Nie cierpiała na refluks, mimo to wczesna kolacja dnia poprzedniego podeszła jej do gardła. Próbując doraźnie zmniejszyć lęk, sięgnęła po to, co sprawdzone. Leciwa, wysłużona kontrola, pomyślała z czułością i nadzieją, że to, co praktykowane od tylu lat, ponownie przyniesie wybawienie. O, Święte, Naiwne Poczucie Kontroli! Nigdy nie zawodzisz, zupełnie jak ta zleżana kanapa – westchnęła, zostawiając za sobą wygodne legowisko, dom swych młodzieńczych, Instagramowych snów. Pomyślmy. Czy jest coś, nad czym mogłaby zapanować na te kilka sekund przed otwarciem drzwi? Niech to będzie cokolwiek, byle szybko, bodaj odzyskała naparstek poczucia sprawczości i mogła podziękować nadnerczom za adrenalinę, glukozę, gotowość do walki lub ewentualnej ucieczki. Rozbebeszyła wspomnienia, by wyszarpać z nich kilka szczegółów. Trudno orzec, czy udało jej się sięgnąć pamięcią, czy to pamięć, z lojalności sięgnęła po nią. Tak czy inaczej- ratunek nadszedł. Nie przerywała powolnego kroku. Nikt nie zarzuciłby jej, że zwleka. Jak by nie patrzeć – jest starą, nielekką kobieciną. Nie będzie pędem rzucać się do drzwi. Idzie to dojdzie, czyż nie? Szurając niechętnie swoimi całorocznymi klapkami po przedpokoju, porządkowała siebie w głębinie pobudzonego umysłu. Narzuciła sobie próbę dokładnego odtworzenia ostatnich chwil sprzed zaśnięcia – Tak, kanapkę z ogórkiem przełykałam dokładnie w chwili, gdy w Świątyni wybrzmiała pierwsza, otwierająca święto Psalmuszka.
Czyżby wszystko zatrzymało się we mnie od tego czasu? Żołądek w uśpieniu, mięśnie jak zmięte pranie…
Na to wygląda.
Zatroskała się. Co się dzieje z jej ciałem? Jak to możliwe, że reaguje na tych ludzi coraz poważniejszym szokiem ciała i umysłu? Zupełnie jak na wieść o wojnie lub śmiertelnej chorobie. Niedobrze, niedobrze – tymi słowy dotarła do drzwi. Wzięła oddech, wypuściła go i przybrała sylwetkę możliwie prostą, więc bolesną.
– Już otwieram! – powiedziała głośniej i chrypliwiej niż zwykle. Można było dosłyszeć w tym nutę wrogości, ale głęboko współczujące spojrzenie Kazimiery potwierdzało, że Kowalowa tłumiła niepokój. Zerwała się z oparcia kanapy i zanim właścicielka domu otworzyła zaborcy, była już na piętrze, w sypialni Norberta.
Nic nie pomoże, póki Pobożnik będzie tu zalegał. Tylko rozdrażnią ją jego kadzidlane zapachy i jeszcze narobi Kowalowej kłopotu. Wróci na dół, gdy powietrze stanie się lżejsze do oddychania, a Ojciec wróci do swoich spraw. Postanowione.
Stara Kowalowa poczuła niewielką ulgę w okolicy karku. Było to możliwe dzięki temu, że udało się jej skupić na niestrawności i zająć myśli tym, co ewentualnie mogłaby zażyć po niespodziewanej wizycie. Strach stracił na sile, choć nie zniknął zupełnie. Zza drzwi dosłyszała zagęszczający się w niepokoju oddech Ojca Dawida pochrząkującego nerwowo. Dobrze, że i on nie czuje się pewnie. Wzięła to za dobry znak. Nie było już na co czekać. Na pewno słyszał, że doczłapała. Otworzyła.
Pierwsze promienie słońca sterroryzowały jej oczy od lat poniewierane jaskrą.
– Dzień dobry – rzuciła oficjalnie, niewiele widząc poza mglistym cieniem. Nie pokazać strachu, nie pokazać zdziwienia, uśmiechać się, nie budzić podejrzeń. Nie jestem ich wrogiem, odeszłam ze Świątyni, bo mogłam. Oni to wiedzą i ja to wiem, więc pokój, pokój stara, głupia babo.
– Niech Najjaśniejszy Poświadczy moje dobre intencje Starej Kowalowej! – przemówił z, wydawało się jej, wyćwiczonym uśmiechem. Wciął się tym w jej motywacyjny dialog z samą sobą, nie mając raczej o tym pojęcia. Podkręcił uśmiech jeszcze bardziej. Rozerwał przy tym splecione palce dłoni i lekko nimi potrząsnął wzmacniając, świadomie zapewne, wagę pokojowej wizyty.
Kto kieruje się pokojem, nie ma potrzeby głośno tego obwieszczać – wyrwała jej się zjadliwa myśl. Ależ tyś jesteś przystojny, dziadu – pomyślała w drugiej kolejności, gdy wzrok trochę oswoił się już z nagłym dostępem do słońca. Ojciec Dawid stał przed nią w przepięknie dopasowanej, lnianej koszuli włożonej w granatowe, garniturowe spodnie. Na stopach miał mokasyny z ciemnej skóry. Niespełna czterdziestolatek, od niedawna Ojciec, wcześniej zaangażowany Pobożnik … Piękny, wysportowany mężczyzna ze starannie przystrzyżoną, ciemno- blond brodą. Jakby widziała młodego Kowala. Powrót do starannego, męskiego czesania pocieszał jej wzrok. Tęskniła do widoku eleganckich mężczyzn, a i nie kryła tego, że tacy, co to wiedzieli do czego służy grzebień i krem do rąk – zawsze wodzili jej wątłego, przekwitłego ducha na pokuszenie.
Młodzi, piękni, wysportowani, opaleni. Kiedyś od ciężkiej pracy fizycznej na słońcu, dziś, tak jak Ojciec Dawid- robiła to z nimi siłownia, jogging i opalanie na dalekich wyspach dwa razy do roku.
– Zapraszam do środka, chyba, że Ojciec tak tylko przelotem?!- zasugerowała z nadzieją. Nie zdążyła wziąć prysznica ani umyć zębów. Nie mówiąc o kawie, która w dzień spokojny obudziła by ją, naprężyła stare powieki, dodała pewności gestom. No cóż, na tę chwilę, z tak rozemocjonowanym sercem, kofeina odpadała. Ciśnienie i tak, choć dobrze to ukrywała, rozsadzało jej skronie. Czuła się niepewnie, a do tego skrępowana nocną koszulą przykrytą wielką, czarną mantylą własnej roboty. Spokojnie – pokrzepiła się – On przecież nie wie, że pod tym cielskiem jestem zachwyconą nim, lekką kobietką – Spojrzała z nadzieją, że odmówi. Był zmieszany, dało się wyczuć, z jak niezwykłą starannością wystudiował gesty i słowa, których używał podczas rozmowy. Stara Kowalowa biła go na głowę w pozorach. Prawdziwie przerażona, czy aby nie czuć od niej starczych, nieprzyjemnych zapaszków, sprawiała jednocześnie wrażenie zdystansowanej, gotowej na dowolny rozwój sytuacji. Poker trwa – pomyślała, wstydliwie uciekając oczami od szczupłej talii Ojca Dawida, który to właśnie zbierał się do udzielenia należytej odpowiedzi.
– Wejdę chętnie, dziękuję- odrzekł mężczyzna, mrużąc oczy w łagodnym uśmiechu. Zapach perfum pozostał w drzwiach, gdy możliwie jak najdłużej jej zamykała. Minął ją i odczekał w przedpokoju, aż zamknie drzwi i zaprosi go do mieszkania. Grzecznie z jego strony, a do tego cały pachnie jak ogród w Edenie. Odwróciła się i nie patrząc w oczy Ojca, wskazała ręką wejście do kuchni.
– Ja przyjmuję gości po domowemu, mam nadzieję, że to nie ujma – zapytała spod podniesionych brwi i zawieruszonych na czole włosów, zbiegłych nocą z koczka. Nie ma co się bawić w salony, jak jest się starą kobietą, która ledwie zwleka się z łóżka – oświadczyła.
– A tak, przepraszam, nie powiedziałem tego, a powinienem był.
– Czegóż to? Ano niech Ojciec siada przy stole, bo kanapa rozwichrzona jeszcze po śnie – Wskazała na krzesło Kazimiery, uśmiechając się w myślach do zdziczałej przyjaciółki, która zapewne już brata się z drzemką. – Podłożę pod piec i zagotuję szybko wodę na kawę, czy co tam Ojciec woli- oświadczyła. Starała się poruszać z gracją. Wyobrażała sobie, że jest tą dziewczyną ze snu, na którą Ojciec patrzy w tej chwili z przyjemnością. Ta fantazja przydawała jej realnego wdzięku. Czuła, że zmarszczki na twarzy wyciągają się jak koci grzbiet do słońca. Rozpromieniła się. Cała kuchnia pachniała cytrusami woniejącymi na szyi tego zniewalającego facecika.
Chrząknął. Obróciła się, wparta o żelazny drążek okalający piec.
– Zdaje się, że obudziłem Starą Kowalową, bardzo mi wstyd – skruszył się i dostosował do tego faktu minę proszącego psa. – Czemu miałem wrażenie, że Kowalowa wstaje skoro świt? Mój błąd, przepraszam.
– Bez przesady, taki dzień po prostu. Miałam sen, który żal było kończyć – wyznała tęskno stawiając dwa kubki z zielona herbatą. – Nie odpowiedział Ojciec co chce, to zrobiłam zieloną, akurat to to zawsze warto wypić – uśmiechnęła się.
– Zgoda – odpowiedział uśmiechem i ośmielając się, posłodził dwie łyżeczki.
Rozsiadała się naprzeciw. Bez majtek, stanika, kawy. Gdyby była dziewczyną ze snu, bez wahania zaryzykowałaby flirt. Tymczasem położyła dłonie na otłuszczonych kolanach. Nie wyczuwała wstydliwych „zapaszków”, chyba nie jest źle. O mamuniu, jakiś ty jest piękny chłopiec – zapatrzyła się. Przełykał słodką herbatę, a jego ciemno- brązowe dotąd oczy czerniały, matowiały. Jak gdyby one karmiły się czymś zupełnie przeciwnym, gorzkim. Domyśliła się, że i on na chwilę powędrował w głąb siebie. Wzdrygnęła się, gdy Ojciec Dawid zorientowawszy się, że dźwiga na sobie jej wzrok, oddał jej tym samym. Zmieszana poratowała się udawanym pragnieniem. Schowała oczy w kubku.
– No tak, słusznie – zreflektował się mężczyzna– Stara Kowalowa czeka, a ja wciąż nie mówię co mnie tu sprowadza. Otóż, źle się stało. Bardzo źle. Proszę wybaczyć, Niech Najjaśniejszy Poświadczy, że nie chciałem okazać takiego roztargnienia – wypatrywał w jej twarzy zrozumienia i doczekał się. Nic do niego nie ma, nawet nie był Ojcem, gdy odeszła, a w sumie zanim zdążyła obwieścić swój zamiar, wyleciała na zbity pysk ze Świątyni. Zapewne znał sprawę, ale tak chorego klimatu, który towarzyszył jej, gdy zamykała Pobożny Rozdział swojego życia, nie umiałby sobie wyobrazić nawet posiadając nie lada wyobraźnię. Ówcześni Ojcowie potraktowali ją jak gangrenę, a jemu, te kilkanaście lat później, gdy dołączył do Rady, ogłosili, jak mniemała, wycyzelowaną, pełną miłosierdzia opowiastkę – rzecz jasna, niepytani.
Pominął wstęp i słusznie. Gdy mszystym tonem oznajmił – Stara Kowalowo, córka Ojca hrabiego Jaroszy nie żyje – Kazimiera pędem zbiegła po schodach i stanęła w przedpokoju. Nie zamierzała się ukrywać, bynajmniej, podsłuchiwała jawnie. Ojciec dopił herbatę. Zorientowawszy się, że mimo upływających minut nie doczeka się komentarza, musnął dłonią ramię zastygłej Kowalowej i skierował się do wyjścia. Kazimiera Mizia syknęła, cofając się na jego widok.
Kowalowa dosłyszała syk. Gdy dosięgło ją z przedpokoju niepewne „do widzenia Starej Kowalowej”, ruszyła z krzesła. Nie wiedzieć czemu właśnie teraz uczepiła się myśli o tym, jak gładka, niespracowana skóra powlekała dłonie Ojca Dawida. Wszak nie pracował nigdy fizycznie. Tyle co sobie pobiega dla samego siebie po polach wokół wsi, a tak to podobno w mieście ma swoją kancelarię adwokacką. Ponoć pracują tam na niego, tak na wsi się mówi, że palcem ruszać nie musi, pieniądze już same się robią. Przyspieszyła łapiąc go w progu. – Niech mi Ojciec wybaczy – szepnęła i dyskretne chrząkniecie nie przyniosło ulgi. Napięcie odebrało jej siłę głosu- Proszę przekazać Ojcom, że przyjęłam do wiadomości i, że pomogę – dodała wyciągając ku niemu dłoń. Oddał jej swoją, zadrżała.
Nie użył ani jednego słowa, uśmiechnął się niemal niezauważalnie. Ukradkiem wytarł łzę zamykając za sobą bramkę. Patrzyła jak odchodził. Wszedł do Świątyni. Tak jak przypuszczała, Ojcowie zebrali się, by przygotować się do pożegnania jednej z młodziutkich Pobożnic.
Kazimiera zajęła swoje krzesło. Było jeszcze ciepłe. Ten śmierdzący, wypacykowany Pobożnik nie powiedział wprost, że potrzebna jest pomoc. Oj tak, oni nie mogą wyjść na takich, co proszą niegodnych tego!!! Liczył, że Kowalowa nie będzie miała wątpliwości, w jakim celu Świątynia wysłała do niej gońca – prychała z niechęcią, rozglądając się po kuchni za jakimś przysmakiem. Była zdania, że Stara Kowalowa nie powinna pomagać Pobożnikom, ani wpuszczać ich tutaj, by pozostawiali swoje nieznośne zapachy.