Gdy kilka minut po piątej dopieściła haft, stał już nad nią zniecierpliwiony świt. Zza zaciągniętych nieporządnie zasłon wyciekało ostre światło. Zestresowała się. Każde tego typu wtargnięcie wiązało się z nieznośnym bólem głowy. Wydawać by się mogło (ze sporym prawdopodobieństwem), że świt umyślnie rozdrażniał jej przebodźcowany, toporny wzrok i omdlewał stawy. Jakby wiedział, że nie stać jej na zmierzenie się z nowonarodzonym dniem po nieprzespanej nocy. Zmuszał do reakcji. Po wielu godzinach skupienia, uniosła wreszcie oczy znad szydełka. Od lat widząc zaledwie tunelowo, musiała rozejrzeć się, by objąć mieszkanie wzrokiem. Jaskrawość napraszającego się słońca przyprawiła ją o zawrót głowy. Miliony igieł przekłuły jej głowę i gałki oczne. Znajomy, znienawidzony ból już był przy niej. Dołączyły też nudności. Zmaltretowane jaskrą oczy pragnęły wyskoczyć i ochłonąć gdzieś z dala od miejsca, na które je skazała.

Kanapa puchła, wręcz panoszyła się po kuchni. Atencjuszka się znalazła, patrzcie ją! – Kowalowa ofukała natrętny mebel – pchasz mi się pod same źrenice! Nie sposób cię ominąć!

W istocie, mebel nawoływał do niezwłocznego odpoczynku.
Stara Kowalowa wsłuchała się w skowyt skatowanego nieruchomą postawą kręgosłupa. Nie zamierzała opierać się kanapie, jak najbardziej chciała dać sobie ukojenie. Podłożyła pod piec i łyknęła silne proszki na ból. Zamykając oczy w oparach świadomości oddała się błogości, jakiej zawsze dostarczała jej mieszanka zmęczenia i satysfakcji z dobrze wykonanej pracy. Uprasowana, ozdobiona haftem koszula pożegnalna, spowita białą, bawełnianą połacią materiału delikatnie przewiązanego niteczką zielonej muliny– czekała pośrodku stołu na odbiór.
Jej cichutkie Trofeum. Jak dobrze było znowu to poczuć! Przez całe lata, nie tylko jej mąż, który wiódł, niemal od początku ich małżeństwa, żywot Ojca Świątyni, wychwalał jej koszule pożegnalne i powitalne (dla nowonarodzonych lub nowoprzybyłych członków Świątyni). Powszechnie uważano Starą Kowalową za Wiejscową mistrzynię krawiectwa i haftu. Wiedziała, że jest w tym naprawdę niezawodna i jeśli za czymś świątynnym tęskniła, to była to tego typu praca dla społeczności. Ech, kiedyś miało się szacunek na dzielni – zażartowała sobie na głos, na wspomnienie dawnych, rzeczywiście dla niej prestiżowych czasów. W pierwszych ławkach Świątynnych, żona Ojca, prężna działaczka na rzecz Pobożnych kobiet. Do tego artystka, bo i tak ją nazywano w czasach, gdy jeszcze Pobożnej kobiecie wolno było posiadać pasję i cieszyć się nią otwarcie.

Splecione ze sobą liśćmi- kiść ciemnego winogrona i kwiat herbacianej róży na tle granatu nieba- w jej wykonaniu, każdorazowo spełniało wymagania maleńkiego dzieła sztuki. A nietrudno byłoby z tego przecież zrobić kicz, pomyślała z dumą. Symbol Świątyni obrazował hasło zgromadzenia Pobożników: „Jesteśmy słodyczą naszemu Bogu, jesteśmy Mu pięknem”. Fiolet, granat, herbaciany róż i zieleń. Barwy każdego Pobożnika – zacytowała cicho, po czym prychnęła – dobre sobie! Uśmiechnęła się do siebie i jednocześnie obśmiała dawną, naiwną siebie, po czym półsiedząc, w pół myśli – głęboko zasnęła.

Obudziło ją pukanie do okna. Wygramoliła się i niewiele widząc zza zaklejonych ledwie nadpoczętym snem oczu, stanęła w progu. – Dzień dobry pani Starej Kowalowej, to znowu ja, posłali mnie Ojcowie. Wszystko gotowe?
– A tak, tak. Wejdziesz? – Dopiero teraz wysiliła zmęczony wzrok, by poza niebieską plamą rozmazaną po drobnej, kobiecej sylwetce, zobaczyć coś jeszcze. Basia Bogdanówna przywdziała zgrabne sandałki i błękitną, dopasowaną sukienkę. No, no – pomyślała na ten ujmujący widok Kowalowa. – To jak, wchodzisz?
– Nie, dziękuję. To znaczy…- zawahała się – jestem zmuszona podziękować, jakoś tak powinnam to chyba powiedzieć… – tłumaczyła się, precyzowała nerwowo – No więc, rzecz w tym, że tata kazał skoczyć na jednej nodze, a widzę, że też pani Kowalowej przyda się odpoczynek…
– Tak, to akurat racja – przyznała przecierając spuchnięte powieki. – Mam jednak kilka pytań- nadmieniła, spokojnie udając się po pakuneczek. Wręczając przebierającej nogami w progu Basi owoc swojej nocnej pracy, zapytała śmiało: – Czy zechcesz kiedyś przyjść i powiedzieć mi coś więcej? Na pewno znałaś młodą Jaroszównę, to niemal twoja rówieśnica.
– Tak, rok młodsza zaledwie, ale od małego uczęszczała z moim rocznikiem na Kursy Bogobojności. Wysłano ją rok wcześniej, zaczęła jako pięciolatka i wraz z nami zdała rok temu ostatni Kurs. Najlepiej z nas wszystkich zaliczyła Duchowe Uwieńczenie – relacjonowała z entuzjazmem, aż niespodziewanie smutek zgasił jej oczy. – Wie pani Kowalowa – szepnęła, nachylając się ku Starej Kowalowej- ja, tak prawdę mówiąc, to będę musiała do pani uciec, bo w zasadzie już nie mam wymówki, by się z panią legalnie widywać… no… ale wymknę się po pożegnaniu, że niby na spacer, zgoda? – popatrzyła z nadzieją. Nie chciała urazić Starej Kowalowej, do której czuła więcej, niż mogła zrozumieć. Już sama ta opowieść o szczęśliwej, młodej mamie, o czasach, gdy Wypieczone Soboty, każdego tygodnia stanowiły opokę kobiecego losu w społecznośc,i tchnęła w nią nowe nadzieje. Ominęło ją tak wiele. Miała poczucie, że słucha o ciepłym, gościnnym ognisku, którego udziałem już być nigdy nie zdoła, a którego ostatnim, ciepłym jeszcze polanem jest Stara Kowalowa. Źródło dawnej Świątyni, źródło jej prawdziwych korzeni, naturalnego głosu rodziców. Dziś… tata to tylko Ojciec Bogdan. Niemniej oficjalny w domu niż w Światyni. Nie umie żyć, raczej działa, niczym wiecznie oburzony robot, bezlitosny sędzia na boskich prawach. A przecież kiedyś było inaczej – myślała wypatrując odpowiedzi staruszki. Stara Kowalowa otworzyła niepewnie usta, nie będąc pewna, czy chce narażać Basię Bogdanównę na gniew jej paskudnego ojca.

W tym momencie Kazmiera błyskawicznie zbiegła ze schodów, przebiegła przez próg i nie bacząc na żadną z nich, weszła w ostry zakręt na rogu budynku. Podążyły za nią wzrokiem, by po chwili wrócić do swoich źrenic.
– Ot i przepadła w ogrodzie – skwitowała staruszka.
– Kazimiera Mizia nie reaguje na mnie dobrze, jak widać… To już drugi raz w domu pani Kowalowej- ciągnęła ze wstydem- a i przyznaję, że gdy spotykałam ją nieraz w okolicy Świątyni, zachowywała się tak, jakby gotowała się do ataku na mnie i innych
Pobożników – dziewczyna zalała się wstydliwym rumieńcem.
– Nie patrz na nią w ten sposób. Ona ma swoje zdziwienia i zastanowienia i trzeba to uszanować – uspokoiła Kowalowa. Wyciągnęła dłoń w stronę Basi i patrząc na nią z przyjemnością, odpowiedziała po namyśle – Przyjdź po pożegnaniu, będę czekać.

Bogdanówna rozejrzała się kontrolnie zanim podała drżącą dłoń na do widzenia i ukłoniła się łagodnie. Dygasz, jak służka z dawnych lat – zażartowała Stara Kowalowa obejmując pełnym podziwu spojrzeniem urokliwą kibić Basi Bogdanówny. Coraz bardziej przypomina swoją matkę, pomyślała z rozrzewnieniem. Nie była na jej pogrzebie dawnej przyjaciółki, tyle co uszyła i wyhaftowała jej koszulę pożegnalną. Ale nie miała sił, nawet dla Anny, przekroczyć progu Świątyni. Zgodnie z przepisami dotyczącymi Oddalonych, nie mogłaby i tak zbliżyć się do trumny na trzy metry. Tyle lat skrywania się po krzakach na chwilkę chociaż rozmowy, bo ten stary dziad nie pozwalał jej zachodzić do mnie, Oddalonej. Nawet, gdy zachorowała, nie pozwolił bym przekroczyła ich próg i wsparła ją, leżącą… – wspomniała gorzko.
Żal dotarł do jej klatki piersiowej, zasmucił serce.
– No to idę już, tata pewnie za mną wypatruje. Ojcowie podziękują pani Kowalowej drogą oficjalną, to miałam przekazać – rzuciła w letnie powietrze patrząc już w stronę Świątyni.
Zniknęła.

– Teraz to spacerkiem wracasz! Patrzcie ją, jak ona mi gości traktuje, cwaniarka! Jak nie zmyka, to prycha! – zażartowała na widok snującej się leniwie Kazimiery Mizi. – Chodź, podjemy coś i odeśpię sobie nockę, a ty porobisz sobie co tam będzie ci się chciało – zaprosiła Kazię z czułością do środka.

Obudziła się po siedemnastej. Otworzyła radio i zaparzyła ciemnej herbaty. Wiadomości Świątynne podawano bez entuzjazmu. Zbiórka na nowe witraże zakończona, rozpoczęto kolejną, na naprawę dachu. Próbowała zmienić stację, ale czego się spodziewać mieszkając przy Świątyni i jej nadajniku? Niczego innego nie było słychać tak klarownie, jak ich, psia krew! Aż żal słuchać! Taki piękny mężczyzna, pełen życia, a nudzi się na tej smętnej antenie – empatycznie wspomniała ujmującą aparycję męczącego się redaktora. Stary Kowal nie przepadał za radiem, na szczęcie powstało na chwilę przed jego śmiercią, więc nie namęczył się za długo. Drażniło go odczytywanie tego, co można było spokojnie odczytać podczas niedzielnych i świątecznych Gorliwości. Pewnie i nudziło.

Ojciec Dawid odczytał kilka najważniejszych ogłoszeń, po czym zupełnie zmienił ton, gdy sprawa zeszła na zbliżający się piknik Świątynny, a przy tym mecz piłki nożnej dla chętnych. Entuzjazm sportowy Ojca rozświetlił jej kuchnię. Chłop potrafi zachęcać, zagrzewać do rywalizacji i zabawy, to trzeba mu przyznać. Zupełnie nie nadaje się do szarych dyżurów w radio. Kogo ruszają te pobożne aktualności? Świątynia stała na plotkach i nowinkach, a nie na duchowych osiągnięciach i dobroczynnych celach. Była jedną z nich, to i może coś o tym powiedzieć. Wiedziała co wpompowuje we wszystkich wartką krew i nie są to z pewnością pobożne remonty – mówiła sobie.
No ja nie wytrzymam! – Usłyszała skrzypienie furtki. Kazia spała na górze, więc ktoś znowu…

Na szczęście to Basia. Pożegnanie Majki Jaroszówny dobiegło końca. Z relacji dziewczyny wynikało, że na cmentarzu oddalonym od Świątyni niecałym kilometrem szczerego, przerażającego pola, został tylko zrozpaczony hrabia. Pobożnicy wrócili do swoich spraw. Basia zjadła wczesną kolację i oznajmiła ojcu, że ma okres, więc musi rozchodzić ból. Wszystko było prawdą, nie wspomniała tylko o celu swojego spaceru – wizycie u Starej Kowalowej. Branie rozkurczowych i przeciwbólowych środków było niewskazane, jak potocznie mawiano było ENPEO, Nie Po Ojcowemu. Jesteś kobietą z woli niebios, więc nie uciekaj od tego, co ci przeznaczono przeżyć! – starzy Ojcowie potrafili podgrzać kobiety do czerwoności podobnymi temu tekstami. Mało która tego słuchała, ale Basia Bogdanówna dorastała z tatą i pierwsze kroki kobiece stawiała bez matki, pod jego okiem.
– Ania, to znaczy twoja mama, brała leki przeciwbólowe – pocieszyła dziewczynę Kowalowa i podała jej dużą dawkę Ibuprofenu. Połóż się na kanapie, ja zrobię kakao z miodem. To zawsze pomaga. Pieprzyć te męskie histerie na nasz temat – powiedziała sobie pod nosem, nie chcąc buntować młodej. Sama dojrzeje do swojego gniewu. Każdy owoc ma do wyboru albo uschnąć w zarodku, albo wysilić się i dojrzeć. To pierwsze Basi już nie spotka. Wymyka się do mnie nie oglądając się na konsekwencje. Zapewne okiwała nie tylko swojego ojca, ale też całe grono Ojców. No bo jak inaczej? Stara Kowalowa, Oddalona przed piętnastu laty. Jej dom sklejony ze Świątynnym murem, to adres zakazany dla prywatnych, Pobożnych spotkań. Basia Bogdanówna przyszła zupełnie prywatnie, choć zapewne, wszystkie Troski (jak fałszywie nazywano zwykłe nakazy nieuznające sprzeciwu) zna na pamięć. Przetrwa, ktoś taki przetrwa na pewno – zaszeptała nadzieja w sercu Starej Kowalowej.

Rozmowa była trudna i długa, przez kuchenne okna zajrzał im w oczy dojrzały wieczór. Kazimiera nie mogła znaleźć sobie miejsca, wreszcie zajęła swoje krzesło przy stole. Nie przeszkadzała w rozmowie, oddała się ciszy, a gdy potrzebowała się przemieścić, stąpała bezszelestnie. Trochę słuchała, więcej obserwowała z dystansu. Poczęstowała się w międzyczasie tym, co było przyrządzone i zostawione, zapewne dla niej, na widoku. Z każdą chwilą coraz bardziej przekonywała się do tej kasztanowej dziewczyny. Czuła, że Stara Kowalowa otacza ją troską i z pewnością ufa jej, jakoś też motywuje. Jak córkę, której nie ma – medytowała.
Kazimiera Mizia mogła tak godzinami; zalegać w wygodnym miejscu, z pełnym żołądkiem. Obrazy, zapachy, przeczucia – nieustannie wyczekiwały na wolną przestrzeń, by, gdy tylko się jej trochę ukaże – wybuchać we wnętrzu Kazimiery feerią odczuć. Pozwalała na to. Na jakiś czas mogła dzięki temu odciążyć swoje czujne ciało. Nieufność wyparowywała z mięśni, do głowy napływał spokojny potok skojarzeń. Powściągnąwszy się na zewnątrz, wewnątrz siebie rozwijała potężną równinę istnienia. Wsłuchiwała się w nią, niczego nie chcąc pominąć. O, teraz na przykład jakaś mysz, tak, to ewidentnie mysz pracuje nad starą belką w piwnicy. Ach tak, i pachnie coś, to chyba suszone bukiety dziurawca. Wiszą gdzieś pewnie przy wejściu do piwnicy. Gdyby były gdzieś tutaj, wysłałyby ostrzejszą woń.
Przez atłasową kotarę skrytego świata Kazimiery, przebiły się znów głosy z kanapy.
– Ona z nikim nie rozmawiała przez ostatnie miesiące. Pytałam, Niech Najjaśniejszy Poświadczy – zarzekała się dziewczyna. Otulona ciepłym kocem, z kolanami podciągniętymi pod brodę, zachodziła w głowę, jak mogła tak lekko podejść do faktu, że jej koleżanka nagle odsunęła się od wszystkich. Fakt, na swoje usprawiedliwienie miała to, że ona sama nie należała do towarzyskich, że nie była powszechnie lubiana, zapraszana. Mimo wszystko, mimo swojego odizolowania emocjonalnego i społecznego, zauważyła, że z Majką jest inaczej niż zwykle. Nie podnosiła wzroku, gdy mijały się w Świątyni. Na Psalmuszkach nie wydawała z siebie najmniejszego dźwięku, a przecież muzyka była jej żywiołem, jej wielką pasją. – Byłam głupia i ślepa, ech… Co ze mną jest nie tak?! Pani powie, pani Kowalowa?!
– Daj spokój dziecko, daj spokój. Martwej nie przywrócisz do życia, choćbyś i w tej chwili za nią życie oddała, niczego to nie zmieni – Zamyśliła się. Próbowała odtworzyć ostatnie miesiące przemykania przy murze Świątynnym. Czy ta mała rzuciła się jej gdzieś w oczy? Czy i ona mogłaby coś zauważyć i zignorować? – Posłuchaj mnie, a ile dokładnie minęło od waszego Uwieńczenia? – zapytała Basię.
– No rok niebawem minie, po Święcie Plonów będzie równy rok. Nie wiem czy pani Stara Kowalowa wie, ale od około dziesięciu lat Uwieńczenie zawsze odbywa się w dzień po tym święcie. Tak Ojcowie, no, no wie pani Kowalowa.
– Tak, tak sobie wymyślili.
– Nie to miałam…
– Wiem, że dziś jeszcze byś tak tego nie nazwała… Wiem, wiem… Spokojnie, dziecko. Niepotrzebnie wkładam w ciebie moje żale, przepraszam. No dobrze – wyprostowała się, wzięła głęboki oddech – ustalmy coś. Mniej więcej rok minął, tak? – układała to sobie w myślach. – A powiedz mi, w którym momencie coś się według ciebie zmieniło w Majce Jaroszy? Był jakiś wyraźny przełom? Czy może stopniowo coś się działo? Jak to widzisz?

– Mnie się wydaje, że te plotki o niej mogły być prawdą, może w jakiejś części tylko, ale mogły. Majka nie zwierzała mi się specjalnie, zresztą, mnie nikt się nie zwierza… ale czasem coś tam pogadałyśmy od serca. To była bardzo życzliwa osoba, piekielnie zdolna, mogłaby być zarozumiała, ale nie była, nic z tych rzeczy. Te co nic im do talentów, o wiele bardziej przy mnie zadzierały nosa i nadal zresztą, no, wie Stara Kowalowa jak jest w Świątyni.

– Jasne, wiem – przytaknęła z ciężkim sercem. – A teraz to już w ogóle rewia mody i targowisko próżności, bo i kobietom nic innego nie można teraz robić. Wyglądać, stroszyć pióra, pod warunkiem, że będą je stroszyć w stronę wskazaną przez Ojców. No to wyglądają! – zadrwiła. – Bez urazy, Basiu, to tylko moje piołunowe obserwacje, czasem też zazdrość o piękną powłokę – wyznała boleśnie. – Ciebie nie mam na myśli, gdy mówię o próżności… rzecz jasna…

– Przecież wiem, jak jest – spłonęła wstydliwie. – Jest fatalnie. Jestem po Uwieńczeniu i nie robię totalnie nic ważnego. Pobożnie pracuję w domu ojca, ku chwale Boga – tak nazywa to mój ojciec. W praktyce obgotowuję i opieram go, oporządzam dom. Jest wdowcem, taka kolej rzeczy w Świątyni. Ale mnie, nie pani Kowalowa wierzy, nie interesuje takie życie, nie chcę tego robić! Nie jest mi po drodze z takim realizowaniem Boskiego porządku, nawet nie wiem, czy faktycznie tak powinno być… Wiem, że wybawić mnie może tylko jego ponowne małżeństwo, albo moje… – zadrżał jej głos, ale z miejsca go naprostowała. Stara Kowalowa nie mogła zgodzić się z tym tokiem rozumowania. Zmarszczyła brwi dając znak, że ma coś do dodania.

– Przecież wiesz, że to nie jedyne wyjście. Miasto nie jest tak daleko stąd…Wiejsce to nie cały świat.

– Miałabym opuścić Świątynię? I co dalej? I nie mówię tylko o Ojcu, który wyrwie mnie żywcem ze swojego serca po czymś takim! Poświecił Świątyni całe życie… – zamyśliła się. Jak powiedzieć coś, co zabrzmi prawdziwiej od prawdy? Coś, czego Stara Kowalowa, żyjąca już po drugiej stronie barykady, nie podda krytycznej analizie? – Pani Kowalowa – dodała na pozór stanowczo – tutaj idzie o całą mnie. To wszystko to moje życie – przez mury domu Kowalowej wskazała miejsce, w którym stała Świątynia. – Ja nie znam innego życia. Nie mam szkół, które pozwoliłyby mi zacząć od nowa inaczej, to raz. Dwa, że ten Bóg to jedyny jakiego znam. Wydaje mi się, że poza takim Bogiem innego już nie znajdę, a tego, jaki jest to jest, ale potrzebuję… A przede wszystkim… Nie ręczę za siebie, wie pani?! – zadrżał jej głos.
– Co masz na myśli, moje dziecko? – Kowalowa zmiękczyła środki widząc, że Basia bliska rozsypki, mocuje się z łzą szukającą ujścia. Nie chce obnażyć lęku, to jasne. Skąd ja to znam? – powiedziała sobie staruszka. Ileż to lat boksowałam się ze sobą, by nikt nie zobaczył, jak coraz skuteczniej podduszam się w Świątyni? Gdyby Stary Kowal nie zmarł i musiałabym dogorywać tam te kilkanaście, kilkadziesiąt lat jeszcze do śmierci… sama nie wiem co by było – mówiła sobie, ukryta pośród krzewów własnego wnętrza.

– Czasem mam wrażenie, jeśli mam być szczera – cichła w tym momencie, łapała oddech, zbierała odwagę. Stara Kowalowa zauważyła, że Basia kuli się, że jej głowa pochyla się coraz niżej…
– Nie musisz mi niczego wyznawać.
– Ale chcę dokończyć – podniosła się – mam takie przeczucie, że poza Świątynią jest tylko strefa samobójców.
– Co masz na myśli?
– Wydaje mi się, że wszystko, co dzieje się, poza tym religijnym porządkiem, który znam, wcześniej czy później, doprowadza do beznadziei i chęci odebrania sobie życia – Patrzyła zza łez.
– Ale zaraz, zaraz. Zasugerowałaś, że Majka odebrała sobie życie. Czy podejrzewasz, że ona chciała odejść?
– Trudno mi jednoznacznie powiedzieć, ale trochę plotek słyszałam. Niech mnie pani dobrze zrozumie, pani Kowalowa, bo i ja rozumiem, że można mieć dość, jak Majka, rozumiem to…nie potępiam – Posmutniała. Wyplątała kolana spod koca i usiadła na kanapie zwyczajnie, zwieszając nogi i łapiąc stopami kontakt z podłogą.
– Powiedz mi na spokojnie co wiesz i co podejrzewasz, dobrze? Dasz radę?