Twarz miała odegrać tu główną rolę i tak się stało.
Otóż, ta nalana, niezaprzeczalna własność siedemdziesięciopięcioletniego, przysadzistego mężczyzny, poszatkowana wieloma płytkimi zmarszczkami, widowiskowo pokrzywiała się na widok stojącej w progu Starej Kowalowej.
– Niech wejdzie – rzucił lodowato właściciel twarzy. Odwracając się plecami, Ojciec Bogdan uciekł w głąb pokoju Rady. Rozejrzała się. Było pusto, zapewne Ojcowie, ustaliwszy szczegóły pogrzebu, rozeszli się już do domów.
– Dlaczego tu przyszła dopiero teraz? Nikogo już nie ma, nie widzi? Ojcowie zakończyli Radę w niepewności i to przez nią, przez Kowalową! Niech siada! – zapytał retorycznie, skarcił bezosobowo, po czym wskazał krzesło po drugiej stronie szerokiego stołu konferencyjnego. Sam usiadł nawet nie naprzeciwko, ale lekko po skosie, przydając centymetrów dystansowi między nimi. No tak. Gangrena, pomyślała, przecież jestem jak gangrena. To był cytat z nikogo innego, jak Ojca Bogdana sprzed piętnastu lat.
– A widzisz co się porobiło?! Przyszła kiedy chciała! – odparła zdecydowanie – W końcu przysługi są dobrowolne, czyż nie? A może teraz zmuszacie do nich ludzi?! – prowokowała – Mogłam wcale nie przyjść! – dodała, wyraźnie zadowolona, że udało jej się tak szybko sklecić pełnowartościowy odwet i przywrócić rozmowie formę osobową.
Siła była po jej stronie, choć ten stary rupieć, zapominając o tym, ewidentnie próbował robić pokaz sił jej kosztem. To oni jej teraz potrzebowali. Odkąd umarła Anna Bogdanowa, żona tego tutaj, pożal się Boże, łysiejącego starca, zrobił się niemały problem. Po spektakularnym opuszczeniu przez Starą Kowalową Światyni, (co Pobożnicy, układając usta w błogosławiony dziubek, woleli nazywać Oddaleniem), to ta skromna, zakrzyczana przez męża kobiecina, szyła zmarłym koszule powitalne i pożegnalne, wyszywając nań ręcznie, w okolicy serca symbole Świątyni. Takie koszule sięgają kostek i szyje się je zawsze z surowego lnu. Jak widać, po dziś dzień żadna z młodych Pobożnic nie kwapiła się tym zająć. Przywilej stygł niezagospodarowany. Nie dziwota, było przy tym hafcie roboty, a jak wiadomo, o ile zrodzonemu czas nie robi dużej różnicy, tak zmarłemu spieszy się do ziemi i trzeba się uwijać. Młode kobiety stają się coraz wygodniejsze, na swoje szczęście. Tak więc w miesiąc po śmierci Bogdanowej, gdy z wszelkimi przywilejami należałoby pożegnać córkę zacnego hrabiego Jaroszy, nadal nie było odpowiedniej Szwaczki Świątynnej. Pewnie, że ktoś by się znalazł, ale symbol Świątyni musiał być wyhaftowany bez skazy. No i szło o córkę Ojca Hrabiego, głównego fundatora większości remontów świątynnych.
– No tak. Jesteśmy w potrzebie, więc będzie mi się tu Stara Kowalowa popisywać czując, że wiele od niej zależy. Jakie to nieświęte, jakie naskórkowe! – mówił do niej kręcąc głową z dezaprobatą. Wyglądał przy tym tak, jakby coś śmierdziało mu pod nosem. Marszczył oczy, przedziwnie, niekompatybilnie składał usta, wypychał z siebie pojedyncze słowa, tak, że musiała wykonać pewną pracę, by złożyć je sobie w płynną całość. W pierwszym wrażeniu brzmiały jak przypadkowe bąknięcia.
– Jeśli już, to SOBIE będę się popisywać, nie Ojcu, nie tobie! Do wieczora poproszę o dostawę lnu i muliny, rozumiemy się? – Nie czekała na odpowiedź. – Do widzenia, choć może los mi sprzyja i ktoś inny dostarczy mi materiały! – oświadczyła szorstko, zaprawiwszy ostatnie zdanie drwiną.
Wstała ignorując jęk stawów kolanowych i nie zamknąwszy za sobą drzwi, opuściła pieczarę świętości. Już zapomniała, jak duszące są kadzidła palone bez przerwy nie tylko w Sali Świętej, ale i w biurach świątynnych. Z ulgą wzięła oddech na świeżym powietrzu. Ojciec Bogdan był jej równolatkiem, ale z pewnością z nią nie mogło być aż tak źle. Ani na ciele, ani na duchu nie jestem tak ślamazarna– przekonywała samą siebie potęgując obrzydzenie do dawniej szanowanego przez siebie człowieka. On ma zgrzybiały umysł i podłość starczą, choć w sumie u niego jest to przypadłość raczej ogólnorozwojowa – dworowała z Ojca Bogdana w myślach. Szła do domu spacerkiem, z lekkim, szelmowskim uśmieszkiem. Wszystko co związane ze Świątynią, mimo Oddalenia, od piętnastu lat niezmiennie kosztuje ją dużo chorobotwórczego stresu, ale tym razem chętnie opłaci ten gorzki rachunek. Nie odmówi godnego pochówku zmarłej.
Z tyłu głowy pęczniał jej nurtujący szkopuł. Dziwnie, tym razem Pobożnicy nie gdakają o śmierci nadchodzącej na swoich sług z woli Boga. Każdy nagły wypadek, każdą chorobę umieli wmieszać w reklamę swoich wierzeń. Kto jak to, ale oni nie odmówiliby sobie okazji do wciągania Stwórcy w swoje szopki. Tymczasem cisza! Sprawa stawała się dla niej jasna, choć wstrząsająca; nieboszczka prawdopodobnie zakończyła żywot z własnej woli. Ojciec Bogdan nie uronił nawet kropli szczegółu na temat przyczyny jej śmierci. Dobrze wiedziała przecież jako dawna żona Ojca, w jakich okolicznościach Pobożnicy unikają komentarzy. No jak to?! Odebrać sobie życie w tak wyjątkowej społeczności?! Pogardzić błogosławieństwem?! A jednak. Wszystko wskazywało na to, że Majka Jaroszy własnoręcznie domknęła swoje życie jako niespełna osiemnastoletnia dziewczyna. Cóż za nieszczęście! Gdy Kowalowa przestawała bywać w Świątyni, to nieistniejące już życie, ledwie co zdążyło oswoić pozycję stojącą. Złotowłosy berbeć biegał między ławkami i udawał, że zna słowa Psalmuszek. Pocieszna była i już wtedy pierońsko ładna. Potem tylko słyszało się to i owo, że gra na fortepianie wybitnie, że zdolna nieprzeciętnie. Kowalowa widywała ją kilka razy w roku, z daleka, głównie przy Świątyni. W okolicach świąt zjawiała się z innymi młodymi, by plewić ogród, zdobić bramę i tym podobne. Nie trzymała się nikogo, zawsze wybierała samotne prace. Raz jeden poszła z mężczyznami, Pobożnikami w sile wieku uprzątnąć piwnice Świątynne. Wolała się ubrudzić i narobić, niż szczebiotać ze smarkaterią. – Jak to możliwe, zachodziła w głowę niedowierzając, że ja nadal tu grubieję, marszczeję, a jej nie ma?
Teraz sobie przypominam – z wolna odtwarzała slajdy pamięci – przyszło mi do głowy ze dwa razy, że Majka Jaroszy nie pasuje do młodych, podobnych sobie Pobożnych. Miała poważny wzrok. Wyrosła na przepiękną kobietę. Zgrabna, niezwykle proporcjonalna, z błyskiem w oku i melodią ruchów. Wstyd przyznać, wyszukała ją także na Instagramie któregoś niedzielnego poranka. Zastała tam wiele artystycznych, nieostrych migawek z codziennego życia w hrabiowskim, zamożnym dworku. Niewiele polubień, niewielu obserwujących. Ktoś zostawiał krytyczne komentarze, że nuda, że nie wiadomo co i kto jest na zdjęciach, ale Kowalowa nie zgadzała się z tym. Nawet skrawek złapanej twarzy w selfie zdradzał moc jej uroku, magnetyzm jej urody. Majka miała to wszystko, czego pragnęły młodzieńcze sny i tęsknoty Kowalowej, a nawet jeszcze więcej, bo śniąc o młodym ciele, nie śmiała pragnąć, by móc nosić w nim także osobowość i osobność. Majka, najwyraźniej była tego pełnią wszystkich tych zasobów. Z tego co ogólnie wiadomo, nic raczej jej nie dolegało, przynajmniej po wsi nic nie krążyło – rozważała, zbliżając się do swojej furtki.
– Ale czy nie jesteśmy ślepcami, my, ludzie? – zapytała siebie szczerze. A czy ja wnikam w to co widzę, czy raczej przyjmuję jak leci, by mieć z głowy nie moje światy, z którym zawsze mi nieswojo? Jasne, że unikam dyskomfortu…
Dopiero teraz, gdy wszystko miała ze sobą z grubsza ustalone, zaczęła swobodnie rozmyślać. Zastanowiło ją, czy też Ojcowie celowo w jej naskórkowym towarzystwie nabrali wody w usta co do przyczyny śmierci młodej Jaroszówny, czy ogólnie miało pozostać to w dyskrecji rodziny i wtajemniczonych Ojców. Nikt, póki co, nie zająknął się na ten temat. Nie wszystko jednak stracone. Zapewne len i mulinę dostarczy jakaś Pobożnica, może któryś z Ojców pośle swoją żonę, kto wie. To będzie pierwsza okazja by czegoś się dowiedzieć. Potem jeszcze przyślą kogoś po odbiór gotowej koszuli pożegnalnej. Spróbuje wyciągnąć informacje od samych Pobożników, u źródła. To okazja, bo na co dzień, odkąd była Oddalona, nie wolno było jej wtajemniczać w sprawy bywalców Świątyni. Na co dzień- cóż to była za ulga, ale w takich sytuacjach, nie ukrywała, że wolałaby wiedzieć.
Stara Kowalowa uśmiechnęła się do malw i pchnęła uchylone drzwi. No tak, pomyślała rozejrzawszy się pobieżnie po domu – Kazimierę już wywiało. Nie miała pretensji o niedomknięte drzwi, rzecz jasna, dom bez kłopotu mógł taką chwilę pozostać otwarty, ale mogła się chociaż pożegnać. Zjadłyby coś może jeszcze razem, posiedziały jeszcze jedną nockę pod wspólnym dachem. Kowalowa zasmuciła się na myśl o samotnych wieczorach. Kazia śpiąca nawet na piętrze, wypełniała sobą dom, wprawiała życie w szczególnie przyjemny rytm. Podejrzewała, że nic się nie zmieniło w zdziczałym życiu Kazimiery Mizi, i że nadal nikt jej nie wypatrywał, nie wyczekiwał. Nie musiałaby więc w ogóle wracać na swoje rewiry, ale Kazia to wolny duch, nie zależała nigdy od nikogo i zależeć nie będzie. Wróci, gdy przyjdzie na to czas. – Na pewno wróci – wypowiedziała na głos, zdejmując patelnię z wieszaczka wbitego w ścianę nad piecem. Położyła ją na ciepłym blacie, poszurała pogrzebaczem i nakarmiła nikły ogień kawałkiem drewna. Łyżka masła bardzo szybko rozpuściła się i skąpała drobno poszatkowaną cebulkę. Kilka łyżek mąki kukurydzianej i dwie z tapioki, do tego pół szklanki mleka, pieprz, sól, chwilę ubijania trzepaczką. Wylała jasnożółty, ciężkawy płyn na zmiękczoną cebulę. Lekko gumiasty, gruby placek usmażył się bardzo szybko. Na drugiej stronie dopiekł się już po zsunięciu patelni na obrzeża pieca. Temperatura w kuchni momentalnie wzrosła, gdy usiadła z pełnym talerzem do stołu. Placek zapachem drażnił ślinianki. Zjadła go ze smakiem i pijąc wieczorną melisę naprzeciw krzesła Kazi, wyświetliła sobie Ojca Dawida. O tak, w całej okazałości. Teraz mogła mu się przyjrzeć bez skrępowania, pozwiedzać oczami każdy zapamiętany szczegół obrysu ramion, mocnych kości szczęki. I te diabelsko białe zęby! Na dodatek delikatne, choć męskie dłonie, tak piękna twarz, wspaniale osadzona szyja… Podziwiała go pod przymrużonymi powiekami, gdy nagle usłyszała jakieś szuranie przy malwach. Szarało już za oknem, jakby Wiejsce zarzuciło na grzbiet wilczą sierść. Do uczciwej ciemności było wciąż daleko, ale nie mogła już być pewna wszystkiego, co zobaczyła. Kontury nachodziły na siebie, cienie wyswobadzały się wreszcie spod panowania słońca. Teraz padały wszędzie tam, gdzie chciały, bez wskazywania na nie złocistym palcem, mogły z rozkoszą szarogęsić się po wiejskich zakamarkach. Wyszła ostrożnie do przedpokoju i niewiele myśląc otworzyła drzwi na oścież.
– Kazia? Wróciłaś? – Zajrzała pomiędzy malwy. Przyjaciółka bywała płochliwa, zwłaszcza, gdy przeczuwała możliwe nieszczęście. Pewnie rozmyśliła się i zamierzała jednak przenocować, a coś u samego niemal celu zaniepokoiło ją – Kowalowa snuła przypuszczenia. Biorąc pod uwagę możliwość truchlejącej w ukryciu Kazi, zdecydowała nie nawoływać jej głośno, jeno szepnąć kilka razy.
– Kazia Mizia? Mizia, halo, jesteś tu? – Węszyła wzrokiem przy ziemi, rozczulając się na myśl, że wypatrując śladów spłoszonej przyjaciółki, przy okazji zajrzała do domu ukochanych kwiatów. Malwy traktowała jak lojalne córki. Były tu jeszcze po Niemcach i dbała o to, by co dwa lata przed zasadzeniem nowych, obficie odżywić kompostem ich mieszkanie. Zanim wzrosły i zakwitły- tęskniła za nimi jak tęskni się do ukochanego człowieka. Ziemia je poiła, utrzymywała w pionie, ku słońcu. Kwitnąc od czerwca przed oknami jej domu, niczym wojsko w równiutkim rzędzie, na komendę wychodziły na krok przed jej okna, by ją osłaniać.
Ani śladu Kazimiery. Tylko malwy wieczorne, szemrzące, szarzejące pod okiem wieczoru. Szelest spomiędzy ich dłoniastych liści zbudził przyjemny ból w jej sercu, chęć przytulenia się. Ileż to razy dotykała swojej samotności? Jej ciało tak uparcie niepotrzebne nikomu, beznadziejnie tęskniło do innego ciała. – Gdyby nie Kazimiera Mizia i to, że ten dzikus daje się czasem przytulić, zostałabym z tym wielkim, nietykalnym ciałem niczym bezludna wyspa – poruszył ją wyobrażony obraz siebie leżącej na plecach, zanurzonej do połowy, nieruchomej, pośrodku niewzruszonego oceanu. Melancholia szła ku Starej Kowalowej wraz z napływającymi minutami wieczoru, a ona nie zamierzała bronić się przed nią. Planowała wycofać się za próg i poszukać czegoś słodkiego, by otulić deserem kolację, niczym pierzynką – w żołądku. Naraz, zza malw stojących najbliżej drzwi, spostrzegła przedziwne, zbyt ciężkie, jak na środek lata, quasi wojskowe buty. Przyganiał kocioł garnkowi, zreflektowała się szybko w swoich osądach. Sama nie ściągała od trzech lat całorocznych klapek. A i wcześniej nosiła podobne po kilka lat z rzędu. Nie umiała się powstrzymać. Odkąd odeszła ze Świątyni, postanowiła sobie, że nigdy nie zamieni już ulubionego typu obuwia na żaden inny. Nie zrażał jej nawet śnieg, na to też znalazła sposób. Nikt już nie zmusi jej do niewygodnych czółenek, kozaków pasujących do Pobożnej torebki. Nogi jej puchły, wara z uciskiem! – ekspresowo przywołała swoje rewolucyjne hasła, po czym zapytała ostro:
– A ty kto?! Kto tam jest?!
Odnotowała szuranie traperów, jakby męskich, przyciężkich. Kiedy ukazały się mlecznemu światłu dolatującemu z przedpokoju na jakiś metr jeszcze przed progiem, upewniła się, że słuch jej nie zmylił. Były ciężkie, okropnie brzydkie. Podeszły bliżej niej. Przywiodły je do niej gołe, chude i blade nogi należące do dziewczyny. Kowalowa wytężyła wzrok. Na równi z kolanami, skonfundowana, kwiecista sukienka, stykała się z kobylastymi buciorami, które jakimś cudem z nią skojarzono na jednym ciele!
– Dobry wieczór, Starej Kowalowej – przemówiły niepewnie buciory. – Pani dobrze się czuje? Pani na mnie nie popatrzy?
Jeszcze tego brakowało, żeby ją przesłuchiwano we własnym progu. – No patrzę, już patrzę – uniosła wzrok zafrapowana właścicielką butów i miłego głosu– Dobry wieczór – odpowiedziała – po prostu, szczerze przyznaję, że trudno mi było oderwać oczy od tak podanej propozycji modowej – wyjaśniła sarkastycznie, po czym z daleka przejechała dłonią wzdłuż zmieszanej dziewczyny, zaznaczając tym gestem całą jej sylwetkę. Zawstydziła rozmówczynię, czego z miejsca pożałowała. Zwłaszcza, że rzut nieostrego oka wystarczył, by wiedziała z kim rozmawia. Zupełnie jak jej mama w tym wieku…
– A tak, czasem tak się jakoś niezbornie ubiorę. – Zniecierpliwiła się sobą i nerwowo rozprostowała skręconą w pasie sukienkę. Tata prosił, bym przyniosła to Pani Starej Kowalowej. – Sięgnęła po plecak i zanim go odpięła, Kowalowa zaprosiła ją do środka.
– Co się będziemy tak w progu zmawiać – zaproponowała świadomie cieplejszym tonem i wprowadziła to przedziwne dziewczę do kuchni. Trzeba przyznać, że zza wsuniętych na nos okularów, młoda Bogdanówna zaprezentowała się Kowalowej o wiele urodziwiej niż przed chwilą. Jednak to skandaliczne, że jaskra okrada mnie z tylu ważnych szczegółów – odnotowała, przyglądając się gościni dyskretnie. Nie jest to jakaś nienaturalna piękność z Instagrama, pomyślała, ale na pewno jest bardzo niebrzydka, na pewno też niebanalna.
Surowy len i mulina w czterech, Świątynnych barwach. Tyle wystarczyło. Dziewczyna z szacunkiem wyjmowała skarby, z którymi przybyła i rozłożyła je na oczyszczonym przez gospodynię stole. Miała poczucie misji. Stara Kowalowa znała ten stan i ponieważ pamiętała, że może być to szczere, ze wszystkich sił starała się nie drwić w duchu śledząc spowolniany nabożnie teatr kawałka materiału i kilku nici.
Dziewczę przestępowało z nogi na nogę, nieświadomie wybijając jakąś plemienną melodie na drewnianej podłodze. Ot, zaklinaczka deszczu, uśmiechnęła się do dziewczyny Kowalowa, oczywiście nie zdradzając swoich skojarzeń. Pragnęła jej zadośćuczynić, niepotrzebnie ją zawstydziła. Z miejsca znać było, że wyrosła na pokorną, zbyt skromną i lękliwą osóbkę. Pamiętała ją sprzed Oddalenia. Ledwie od ziemi odrastała, podobnie jak Majka.
– Ile ty lat już sobie liczysz, hm? – Zerknęła na nią przez ramię, gładząc dłonią len i mierząc go centymetrem porównała z podanymi przez Ojców wymiarami zmarłej na kartce.
– Za chwilę dziewiętnaście – odpowiedziała nie do końca pewna, czy dobrze mówi. – Wiem co Pani Stara Kowalowa myśli – oświadczyła potulnie – Powinnam już z kimś się spotykać, ale widzi pani sama, co ze mną jest. Nie będę mieć męża, bo ojcu nawet koszuli dobrze uprasować nie umiem – zaczerwieniła się, spuściła wzrok. Wbiła go w swoje buty.
– I czasem zamyślę się, ubiorę jakoś głupio… Powinnam już pójść.
– Nic z tych rzeczy! – Kowalowa zaoponowała stanowczo – To fakt – przyznała z głębi własnego doświadczenia- nie każda kobieta umie dostrzec swoje piękno, a z pewnością wyjątki jedynie czują swój urok niezależnie od, chociażby, wzutego obuwia.
– Ale naprawdę myślisz, że buty stojące przy ziemi, są w stanie zasłonić twoją dziewczęcą buźkę? – zapytała ją łapiąc jednocześnie za szczuplutką, mleczną dłoń. – Albo, że cokolwiek, choćby zmięta, męska koszula ojca jest w stanie zasłonić przed światem ten kasztanowy warkocz, gruby jak wieniec zbóż na Święto Plonów? No coś ty, dziewczyno! Trochę chłodnego spojrzenia na swoje kompleksy, dobrze ci radzę. Niczego ci nie brak. A wręcz przeciwnie. Masz wiele dobra pod dostatkiem – zapewniła.
– Dziękuję – odparła bez przekonania – Stara Kowalowa pamięta moje imię?
– Owszem, dziecko. Razem z Twoją mamą je obmyślałyśmy. To były te dobre czasy, gdy jeszcze… No wiesz.
– Wiem, zanim nastąpiło Odłączenie Starej Kowalowej.
– Hmmm, no cóż, miałam na myśli dobry czas w Świątyni. Piekłyśmy wtedy bardzo dużo we dwie. Robiłyśmy to w każdy piątkowy wieczór, a nieraz zeszło się nam do sobotniego rana!
– Z moją mamą?
– Tak, bardzo się lubiłyśmy.
– Coś słyszałam… A na co były przeznaczone te wypieki?
– Nie opowiadano ci? – zapytała retorycznie. Mniej więcej piętnaście lat temu, czyli na chwilę przed oficjalnym opuszczeniem przez nią Świątyni, Ojcowie zakazali Wypieczonych Sobót. Uznali, że „nie jest dobrze, gdy kobiece zwyczaje panoszą się we wspólnocie”.
Kowalowa spojrzała na dziewczynę z troską. Ona tam nadal tkwi i widać, jak na załączonym obrazku, że nie służy jej to. Nie chciała jej wypraszać, to trochę tak jakby miała przy sobie znów kawałek Ani, jej mamy. Czuła, że mogłaby z nią po prostu pobyć. Zaproponowała, by usiadły na kanapie. Przyciągnęła taboret, by pełnił honory stolika. Stół zajął prostujący się, surowy len, przygotowany pod wykrój. – Tak też będzie nam wygodnie. Podam kawałek placka z rabarbarem i herbatki z pokrzywy. Dobrze tak będzie dla ciebie? – zapytała czule – U mnie tak wszystko po domowemu, bez połysku i skrępowania – zażartowała.
Basia Bogdanówna peszyła się falami. Odpływy tych fal były krótkie, a ich powroty spektakularnie zmieniały kolor jej policzków. Wydawało się, że krępuje ją gościnność. Szanujące się Pobożnice nie postępowały tak. Miały obowiązek dyscyplinować młodsze, pouczać. Nawet mama ostatnimi laty bardzo się schłodziła… A tu nagle, bez ostrzeżenia otrzymuje tyle serdeczności od kobiety, której w zasadzie nie zna…
Usiadły na kanapie, obie z talerzykiem na kolanach i kubkiem herbaty na taborecie.
– Wypieczone Soboty były w Świątyni praktykowane, odkąd przybyliśmy tu po wojnie i przejęliśmy budynek po dawnym, niemieckim kościele. Nie widziano w tym nic złego, a nawet w swoich przemówieniach Ojcowie bardzo podkreślali chwalebną serdeczność i pożyteczność tych spotkań. Dawniej my wszystkie, kobiety Świątyni, starałyśmy się trzymać razem. Te spotkania tylko na pozór miały na celu wymiankę słodkości. Jasne, że miło było podać na niedzielny stół różne rodzaje ciast, ale myśmy, przede wszystkim, wyrównywały szanse między sobą.
Powiedziawszy to, ugryzła ze smakiem ciasto z rabarbarem i bogatą kruszonką z trzcinowego cukru, mąki ryżowej, masła i okruszków orzechowych. Popiła wywarem z pokrzywy, spojrzała w okno. Coś się w nim poruszyło. Odłożyła talerzyk na taboret.
– Wybacz, że wstaję, ale zrobiło się całkiem ciemno i …
– A tak, to zrozumiałe, powinnam już pójść! – Basia Bogdanówna zerwała się na równe nogi.
Powstrzymała ją ciepła, pulchna dłoń gospodyni. – Ależ absurdy mówisz, moja mała, ja po prostu miałam wrażenie, że mi Kazimiera Mizia mignęła po drugiej stronie okna, a o tej porze nie widzę za dobrze… Zaczekaj no chwileczkę, wolę sprawdzić.
Doszła do przedpokoju najszybciej jak mogła, by nie dawać wrażliwej gościni cienia mylnego odczucia, że jest niechciana. Ledwie uchyliła jedno skrzydło drzwi, Kazimiera wzburzona wpadła przynosząc na sobie zapach wieczornego chłodu i nie oglądając się za siebie wbiegła po schodach na górę.
– Ot, ta to dopiero bez skrępowania korzysta z autonomii – zaśmiała się pod nosem, nie ukrywając radości z faktu, że Kazia wróciła i zapewne zostanie na nockę.
– A więc wracam do tematu, Basiu – celowo wymówiła jej imię, licząc, że wyciszy jej skołataną niepewność. Usiadła znów obok, ale tym razem bliżej. Chwyciła jej dłoń i otuliła swoimi. Spojrzała w zielonkawe oczy, młody wzrok.
– Myśmy spotykały się regularnie, by się wspierać. Długo nam wszystkim bieda była, ale te wymiany jedzenia mogły ujednolicić nasze warunki. Przynosiłyśmy też ziemniaków, cebuli, marchwi, buraków, zimą to co w słoikach z lata… I komu było najbardziej trzeba, brał sobie i nikomu nie musiał się tłumaczyć. Myśmy też sobie starały się na ręce nie patrzeć, nie śledzić swoich ruchów, rozumiesz? Starałyśmy się to wszystko utrzymać w atmosferze zabawy. Najważniejsze, żeby każdy miał na następny tydzień co do garnka włożyć, a i nawet żeby rozpieścić się na słodko było z czego. Nasze rodziny nie odczuwały dzięki temu, że ktoś gorzej się ma, bo mu w polu nie poszło, albo noga w interesie powinęła … Rozumiesz, tak? – dopytała po raz drugi. Nigdy nie miała pewności na ile młodzież potrafi wyobrazić sobie tamto życie.
– Tak, wspaniały pomysł – westchnęło dziewczę i gdy tylko Kowalowa sięgnęła po swój nadgryziony kawałek ciasta, ona zrobiła to samo.
– Nie rozumiem- powiedziała z ustami pełnymi kruszonki – czemu to się skończyło? Pani coś więcej wie, pani Kowalowa?
– Tak. Pokazano nam nasze miejsce.
– Wam, czyli?
– Kobietom.
– Czyli jakie to miejsce? – Oczy miała zielone, naprawdę interesujące, gdy tak patrzyła teraz na nią zdumiona i zaniepokojona zarazem.
– Popatrz na siebie, Basiu. Wstydzisz się własnego cienia, oto odpowiedź – oświadczyła.
– Ale, no tak… – zielone oczy spuściły kurtynę łez.
– Nie, nie i jeszcze raz nie! – Kowalowa poderwała się jak poparzona – Nie chciałam cię znów urazić, drogie dziecko. To nie twoja wina ani wada, zrozum. Po prostu – sięgnęła po chusteczkę, by wytrzeć emocjonalny pot ze skroni – doskonale pokazujesz mi, że nie wierzysz ani w to jak piękna jesteś, ani, zapewne, jak mądra – zasapała się z przejęcia.
Basia wypiła resztę herbaty pokrzywowej i dokończyła ciasto. Nie wypuszczała talerzyka z rąk. Pogrążona w myślach zebrała na palec każdy jego okruszek.
– Nie wiem, czy faktycznie mam urodę i jakąś mądrość, pani Kowalowa…
– Masz. Znałam twoją matkę, a ty jesteś jej kopią. Ojcu niczego nie brak także, ale sama wiesz zapewne, że nie jest mi z nim po drodze, więc …– zawahała się, czy poruszać z nią tak drażliwy temat.
– Tak, tata jest bardzo surowy, wiem co pani ma na myśli, pani Kowalowa… Ale inne dziewczyny w moim wieku, a niestety – zawstydziła się i jej uroda ustąpiła miejsca wstydliwemu rumieńcowi aż do czerwoności – i młodsze ode mnie, lepiej sobie radzą. Są modne, odważne, pewnie pani nas widuje, gdy się kręcimy przy Świątyni. Co pani myśli, pani Kowalowa? Co ze mną nie tak?
– Widuję, owszem – odrzekła donosząc nową porcyjkę placka dla siebie i Basi – Widuję te dziewczęta też na…- co ją podkusiło? Jeszcze by się wydało, że ma Instagram! Ugryzła to niedokończone zdanie śmiertelnym jadem i udała, że nie wie o jego truchle. Spojrzała na dziewczynę pałaszującą kolejną porcję ciasta już o wiele śmielej i wyraźnie zaciekawioną ciągiem dalszym jej wypowiedzi. – Widuję, jak mówiłam. Ale, Basiu, musisz wiedzieć, że to, co wydaje się swobodą i przebojowością, to wielki strach i niepewność zamalowana tuszem i podkładem. To brak słów pod głośnym śmiechem. Ja tam w nich nie słyszę radosnej młodości.
– Tak? A co pani słyszy?
– Krzyk rozpaczy.
Dokończyły gościnę w ciszy. Młoda Bogdanówna zdawała sobie sprawę, że przed Starą Kowalową zarwana noc szycia i haftu. O jej haftach, mimo Oddzielenia, mówi się do dziś. Szeptem, ale mówi się jak o prawdziwych dziełach sztuki. Wychodziła już, wdzięczna za pokrzepienie. Przy drzwiach odwróciła się niepewnie.
– Kazimiera Mizia wbiegła na górę ze względu na mnie?
– Nie, skąd. Ona robi co chce. Pewnie po prostu chciała się zdrzemnąć, a tam ma spokój tak samo ode mnie jak i od ciebie. No leć bezpiecznie do domu, dziecko, leć.
– Nie chce pani Kowalowa zapytać o nic więcej? – zapytała szeptem, spoglądając w stronę Świątyni, czy nikt z Pobożników nie kręci się tam przypadkiem.
– A co chcesz mi powiedzieć? – odpowiedziała pytaniem Kowalowa.
– To było samobójstwo – wyszeptała jej do ucha i zerwała się biegiem przez ciemną wieś.
– Dobranoc- Stara Kowalowa powiedziała już tylko malwom, po czym zniknęła za bezpiecznymi podwojami swojej kuchni. Maszyna do szycia, mulina, szydełko, ona.
I wyzwolone sny Kazimiery Mizi na piętrze.