegi, u najlepszych specjalistów.

Ta wersja wystarczyła notariuszowi. Jego żonę zachęciła do węszenia. Gdy tylko klientki przykładnie opuściły kancelarię, asystentka uchyliła okno wychodzące na niewielką, zieloną przestrzeń, oddzielającą prywatne biura i kancelarie, od ruchliwej ulicy.

– Musi pan wiedzieć, opowiadała mi pani notariuszowa, że tam, właśnie na tym skrawku zieleni, odbywają się prawdziwe sprawy majątkowe. Tutaj, zapewniała mnie, wszyscy coś udają.

Opowiedziała mi krótką rozmowę Marty i Marii. Podobno Marta zapytała, czy wszystko już między nimi kwita, a Maria kiwnęła głową, ale przedstawiła dodatkową prośbę.
Chodziło o to, by Marta wyjechała na jakiś czas i pozwoliła działać Marii, która mówiła tajemniczo o swoim planie per „my”, jakby ktoś jeszcze brał udział w tej umowie między kobietami. Owo „my” miało zająć się, zdaniem asystentki, naprawianiem relacji rodzinnych.

Moje przypuszczenie mówi- Maks popatrzył Jowicie w oczy, tłumacząc- że Marta obiecała twojej mamie, usunięcie się, póki ta, po swojemu, nie poukłada spraw z mężem i córką. Marta, według obserwacji, po wizycie w kancelarii, była pełna zrozumienia, że musi wszystko odbyć się według pomysłu żony jej ojca.

Niestety, na koniec jej twarz z wyrozumiałej, zamieniła się w zdruzgotaną- ciągnął Maks. Tak opisała to wyżej wspominana. Rozstając się, Maria wręczyła Marcie kopertę, w której „my”, o które na koniec zapytała malarka, miało być wyjaśnione.

„Z tego listu dowiesz się wszystkiego. Sama zobaczysz, że nie jestem jeszcze taka zła, w porównaniu… Ja, radziłabym ci się tylko zdystansować na jakiś czas i pozwolić mi przeprowadzić trudne rozmowy z Jowitą i Frankiem. Jestem ciekawa, jak to rozwiążesz”.

– Według pamięci wspomnianego świadka, Maria Kołodziej, wręczyła Marcie Tabiś słoik z rosołem na odchodne- zakończył Maks.

Bez słów, cała nasza trójka chwyciła za długopisy i kartki. Zaczęliśmy notować, wszystko to, co referował kolega śledczy. Nasze refleksje z kolei, on wpisywał w swoją notkę sporządzoną podczas rozmowy z żoną notariusza.

-Moja matka to zagadka- skwitowała Jowi i znienacka ruszyła w stronę piwnicy.

Wróciła z kilkoma butelkami koloru zielonego i jedną białą.

– Biała dla tego, który ma słabą głowę!- zażartowała- Weźcie szkło, jest w szafce nad zlewem!

– Już się robi- zadziałał posłusznie Maksymilian- A zielone butelki?- zapytał.

– Zielone, rozsupłają nam guzki na wyobraźni i językach- uśmiechnęła się Jowi i przechyliła pierwszy kieliszek do dna.