Basia wróciła do domu przed północą. („Niech Najjaśniejszy Poświadczy, że nie robiłam niczego, co obrażałoby Dobre Imię Pobożnika! Nic z tych rzeczy, nic z ENPEO! – nic, co byłoby Nie Po Myśli Ojców”) – zadrwiła w myślach Stara Kowalowa, wyobrażając sobie katusze, które spotkały Basię usiłującą ujść cało sprzed majestatu zaborczego ojca. Miała nadzieję, że jego własne pisklę zdrowo załgało mu w twarz. Zuch dziewczyna! – pomyślała o Basi z czułością i wiarą, że podołała nocnemu starciu ze stróżem swoich cnót. Na myśl o Ojcu Bogdanie splunęła na podłogę. Bez śliny. Nie będzie sobie brudzić domu w intencji starego dziada. Tfu, tfu.

Otworzyła obolałą pamięć. Zwierzenia Basi Bogdanówny, uważnie odnotowywane poprzedniego wieczoru – w świetle dnia bolały jeszcze bardziej. Nie przespawszy kolejnej nocy, tym razem z powodów emocjonalnych, Stara Kowalowa zaparzyła totalnie mocną kawę, taką, jaką pozwalała sobie pić tylko w wyjątkowych okolicznościach. Obrus robiony na szydełku mienił się w oczach. Jakimś cudem wzniecił w zaplecionej martwo, bawełnianej nici – oceaniczne fale na kuchennym stole! Nie zaskoczyło jej to. Wzrok oszukiwał ją nie od dziś. To ze zmęczenia – powiedziała sobie, przywołując kilka pytań z samej głębi siebie. W jakim celu stawia siebie do dyspozycji? Nadwątla swoje ciało, ducha, serce. No i po co? Gdyby umiała chociaż samej sobie to wyjaśnić! Czym w zasadzie jest dla niej śmierć młodej Majki Jaroszy?

Stara kobieto, od dawna nikt nie patrzy w twoją stronę, nikt nie oczekuje twojej pomocy! – majaczył w niej złośliwy podszept. Przebijała się przez niego także cicha przestroga rozumu. No bo cóż w zasadzie ona, Kowalowa, mogłaby zdziałać? Majka Jaroszy nie żyje i choćby wypruła sobie żyły, nie mogła dla niej niczego już zrobić. Fakty studzą, więc co jakiś czas kładła je sobie niejako przed oczami, niczym przechowywane między kostkami lodu, świeżo złowione ryby. Podtrzymywała ich świeżość, by nie dać się zwodzić samej sobie.
A wyglądało to tak:
W niewyjaśnionych okolicznościach odeszła ze świata żywych córka bogatego, poważanego i uświęconego Ojca. Przykre, przejmujące, ale nawet nie znały się z nieboszczką jako dorosłe osoby. No i przede wszystkim bądźmy uczciwi: czy jakakolwiek kobieta ma wpływ na życie Ojców Świątyni? Czy jakaś ma, w ogóle, prawo do tego, by zapytać o coś więcej niż sami z łaski pokażą, powiedzą? A co dopiero ona – Oddalona, Gangrena Kowalowa?

Usłyszała swoją samotność boso stąpając po wyludnionej podłodze. Kiedyś tam, o poranku, Stary Kowal i podrostek Norbert dokazywali sobie, zaśmiewali się przy stole… Kiedyś tam… – próbowała odtworzyć tamten harmider i nakarmić się nim.
Puste kąty domu wyły za Kazimierą. Poszła w stronę lasu kilka godzin po Basi, wczesnym świtem. Cichy, wcześnie zbudzony dom sprzyjał melancholii. Kawa, choć mocna niemożebnie, nie bardzo chciała działać. Mgła sprzed oczu nie znikała. Coś tam lśniło, coś się kołysało przed oczami. Jesteś już za stara na takie wybryki – mówiła do siebie, po prawdzie nie dowierzając, że uda jej się naprostować swoją porywistą duszę. Ale zaraz, czyżby ktoś zapukał cicho w drzwi? – Nastawiła jedno ucho ku korytarzowi. Przesłyszała się?

W natychmiastowej odpowiedzi na jej wątpliwość, pukanie powtórzyło się, a zaraz po nim, ze słyszalnym, męskim uśmiechem, ktoś wypowiedział dwukrotnie (w jej odbiorze także zalotnie) : puk, puuuuuk!
– A kogo to znów…? – zapytała otwierając drzwi zamaszyście. Była w fatalnej formie, prawdopodobnie trzeba było domyślać się jej oczu. W miejscu, gdzie dotąd tkwiły, niewiele się działo. Twarz zwykle puchła jej ze zmęczenia, z braku równowagi między przeżywaniem, a przetrawianiem emocji. Chrzanić to, nie miała już nawet sił się wstydzić.

A ten znowu tutaj! – Zakrzyknęła w duchu. Stare ciało zareagowało równie entuzjastycznie. Poczuła przyjemny przypływ sił. Gość zwyczajowo zrobił to, co potrafił, bez wątpienia najlepiej. Objawił się! Bezlitośnie piękny, pachnący, życzliwy. Diabli go nadali, to pewne, bo któż inny z taką częstotliwością igrałby z jej zmysłami? Jej powonienie z miejsca omdlało, zaczerpnąwszy zapachu pulsującej w cieple tętnicy szyjnej tegoż… Cytrusy… Jak to możliwe, że dotąd ich zapach był jej obojętny? Światło nakłuwało oczy. Nie bez bólu odzyskiwała pewność tego, co widzi, a jednak warto było skupić się, by dostrzec ten efekt namiętności słońca z męską skórą. To ciało! Boski! Boski! Subtelnie powleczony opalenizną, niby cielistą pończoszką! Po trzykroć Boski! A oto i ona; schowana w starym, otłuszczonym worze, do którego wolałaby się nie przyznawać w tej chwili, nawet przed sobą. Gdyby właśnie teraz, na jeden kwadrans być taką dziewczyną z Instagrama… I stać naprzeciw niego z rozwianymi włosami, nieskazitelną cerą, figurką giętką bezboleśnie i lekką. Ech, gdyby móc złapać ten moment…

Oto on, Ojciec Dawid. Cud.

– Jak cisza w moich progach to latami, a teraz proszę jaki ruch! Ojciec Dawid drugi raz w tym tygodniu. No, no, no. Zaczynam się obawiać, że rodzi nam się jakiś zwyczaj! – zażartowała. Kurczyła się trochę. Wstydziła się, że znowu w byle koszuli… No i te jej starcze zapaszki ze szczelin rozmaitych. Posikiwała się coraz częściej, a nie zawsze udało jej się dobrze wymyć, bo kręgosłup, bo przykurcze, bo zadyszka… W wannie nie szło to jak trzeba, prysznica z kolei nie mogła się doczekać. Norbert nie chciał, by wpuszczała byle robotników, a on sam nie miał dla ojcowizny za wiele czasu. Urlopy głównie przechorowywał, odreagowując stresy odpowiedzialnej posady, zapewne.
– Niech Najjaśniejszy Poświadczy, że ja… – zaczął cytrusowy bóg.
– Nie musi Ojciec kończyć! Wiem, wiem! Intencje i te sprawy! – wtrąciła, zadowolona z ze swojej przewagi. Zmieszał się bowiem jej uszczypliwością, czym dał jej przestrzeń do wprowadzenia swojego rytmu rozmowy.
– Wiem, że przyszedł tu Ojciec w pokojowych zamiarach, jak zwykle – uśmiechnęła się z przekąsem. Mój Bożeńciu, jak on na nią działał! – Wchodzi Ojciec? – wskazała na pusty przedpokój za sobą. Wszedł. Tym razem także odczekał, by nie wkraczać do kuchni bez zaproszenia. Usiedli przy stole, podała herbatę czarną i białą czekoladę z orzechami. Poczęstował się z wielką chęcią. Opaloną dłonią, przestudiowaną skrytym spojrzeniem napalonej staruszki. Wystające pnącza żył oplatały śniade kostki, maleńkie włoski na palcach – ledwie zauważalne, rozjaśnione słońcem…
– Jestem po długim biegu, z radością uzupełnię kalorie – zaznaczył, z rozmarzeniem gryząc spory kawałek czekolady. Celowo nie rozdrabniała wielgachnej tabliczki na kostki, a połamała jakkolwiek. Dzięki temu przytrafiały się porcje składające się z kilku kostek, a to lubiła.
Jak widać, nie tylko ona.
– Już po treningu? – Ożywiła się. – Ledwie dzień stanął na nogi i już po tylu męczarniach?
– Tak, biegam po piątej.
– No proszę. Biegający Ojciec. Nie było innej opcji?
– Niż co? – zapytał rozluźniony solidnym zastrzykiem cukru.
– Niż bycie Ojcem? Taki młody, zdolny człowiek i jak słyszę silny… – rozmarzyła się, więc szybko poskromiła wyliczankę komplementów.
– Pragnąłem tego! – Wyznał spontanicznie, więc szczerze, pomyślała.
– Uhm.
– Nie wierzy szanowna Stara Kowalowa?
– Wierzę, co nie znaczy, że nie jestem w żałobie – odrzekła z iskrą w oczach. Podchwycił to skrzenie w mig. Mężczyzna z krwi i kości! – Ekscytowała się. Taki, co to złapie każdy kobiecy zew, choćby zrodził się w usychającym łonie! Ojciec był wobec niej niezwykle delikatny i szarmancki. Ujmowało ją to, w jaki sposób prowadził rozmowę. Ostrożnie zmierzał do sprecyzowania celu ponownej wizyty w jej progach.

– Ojciec Bogdan nie wie, że tu przyszedłem – oświadczył ni z gruszki, ni z pietruszki, dzięki czemu odsunął temat Ojcowania, który mógłby ich poróżnić.
– A co ta kreatura ma do naszej rozmowy?! – podniosła głos i brwi.
– Nic, nic – odruchowo uspokoił ją kładąc dłoń na jej dłoni – Spokojnie – powiedział miękko – głupio zacząłem, proszę mi wybaczyć.
– No to jeszcze raz, słucham? – Rozpływała się. Udała, że potrzebuje poprawić włosy. Musiała zabrać tę podnieconą dłoń, by móc rozmawiać.
– Ojciec Bogdan niepokoi się, że Stara Kowalowa za bardzo interesuje się sprawą Ojca Hrabiego. Przyszedłem, czy ja wiem, ostrzec Kowalową? Sam nie rozumiem, dlaczego od razu tu przyszedłem.
– Od razu? Prosto od niego, jak rozumiem? – chrząknęła podejrzliwie. Krótko, zamykająco. Ojciec Dawid wyczuł to tak samo dobrze, jak jej wcześniejsze rozrzewnienie. Dał wyraz zmieszaniu odsuwając się nieco i biorąc kilka krótkich oddechów.
– Tak, niestety tak. Ta młoda, córka Ojca Bogdana była u pani Kowalowej chyba? On, znaczy Ojciec Bogdan, tak przynajmniej podejrzewa, ona tego podobno nie potwierdziła…
– Ano była, ale ufam w zamiłowania Ojca Dawida do poufności. To nie jest informacja dla tego troglodyty Bogdana, tfu! – Udała splunięcie, czym, miała nadzieję, wyrazić się jeszcze jaśniej.
Obruszało ją to i wkurzało nie na żarty. Też coś.

– On się niepokoi tym, że Kowalowa za bardzo się interesuje, tak? – zapytała retorycznie – Znając politykę Świątyni- ciągnęła- za bardzo interesować się oznacza interesować się w ogóle, czyż nie? Czyż nie chodzi o to, że łapy Starej Kowalowej precz od wszystkiego, co w Świątyni?! – włączył jej się napastliwy szczek, dlatego świadomie uciszyła go. Przecież rzeczywistym adresatem jej gniewu nie jest Ten atrakcyjny Ojciec. Wścieka się na Bogdana i na podstępnego bożka, który za tym wszystkim stoi. Niegodnie jest zalewać wściekłymi ściekami Ojca Dawida, którego, gdy oddzieli od jego religijnej funkcji, to przecież wyłącznie uwielbia. Zwłaszcza teraz, gdy ich podniebienia kleją się od białej czekolady.
Popatrzyła mu w oczy przepraszająco. Krótko, ale czule.
Ubóstwia go starym, zgałganiałym ciałem. Od kilku dni rozmyśla za tą niemożliwą bliskością tak rozpaczliwie, że czasem udaje jej się WMYŚLIĆ w siebie jakąś obłąkaną nadzieję na to, że to się wydarzy. Krótka, magiczna chwila bycia młodą i zdolną do namiętnego spotkania z kimś takim jak on…
O tak! -motywowała się wewnętrznie- wmarzyć w siebie marzenie, wmyślić myślenie, stać się nim, żyć nim, jakby to świat wokół nie był prawdą. Z podejrzliwością dotykać rzeczywistości, jak obcej ziemi odwiedzanej przelotem, której nie warto poświęcać uwagi. Żyć tym, co wmarzone, co niesie ponad drewnianą podłogą, ponad kubkiem, ścierką, codziennym myciem twarzy.

Ojciec Dawid pocierał brodę badawczo. Ważył słowa, jak mniemała. Rzuciła mu przecież nielekką moralnie rękawicę. Z pewnością zechce stanąć w obronie Ojca Bogdana, wszak Ojciec Ojcu Przyjacielem, Bratem, Adwokatem – na wspomnienie wyświechtanego cytatu z nieżyjącego męża, wściekła się. Gorąco uderzyło ją i pozostawiło kilka kropel na jej twarzy. Nie były to łzy, bynajmniej. Niech was szlag – czuła, jak napina skórę twarzy i szyi – Niech was szlag! Za dużo pamiętam, za dużo wiem!

– Pozwolę sobie wyjawić, jak jest, bez kombinowania- zaczął miękko. Doleciał do niej jego czekoladowy oddech. Kajał się, wyczuwała szczere intencje. Tym gorzej, bo magnes jego postury, lnianej koszuli opiętej na wyrzeźbionym, opalonym ciele… Uspokój się starucho, obśmiewała siebie w myślach, choć ani trochę nie miała sobie za złe tego pożądania.
– No dobra, słucham – odpowiedziała ostro, na przekór rozmiękłym tkankom wyczekującym uwagi Ojca Dawida, popiskującym do niego.
– Córka Ojca Bogdana zaniepokoiła go ostatnimi dniami – powiedział. – Znika, sprawia wrażenie nieprzejednanej, przeciwnej Ojcowskiemu sposobowi prowadzenia domu. Ojciec Bogdan uznał, że jego córka musi mieć w kimś sojusznika.
– Że niby nigdy dotąd nie przeciwstawiła się temu zgrzybiałemu świętoszkowi?!- zadrwiła. Ojciec patrzył z wyrozumiałością. Wziął kolejny kawałek czekolady i uśmiechnął się.
– Jasne, że to jego wymówki – przytaknął. Wszyscy to widzimy już od dawna. Basia, odkąd zmarła szlachetnej moralności Anna Bogdanowa, jest jeszcze bardziej nieobecna niż była. Od niedawna jestem Ojcem, ale domyślałem się, że dziewczyna, a wcześniej dziewczynka, ma kłopoty z zadzierzganiem więzi wśród rówieśników. Czy Kowalowa zgodzi się ze mną? Dobrze rozumuję?
– Pyta mnie Ojciec jako kogo? Jestem wszak wyklęta ze Świątyni, należy na mnie i moje opinie reagować raczej modlitwą – zaśmiała się.
– Niech Stara Kowalowa wybaczy, ale bzdury gada – odparował równie zaczepnie, co i ona.
– Pytam mądrą kobietę. Stara Kowalowa jest doświadczona, ale przede wszystkim niezwykle sprawna emocjonalnie i intelektualnie – zmierzwił dłonią brodę i rozejrzał się po kuchni.
– Kazimiery Mizi nie ma? Czy może zajęła inne pomieszczenie? – zapytał żywo – Ciekawi mnie jej niechęć wobec mnie. Stara Kowalowa rozpuściła na podniebieniu kolejny gryz białej czekolady, po czym odpowiedziała zwyczajowo stwierdzeniem, co to trzymała je na podorędziu, w razie, gdyby ktoś pytał o jej przyjaciółkę: – Kazimiera? No cóż, ona ma swoje zdziwienia i zastanowienia, i trzeba to uszanować – wyśpiewała z pamięci.
– No tak, rozumiem. A co z moim wcześniejszym pytaniem? – zawahał się. Wiedział, że trochę udaje przyjaciela. Znał przepisy Świątynne. Nie mógłby tu bywać za często bez powodu, chyba, że jak ta mała Bogdanówna, zakradać się. Kowalowa była Oddalona, a do tego niepokornie Oddalona, po trosze na własne życzenie, a w konsekwencji jednak Oddalona i Oznaczona na Radzie Ojców. W jej kontekście padało zwykle słowo Naskórkowa. Domyślał się, że był to powód braku prób zatrzymania jej w Świątyni. Od piętnastu lat nie było jej na ani jednej Gorliwości, nawet świątecznej. Nie mógłby więc być sobą, gdyby jej delikatnie nie wspomniał o tym: – Ja wiem, że Kowalowa ma prawo mi nie ufać w pełni. Przychodzę tu, bądź co bądź w skórze Ojca Świątyni, poza którą Stara Kowalowa jest już dobrych parę lat. Nie chcę być jakimś kiepskim przebierańcem. Nie ukrywam, że naprawdę darzę Starą Kowalową sympatią i szacunkiem. Jako człowieka. Zaproponowałem, że załatwię tę sprawę sam, by Ojciec Bogdan nie wyciągał swojego działa.

– Co Ojciec ma na myśli? Jakiego działa?! – Poruszyło ją to. Czyżby to wstrętne chłopiszcze zamierzało przypuścić na nią atak? Te piękne, brązowe oczy, odpowiedziały w mgnieniu.
– Ależ ja plotę, proszę mi wybaczyć – Ponownie dotknął jej dłoni swoją, ocieplił atmosferę. – Rzecz jasna nic wielkiego się nie dzieje, ale zdaje się, ma Kowalowa z Ojcem Bogdanem zaszłości, ja nie chcę, Niech Najjaśniejszy Poświadczy, w to wnikać… Chciałem tylko wyjaśnić sprawę Basi – jak najmniej dotkliwie dla wszystkich.
– Ale co takiego chce Ojciec wyjaśnić?! – podniosła głos. Nie była tak zła, jak żywy smutek kołysał jej się w piersi.
– Na spokojnie, na spokojnie – wyszeptał – Zacznę raz jeszcze. Chciałem ustalić, czy Stara Kowalowa w swojej życiowej mądrości uważa może także, że Basia Bogdanówna jest zagubiona w jakiś niebezpieczny sposób? Czy może dawała pani Kowalowej jakieś sygnały?

Wzięła oddech i spojrzała znacząco – Dawała, a owszem, dawała. Dawała dowody rozsądku. Nie uważam, żeby było trzeba się o nią martwić. Dziewczyna czuje się samotna, bo jest nieprzeciętnie wrażliwa, bo nie pasuje do nowoczesności, która wparowała w życie dziewcząt Świątynnych.
– No tak, ubolewamy nad tym – odrzekł z niekłamaną ulgą – Co za dużo to niezdrowo, a świeckie życie wpełzło do Świątyni, pomimo naszych starań. Ale czy – zamyślił się nad odpowiednimi słowami- córka Ojca Bogdana nie zdradza zainteresowania życiem Oddalonym? Czy nie zamierza może…

– Nic mi o tym nie wiadomo – wyznała gorzko. Łudziła się, że Ojciec Dawid nie postrzega jej aż tak radykalnie jednak… – Ja także nie namawiam jej, nie wiem czy to coś da, gdy zaświadczę – Załkała zrezygnowana. Twarz Kowalowej skolonizował smutek. Ta stara, zamyślona twarz zabolała i zaniepokoiła Ojca Dawida. Zrobiło się im nieswojo. Różnice, choć tak oczywiste między nimi od samego początku, teraz zaatakowały ich dobre połączenie. Była dla niego tą z innego świata, Oddalonego… Przyszedł tu na Pobożne zwiady, nie do niej… – Myśli nabierały tempa, ciśnienie też. Obudziła się wreszcie, niestety do niepokoju i samotności.
Ojciec Dawid wstał, potarł dłońmi o biodra schowane w lnianych, jasnych spodniach. – To ja uspokoję Ojca Bogdana i pójdę już. Wiem wszystko, co potrzeba, by wyciszyć jego wątpliwości, ufam Kowalowej… – oświadczył łagodnie.

Nie popatrzyła na niego. Złamał jej serce jak młódce. Co z tobą stara, opętana pragnieniami babo?! – złościła się na siebie, gdy skonfundowany oddychał przystępował z nogi na nogę, przez kilka minut licząc na to, że pożegna się z nim. W końcu odpuścił wracając pamięcią do ostatniego, podobnego zajścia między nimi. Uznał, że Stara Kowalowa ma w zwyczaju tak reagować czasem, brakiem reakcji. Bardzo cicho uprzedził, że w takim razie już pójdzie i Niech Najjaśniejszy Poświadczy, że nie miał grama złych intencji. Mówił do niej cicho odchodząc, a trząsł mu się głos, o tym, że może jeszcze zajrzy kiedyś…, gdyby się zgodziła, oczywiście…

Ależ była słaba, ależ bezbronna! Silna kobieta pożegnałaby się, schowałaby urazy w głąb siebie, odegrała scenę zobojętnienia. Ale ona zastygła przy stole, podczas, gdy ten młody, przepiękny i pachnący człowiek szedł z powrotem do swojego uświęconego życia. Czemu psuje sobie okazję do przebywania z nim w swoim domu?! – wyrzucała sobie. Przecież tam, dokąd on wraca, nie ma dla niej miejsca. Mają tylko te kuchnię, tylko ten stół. Ich jedyny możliwy, wspólny świat. Wszystko popsuła…

Kazimiera wróciła dopiero, gdy zaszło słońce. Nie na długo, bo hałasowała, by już w środku nocy na powrót otworzyć jej drzwi. Tej to dobrze, pomyślała Stara Kowalowa, żegnając Kazię i dławiąc się łzami w kolejną, pełną ciężkich emocji, bezsenną noc.