„Gromadzisz świadectwa, dowody na życie. Udajesz radość, a duch jęczy skrycie”

Drzemka w pociągu niewiele dała. Śniłam o bezdomnych, mnożących się kotach, których nie sposób było wyłapać. Uciekały ode mnie. Potrzebowały mnie tak samo, jak przeraźliwie bały się moich rąk. Nie wiem co było gorsze. Najpierw wycieńczyła mnie nadzieja, że zdołam im pomóc; potem beznadziejne przypatrywanie się ich pogarszającej się sytuacji dokończyło spustoszenia. Na peron weszłam oszołomiona. Z dużo starszą ode mnie teczką po dziadku, przewleczoną przez omdlałe ramię, na którym spoczął cały ciężar snu. Nadal czułam na sobie nieprzyjemny zapach zaniedbanej, kociej sierści. Przeszedł na mnie z nadrealnego snu. Niesamowite – pomyślałam z zachwytem o tak bliskim spotkaniu dwóch stanów świadomości we mnie; wymieniły się nawet zapachami! W ten smutny sposób- to niesamowite zjawisko- mówiłam sobie próbując odnaleźć się w świecie, na który bezpieczniej było patrzeć spod poniesionych powiek.
No dobrze, a więc gdzie jestem? Jaki powinien być następny krok? – trzeźwiałam.

Stacja kolejowa. Miasteczko oddalone od mojej wsi o czternaście kilometrów. Jestem już za połową drogi do domu- odszukałam się na wewnętrznej mapie i przypomniałam sobie cel podróży. Dom krawców E. Mój dom.

Niestety, nie odeszło ode mnie także wyczerpanie wstydem towarzyszącym mi podczas przymusowych, publicznych wystąpień. Na zewnątrz było ze mną naprawdę nieźle, za to zwracałam uwagę martwotą psychiczną pośród roju podekscytowanych rówieśników. Nauczyciele mieli na mnie oko. Ktoś pogratulował, że o własnych siłach zaliczyłam wszystko na tak wysokich notach. Nie zapamiętałam nawet płci tej osoby. Gdy zorientowałam się, że śledzi mnie kilkoro par oczu, zawstydziłam się jeszcze bardziej. Przynajmniej wyglądałam przyzwoicie, powtarzałam sobie dla otuchy. Parę osób spróbowało zagadnąć mnie o Dawida, ale po pierwszej próbie poddali się i przekazali dalej, że nie warto. Słowa umierały mi w gardle zanim otworzyłam usta. Gdy chciałam coś odpowiedzieć przyspieszał mi oddech i miałam wrażenie, że się nim dławię. Odpuszczali. Nie chcieli mnie zabić. No bo jak po takiej zbrodni ukryć ciało? Co zrobić z pozornie żywą powłoką o martwym wnętrzu? Rozumiem, że nie chcieli tego jeszcze bardziej komplikować. Czegokolwiek by ze mną wtedy nie spróbowali- skończyłoby się to jakąś moją śmiercią.

Wstydziłam się, bo nie byłam do nikogo z nich podobna. Nie czułam siebie. Nie miałam w sobie lekkości dziewcząt, które podziwiano. Nie należałam też do przyciężkich charakterem i czasem też ciałem- intelektualistek. Z tymi drugimi łączyła mnie pasja zdobywania i porządkowania wiedzy, ale gdy tylko orientowałam się, że są tak pewne tego jaką zupę lubią, albo że tęsknią do ukochanych kurortów- pragnęłam schować głowę do plecaka. Zastanawiałam się kogo widzą, gdy patrzą na mnie. Kim dla nich jestem? Czy wiedzą, że nie wiem ile ważę lub, że zwyczajnie nie pamiętam, że powinno się jeść? Czy potrafią sobie wyobrazić dziewczynę w swoim wieku zastanawiającą się głównie nad tym jak uchronić swoją matkę przed zagładą nałogów? Jak wyjaśnić, że pochodzę z domu nawiedzanym przed emocjonalne duchy i że chociaż ich ilością można by obdzielić cały kraj, nikt nie chce nas od nich uwolnić? A gdyby nawet znalazł się jeden tak wnikliwy- nie zaufalibyśmy mu, że chce dobrze, że, na Boga, ktoś z zewnątrz chce dla nas lepiej!

O ile w domu bywa różnie, to poza nim jest wyłącznie niebezpiecznie! Znajome wilki pogryzą cię z miłości, a nieznajome z radością upiją się twoją krwią! – czy moje koleżanki i koledzy mogliby pojąć te hasła, które wrosły mi w tkanki?

Gorączka pojawiła się po kolejnej próbie zareagowania na kondolencje. Przyszła mi z pomocą, jak najlepsza przyjaciółka. Skupiłam się na wędrujących po ciele dreszczach. Kontury kolegów i koleżanek rozmyły się w końcu. Ich głosy i zapachy zlały się w jeden wyjący wyziew. Ale w tym stanie dotyczyło mnie to już coraz mniej.
Z czasem pojęłam, że nie tylko ja unikałam kontaktu ze sobą. Co drobniejszym mieszczaństwem naznaczone koleżanki uznały, że najbezpieczniej towarzysko będzie na mnie nie patrzeć w ogóle, a jeśli kontakt był nie do uniknięcia- mijały mnie przywdziawszy wystylizowany, pokojowy półuśmiech. Nie było się do czego przyczepić i o to chodziło. Nie były niemiłe. Nie robiły przecież nic złego. Po prostu pokojowo omijały dyskomfort. Wtedy byłam im naprawdę wdzięczna, że nie niepokoiły ani mnie, ani siebie. (Dziś, wespół z narratorem odczuwamy współczucie na przemian z gniewem.)

Nie pragnęłam zaistnieć. Bynajmniej. Odkąd zdałam sobie sprawę z tego, że nie sposób mnie przeoczyć, szukałam sposobu na to, by się schować. Byłam widziana w najwstydliwszy z możliwych sposobów. Wybrakowana.
Na tej samej zasadzie człowiek, chce czy nie chce, wgapia się w kalekich.

Pociąg odjechał. Nie mogłam spokojnie patrzeć, jak znika z pola widzenia. W przeciwieństwie do mnie mógł już przymknąć oczy na pozostawiane w tyle smutne ogródki działkowe, niewielkie osiedle firm i tak zwanych własnych interesów. Zatęskniłam za miejscami, które mogłabym z nim odwiedzić. Za miejscami, w których mnie nie ma. Duszek mojego dzieciństwa rozszeptał się we mnie. Zaciekawił mną niezdrowo.

Wyrzuć dokumenty, weź tylko butelkę wody z plecaka i jedź gdziekolwiek. Nigdzie i wszędzie, jak ci dwaj w poczekalni. Usuń się sprzed oczu ponurej rzeczywistości. Temu obskurnemu miastu, rodzinnej wsi, konieczności bycia czyjąś córką, wnuczką. Kto cię zmusi żebyś nosiła jakieś imię, jakieś nazwisko? Kto nakaże ci przynależeć do rodziny, szkoły, konkretnych ludzi? No i wreszcie- pozbądź się dowodu na wszystkie zbrodnie dokonane na Tobie. Pozbądź się ciała. Przecież tak pragniesz go nie mieć…
Kusił.

Peronową ławeczkę od lat okupował jeden i ten sam staruszek. Był w takim wieku, w którym to czas nie zawraca już sobie głowy zostawianiem dodatkowych śladów na ciele. Wydawało się, że było ich już dość, by można było mieć pewność, że ma się do czynienia z człowiekiem doganiającym swój żywot. Przyjrzałam mu się. Jego przechadzki na miasto nie miały, jak widać, ciekawszych punktów zaczepienia. Dworzec składał samotnikom kuszącą obietnicę. Jeśli chciało się być blisko życia, to ono tutaj pojawiało się regularnie, według rozpiski przyjazdu pociągów. Roiło się i znikało, by potem znów i znów… Było na co czekać i co ważne, obietnica spełniała się, nawet jeśli pociągi miewały opóźnienia. Ktoś gdzieś się wybierał, ktoś wracał do kogoś, do czegoś… Można było przez chwilę upić czyjegoś celu, tęsknoty, a jednocześnie nie zaznawać bólu więzi z kimkolwiek.
Widywałam go tu o przeróżnych porach roku i dnia, nawet w środku zamieci śnieżnej. Na szczęście wtedy odpoczywał na ławce wewnątrz budynku. Ta polowa stała pod niespecjalnie solidnym zadaszeniem, tuż przy wejściu na hol dworca, od strony torów. Na dziś była w sam raz. Grubaśny, leciwy kundelek siedział grzecznie przy nodze swojego pana i zaglądał co też dobrego tym razem wyciągnie z wysłużonej szmacianki. Minęłam tę parę z ulgą. Miła odmiana po bezdomnych, wygłodzonych kotach.

Zanim przecięłam budynek dworca na wylot, snułam się przez jakiś czas. Trochę jak cień, trochę jak wprawny obserwator. Zwabiły mnie dwa pijane istnienia w poczekalni. Zajęły sobą obie ławki przy kasie biletowej. Nie robiło im różnicy czy wyczekują tu podróży donikąd, czy może powrotu zewsząd. Wszystkie drogi prowadziły do niebytu. Rozpoznanie ich płci było wyzwaniem i skończyło się porażką. Alkohol zaoferował im dużo, ale zażądał w zamian tkanki tłuszczowej i urody. Od mamy wyszarpał mniejszy łup – pomyślałam i tak samo szybko jak o niej pomyślałam, próbowałam się z niej rozmyślić. Gdyby świat myśli mógł się materializować, przypominałoby to założenie i natychmiastowe ściągnięcie z siebie jakiejś narzuty. A potem wyrzucenie jej w kąt i splunięcie w jej kierunku. Tak się postępuje ze znienawidzonym pragnieniem.

Ci dwaj, te dwie, tych dwoje tam… Spuszczone głowy, skręcone kręgosłupy i przypadkowe ubrania współgrały z dotkliwymi brakami w owłosieniu i uzębieniu. Poczułam niebezpieczną więź z tą dwójką, z ich wewnętrzną i zewnętrzną bezdomnością. Byłam pewna, że od dawna nie mieszkają w sobie. Nie muszą odwiedzać ciał, by zaprowadzić je do szkoły, na egzaminy, by sprawiać pozory, że uczestniczą w życiu rodzinnym. Jeśli któreś z nich jest kobietą, z pewnością nie nosi przy sobie torebki wypełnionej drogimi, idealnie kryjącymi kosmetykami, jak mammma…- Przygryzałam wnętrze policzka. Im mocniej starałam się nie nawiązywać do mamy, tym śmielej samo się to zadziewało.
Ci tutaj… Żyli nie zwracając na siebie uwagi samego życia. Ich los pisał się sam z siebie wyparowującym tuszem. Za chwilę miał nadjechać pociąg do wielkiego miasta. Zagęszczający się podróżni wkładali spory wysiłek, by nie zatrzymywać oczu na cuchnącej zawartości ławek. A jednak chcąc zakupić bilet, musieli trzymać się blisko. Skierowane w przeciwną stronę źrenice próbowały powiedzieć z oburzeniem, że tacy jak ci dwaj nie należą do tej samej rodziny ludzkiej, co nasza zaradna, trzeźwa brać!
Nikogo nie dziwiła ich brawura, a może bezczelność? Sikali pod siebie w tym samym czasie, w którym ktoś z czekających w kolejce wyciągał kanapkę. Nikogo nie zdziwi też, jak niebawem skończą z sikaniem raz na zawsze -pomyślałam i tym razem nie ocaliwszy siebie, posłałam się mamie w całości. Zobaczyłam ją; zachłannie oddającą się swoim toksycznym nienasyceniom pod moją nieobecność. Wlewała wódkę z butelki wprost w gardło pełne pastylek na dosłownie każdą dolegliwość. Robiła to tak długo, aż wreszcie poczuła się w pełni zdrowa. Nic już nie miało prawa jej boleć. Jej ciało zostało wyswobodzone z choroby, która od lat je wyniszczała. Tą chorobą, pomieszkującą zdradliwie w ciele mamy była ona sama. No tak, myślałam, mama już jest wolna. Ale dlaczego znowu ja, za jaką karę będę musiała odnaleźć ją martwą; pływającą w kupie, w sikach, zarzyganą, z rozmazanym makijażem?
Poczułam ten smród. Tak dobrze mi znany. Prawdopodobnie mój pierwszy chrzest: kąpiel w zmieszanych odchodach moich i mojej odurzonej matki. Na podłodze, w dusznym salonie, gdzie znikąd ratunku… Myśli próbowały mnie pojmać, zanieść do matki. W ostatnim momencie chwyciłam się jakiejś realnej poręczy. Nie chcę już czuć się winna, że jej ciągle nie pilnuję! – coś we mnie wrzasnęło z wściekłością.
STOP. STOP. OCKNIJ SIĘ! JESTEŚ Z DALA OD NIEJ, NA DWORCU!
Zakręciło mi się w głowie. Ale udało się.
Siłą zatrzymałam ten ciąg wyobrażeń. Już czyniąc to czułam, że niedobrze jest podejmować takie wyzwania bez rozgrzewki. Odcinanie się od matki z dnia na dzień – bez zrozumienia mechanizmów, które pchnęły mnie do współudziału w jej chorym świecie- to był zbyt wielki wysiłek na początek. I rzeczywiście, długo potem jeszcze odczuwałam zakwasy na sercu.

Po drugiej stronie budynku dworca rozlano spory, asfaltowy plac. Przygnębiał, za to bez zarzutu służył wykręcającym autobusom. Przy okazji ustalono, że one także będą mieć tu swój główny przystanek. Znalazłam się więc na parkingu dla autobusów i taryf- jak nazywa się je tu potocznie.
– Ha! – parsknęłam zniesmaczona widząc przed sobą znajome auto. – Jest i pan arogant! – miałam na myśli taksówkarza, który dowiózł mnie tu rankiem. Wynudzał się za kierownicą w asyście gazety przeznaczonej dla mężczyzn powyżej osiemnastego roku życia. Obrzydliwej, ale widocznie nie dla niego, bo trzymał ją przy samej szybie wysoko podnosząc łokcie. Była aż tak dumny z tego, co pokazywały krągłe, gibkie kobiety? Czy może aż tak obojętny na to, co pomyślą inni?
Nie byłam szczęśliwa będąc na niego zdana. Ktoś celowo stawia go dziś na mojej drodze, czy jak? – irytowałam się. Możliwe, że właśnie tak. Nie było nikogo innego do wyboru i nic nie zapowiadało, że szybko się to zmieni. Instynktownie uległam więc gotowemu scenariuszowi nie zadając sobie pytań, kto jest jego autorem. Jeszcze wciąż bałam się pomodlić. Nie chciałam się znów mierzyć ze zubożałym niebem. Porzuconym, niebiańskim mocarstwem. Jeśli o mieście mówi się, że jest wyludnione, to jakie jest niebo pozbawione stworzeń duchowych? Wyduchowione? A gdy jeszcze tam są, czy można nazwać go dusznym? Czy tam, na wysokościach przeszłoby takie zdanie: zaroiło się od duchów wokół, aż ogarnęła mnie duchota? Duchota- niebiańska odmiana naszej ziemskiej fobii społecznej?

Nawet przy dworcu kolejowym i autobusowym węźle łączącym tę niewielką mieścinę z kilkoma większymi, nie było zbyt wielu chętnych na płatną podróż o tej porze. Stało więc tylko to auto, które także i rano niemal błyskawicznie zareagowało na moje zgłoszenie. Taksówki tutaj zarabiały głównie po zmierzchu, a realny utarg zapewniały przede wszystkim weekendy i święta. Póki widno – można było stanąć przy głównej drodze i wyłapywać znajomo wyglądające samochody. Znany i utarty obyczaj. Niestety nie dla mnie. To prawda, że nierzadko jechał ktoś z moich okolic, ale… z takim kimś musiałabym wymienić chociaż kilka grzecznościowych słów, a może i z czegoś się tłumaczyć? Kto wie o czym wieś aktualnie huczała… Nie chciałam też iść pieszo. Od wrażeń szkolnych wirowało mi w głowie. Czułam, że nie dojdę i będę zmuszona wsiąść do kogoś, kto przyuważy mnie na trasie i rozniesie tę informację po okolicy. „Córka tego bogacza łazi piechotą!” „Babka złoto zakopuje po łąkach, a dziecko jak łachudra chodzi!” – tylko tego mi było trzeba, kalkulowałam, jeszcze bardziej wściekłego na mnie ojca i lamentującej babki.

Wsiadłam z tyłu. Mężczyzna chrząknął i wcisnął swoją „lekturę” obrazkową do schowka w drzwiach. Zbadał mnie szybkim, lepkim spojrzeniem w lusterku. – No wiem, nie wyglądam jak one! Wybacz zboczeńcu, nadrobisz straty się jak wysiądę; jeszcze się napatrzysz do syta! – sarknęłam w myślach na tyle pogardliwie, że odrażający typ instynktownie skurczył się w fotelu. Kto wie, może co silniejsze dialogi wewnętrzne bywają na tyle oszalałe w swojej gorliwości, że wyważają czasem wrota, za którymi buzują? W każdym razie czułam jakby taksówkarz miał dostęp do mojego skrywanego pod niemą powłoką wzburzenia. Nie zapytał o nic ponad to, co konieczne. Z ulgą podjęłam chłodne wyzwanie. Jasno wyraziłam cel podróży, zapłaciłam z góry, rzucając na przednie siedzenie identyczny banknot, jak ten, który wręczyłam mu rano.

Podczas drogi pozwoliłam rozsmakować się oczom. Utonęłam w popisujących się wszystkimi odmianami zieleni pagórkowatych krajobrazach. Spijałam z nich słodkie przeżycia, gromadzone podczas tak życzliwie oferowanych mi podwózek przez Zacharego. Żałowałam, że tyle razy odmówiłam, gdy jego wyjazd nie wisiał jeszcze nad nami, jak tusz sączący się na arkusz klepsydry. Miałabym dziś w pamięci jeszcze więcej dobrych chwil obok niego, jeszcze więcej przygód, rozmów, bliskości. Ech. Za każdym razem, gdy wchodził do mojego pokoju ostatnimi dniami, myślałam o tym… Że jesteśmy na finiszu nas, a miód nadal leje nam się z ust, gdy tylko je połączymy. Tym gęstszy, bo czas ponagla. Tym słodszy, cieplejszy. Za wpatrywanie się teraz w ciemny, dobry profil podczas jazdy, oddałabym wszystko. Ale nie chciałam odbierać Zacharowi tylu godzin. Podejrzewałam, że nie próżnował dopinając swoje polskie sprawy. Miałam także na względzie czas, który chciał ofiarować ojcu. Dziś musiałby przyjechać wcześnie, zabrać mnie i czekać, a potem jeszcze powrotna droga na wieś i ponownie jego- do miasta… A tak- obyło się bez kłopotania go i to całkiem sprawnie. Tyle, że smutno, że pusto.

Gbur milczał całą drogę. Trwał w zasępieniu nawet, gdy stanęłam na wysokości uprzejmego „dziękuję, do zobaczenia” i zamknęłam za sobą drzwi taksówki. Odjechał zdecydowanie za szybko jak na drogę pełzającą między podwórkami pełnymi biegających dzieci. Chyba oboje mieliśmy siebie dość. Nie zatrzymał się nawet przy domu pana Jasia, na skrzyżowaniu. Dał mi do myślenia uciekając na oślep z mojego świata.

Warto było znieść cały ten trud po to, by na czas wakacji uwolnić się od zgiełku korytarzy szkolnych. Poczułam wielką ulgę wyrzekając się nieporozumienia cywilizacyjnego, jakim jest miasto ze swoją świtą szkół, banków, szpitali i nieszczęśliwie udomowionych zwierząt. W otoczeniu swobodnie pęczniejących połaci zbóż; odzyskiwałam połączenie z sensem życia na tej planecie. Wyobraziłam sobie mrówczą pracę, jaką wykonuje gleba, by wydawać rokrocznie tyle jadalnego plonu. Wzruszyłam się. Byłam przekonana, że nie dzieje się to samo z siebie, z przypadku. Często niemalże udawało mi się zobaczyć zwisające z wysokości, niebiańskie ręce uzdatniające pola uprawne.
Po wsi przechadzała się właśnie- pojemna w dobrych kilka godzin- pora obiadowa. Jedni zdążywszy zapomnieć, że jedli wczesną zupkę; odliczali czas do kolacji, drudzy z kolei dopiero zasiadali do tradycyjnego kotleta z ziemniakami, nie wyglądając końca pracowitego dnia. Przejeżdżając taksówką, zauważyłam wiele uchylonych okien. Z pewnością uwalniały kuchenne, swojskie zapachy. U nas, na górze od dawna nikt niczego nie pichcił… Mama…
– Oj Noe, nie myśl! – ostudziłam się- Jest wiosna, patrz na nią! Na dom jeszcze się napatrzysz!

Bogatsza o świadectwa ukończenia kolejnej klasy w obu szkołach- zapragnęłam skorzystać z pogody. Śliskie, jasnobłękitne kartki z nachalnym, czerwonym paskiem- nieruchomiały mi przesuszonych dłoniach. Nie umiałam zrozumieć, dlaczego nie potrafię już tłumić bolesnych syknięć. To tylko małe ranki, śmieszny ból, w porównaniu z tym co mama, co miałam po mamie… Dałabyś spokój! To śmieszne! Co się z Tobą dzieje? – sztorcowałam się umniejszając piekący ból dłoni. – To przecież tylko krwawiące palce…
A jednak syczałam nadal. Małe draśnięcia na skórze, tego dnia bolały mnie za całe dotychczasowe życie. Łamana po wielokroć niedotykalność – zbierała się do buntu.

Może trzeba było położyć świadectwa na grzbiecie łagodnego, wczesnoletniego wiatru, by odleciały jak najdalej od domu w polach? Mogłam chociaż spróbować dać im wolność, zamiast pozwalać na to, by los pisał po nich kropelkami krwi spomiędzy pękającej skóry dłoni.

W tamtym czasie coraz śmielej snułam przeróżne scenariusze na życie. Spokojniejsze od tego, w którym tkwiłam. Ale dzień rozdania świadectw zapadł mi w pamięć szczególnie. Głowa robiła ze mną co chciała. Jak motyl wymykający się siatce- pokazywała mi, że umie nie pójść tam, gdzie się jej nakazuje. Gorączkowo wyświetlała przede mną obrazy szczęśliwych, bliskich sobie rodzin, które mogłyby być moje… Gdybym urodziła się pod innym dachem…

Nie umiałam tego zjawiska dogłębnie przemyśleć. Bałam się go i fascynowało mnie z taką samą siłą. Nie dowierzałam budzącej się we mnie odwadze nazywania rzeczy po imieniu. Nie wiedziałam jeszcze, że właśnie tego dnia położyłam podwalinę pod wielką zmianę w sobie. Nie przypuszczałam, że pierwszym, ozdrowieńczym uczuciem będzie bezbrzeżne rozczarowanie najbliższymi. W moim przypadku nic nie okazało się tak skuteczne jak wściekłość i zażenowanie rodzinnym domem. Tylko prawdziwy gniew był w stanie ocalić we mnie miłość i szacunek do nich. Połamanych, pogubionych, niekompletnych. Przekonałam się z czasem, że gorące uczucia chodzą parami. Przywiązanie spaceruje na smyczy z gniewem uwalnianym wtedy, gdy bliscy nas zaniedbują.
Rozczarowanie sypia z pragnieniami. Z ich romansu – niechęć i chęć odradzają się na zmianę, w nieskończoność.
Ukojenie z kolei jest tylko duchem. Ten szczególny rodzaj ducha, w świecie ludzi rzadko kiedy jest w stanie utrzymać swoją moc na tyle, by stać się ciałem.
Za to najmniejsza, nawet dobra chwila zachęcona przypływem możliwości, zdolna jest zbudzić w nas całe złogi traum, na naszą zgubę. Zupełnie jak człowiek, któremu pierwszy raz przyniesie ulgę lek na depresję- wyobraża sobie, że gotów jest już ponieść każdy trud. Oczywiście po chwili pada pod ich ciężarem, zwiedziony.

Przypominały mi się pachnące kuchnie w domach koleżanek z podstawówki. Zdarzało mi się nosić zeszyty niektórym wiejskim dziewczynkom, gdy opuszczały lekcje. Najczęściej przyjmowano mnie w kuchni właśnie. Spokojne talerze z zupą, która nie ląduje na przerażonym dziecku. Słodkie herbaty z cytryną dla przeziębionej dziewczynki. Żadnych scen, dramatów i matki trzymające się na nogach. Przytomne, trzeźwe. Bez kłopotu pamiętały do której klasy uczęszcza ich dziecko i w czym należy mu pomóc. Było mi przykro i boleśnie rozmyślać o domach i matkach, które mnie ominęły. Ale też lgnęłam coraz bardziej do tych widm. Nadawałam im kontury w swojej świadomości. Moje braki otrzymywały konkretny kształt.

Wokół mnie dział się idealny, literacki początek lata.
Tkliwą i nieszczelną skórę palców drażnił śliski papier świadectw szkolnych. Ścisnęłam je więc tak, by jedno drugiemu spojrzało w oceny. Szkoła muzyczna kontra szkoła ogólnokształcąca. I ja w tym wszystkim: bez podstawowej wiedzy na temat zastosowania kremu do rąk, swojego cyklu miesiączkowego, numeru buta i rozmiaru ubrań. Nie utożsamiająca się z ludźmi- nieludzka osoba. Świat wypracowany przez wszystkich tych, dla których codzienność była po porostu ich własnością- nie zapraszał mnie do siebie. Czaiłam się gdzieś w poczekalni przetrwania próbując odgrywać człowieka, zanim wszyscy wokół zorientują się, że nie mam prawa tu być i wyrzucą mnie gdzieś poza swoje ludzkie osady, zdaną na prawa zwierząt i roślin milczących przy mnie znacząco. Czy w ogóle do kogoś przynależę? Czy istnieje gdzieś ktoś mojego gatunku, pokroju?

Minęłam dom, ruszyłam przed siebie ścieżką cioci Mary. Spojrzałam pod nogi.
Widok dużego, polnego kamienia nie pierwszy już raz wzbudził we mnie nadzieję przemieszaną z podnieceniem. W dniu, w którym świadomie spotkałam pierwszy, polny kamień w życiu- byłam pewna, że mam z nim wiele wspólnego. Miałam może ze cztery lata, gdy zaczęły nurtować mnie pytania: Czy kamienie jakimś cudem przyjęłyby mnie do swojego świata? Do swojej…rodziny? – pytałam Boga naiwnie i jako kilkulatka naprawdę wierzyłam, że byłoby to możliwe zamieszkać między nimi…
Tak naprawdę nie pasowałam do nikogo, ale do tych kamieni wynurzających się spod polnej ścieżki- jakoś najbardziej.
Przykucnęłam, dotknęłam go. Barwami przypominał surowy opal, skrywał kilka błękitno-zielonych żyłek. Gładki w dotyku, ocieplony już słońcem, oprószony pyłem okolicznych pól zawzięcie rodzących zboże.
Głaskałam go po grzebiecie, jak zastygłego w skale kota. Coś szarpało mną od środka. Jakaś tęsknota. Potrzebowałam przyłączyć się do kogoś, kto mnie dziś zrozumie. Kamień wydawał się idealny. Nie przytłoczyłby mnie ludzkimi oczekiwaniami, od których zwykle kręciło mi się w głowie. Nie zdarzyło mi się jeszcze spełnić ludzkie oczekiwania.
Gładziłam jego nagrzaną słońcem, kamienną naturę. Wyobrażałam sobie, że wewnątrz gdzieś głęboko skryty- mruczy z zadowolenia.
Milczał dumnie. Zupełnie, jakby był przekonany, że jest bardzo potrzebny światu. Właśnie tu, w tym miejscu. Do tego dokładnie taki, jakim został tu położony. Bez woli Boga nie byłoby polnych kamieni nawet. A ja? Kim jestem? Zamierzonym błędem?

Uniosłam twarz ku niebu. – No dobra, odezwij się, może jednak się dogadamy… Nie chowaj się przede mną…- powiedziałam Bogu cicho.
Niebo posłało mi pajęczynę ciepłych promieni. Ustawiłam się przodem do słońca. W staniku z przypadku i majtkach z Bożej łaski, a dokładnie przydzielonych mi z darów od kogoś z tak zwanej miastowej rodziny. Nie miałam pojęcia kto tym razem – ubolewając nad nieposiadaniem piwnic i strychów, zwiózł nam ubrania, których „szkoda było przecież wyrzucać.” Część z tych odrzutów, od jakiegoś czasu trafiała się mnie, ale zdecydowaną większością przerabiano na szmaty do ocieplania pleniących się za domem komórek i szop wuja W. Sophie gardziła tak zwanymi ciuchami. Dla niej słowo CIUCHY już zawsze tłumaczyło się gdzieś w szpiku kości i wybrzmiewało po jidyszowemu. „Ciuchy to brudne manele, ciuchy to po kimś pościele! Kto stare ciuchy po kimś ściele, temu zdrowia zostaje niewiele!” – wygrażała, gdy dotarło do niej, że na świecie istnieją sklepy z ubraniami i pościelą z drugiej ręki. Polegała głównie na tym, co uszył jej mąż, ona sama lub dobrze znani jej krawcy z wielkiego miasta. Ja zadowalałam się ubraniem, w którym nie odstawałam od przyjętych norm i cieszyłam się, gdy tak jak dziś, przynajmniej wyglądu zewnętrznego nie musiałam się wstydzić. Jeszcze wtedy nie zadawałam trudnych pytań, jak choćby to; dlaczego nikt z całej puli rodzinnych krawców, nie uszył mi porządnych ubrań?

Tamtego dnia cieszyłam się, że wyglądam przyzwoicie. W takim stanie nie ciągnęłam za sobą rodzinnej historii, jak wtedy, gdy obnażałam swoje nieprzystosowanie, zaniedbanie i opuszczenie. O ten jeden wstyd móc być lżejszą już każdego dnia! – marzyłam. Podczas, gdy koledzy i koleżanki tęsknili do leniwych plaży i smakołyków jedzonych nad miarę w dni wolne od rygoru nauki- ja liczyłam na to, że podczas tych wakacji nie będę zwracać na siebie uwagi brakiem umiejętności zatroszczenia się o siebie, dobrania odpowiedniego stroju do sylwetki. Zapamiętać swój rozmiar buta, za zarobione pieniądze kupić odpowiedni stanik- wyliczałam. Mogło być niemodne, byle nie za duże, byle nie rozśmieszało…Nie prowokowało do zadawania pytań. Zwłaszcza tych cichych, w głowie. Tych bałam się najbardziej; szczerych dylematów pojawiających się w skrytości czyjegoś ducha. Taki duch mógłby podsuwać pytanie: czy ta dziewczyna nie ma kogoś, kto ją kocha i kto mógłby jej pomóc choćby dobrać odpowiednie obuwie? Świadomość, że inni mogliby pomyśleć, że nie mam nikogo takiego, bo po prostu nie da się mnie kochać, kazała mi umrzeć z miejsca, szukać sposobu na ukrócenie sobie życia.

Ale dziś było dobrze, pocieszałam się.
Próbowałam zliczyć miesiące wolne od gipsu. Minęło już trochę…Przebiegły mi przed oczami sińce latami malowane na moim ciele przez matkę. Na początku zawsze zwiastowały nadejście czegoś, jak pąki na drzewach obwieszczają wiosnę. Zgrubienia podskórne- niewyczuwalne w szoku po ogłuszeniu uderzeniem w głowę. Ściśnięte jak zielone węgierki, a wewnątrz nich przeraźliwy, niezauważalny jeszcze ból- jak pestka. Ich dalsze losy: krwiaki dojrzewające stopniowo, rozlewające się wieloma barwami, aż wreszcie te najbardziej niepokojące- blizny zanikające. Te reprezentowały zawsze odcienie jesiennego nieba. Gasły i zapowiadały rychłe pojawienie się tych pierwszych… Mama dbała, by płótno mojego ciała nie marnowało się.
Przypomniała mi się seria rąk świeżo wyciągniętych z gipsu. Na światło szpitalnych świetlówek, wprost pod oczy milczących pielęgniarek i chirurgów znających mój układ kostny na pamięć. Blade, chude, zupełnie nie do życia. Nie pasujące do reszty ciała. Różniące się odcieniem skóry, sprawnością. Bezbronne.

– Można bez tego żyć, jak widać…- powiedziałam, przyglądając się nadgarstkom. Dawno też nie traciłam przytomności ze strachu…- zafascynowałam się tym spostrzeżeniem. Czyżbym zaczynała żyć jak człowiek?

Minęło wystarczająco dużo czasu, bym nabrała rzadkiego dotąd, jednolitego koloru skóry i ciągłości kończyn. Dopiero tego dnia, boleśnie bawiąc się świadectwami w cieple rodzącego się lata, zauważyłam jak bardzo jest przesuszona… Moja skóra, moja powłoka. Ona to ja? – próbowałam się z nią połączyć. Nosząc w niej, jak w worku- połamane kości, nie potrafiłam dotąd pomyśleć, że jest składową mojej urody. Jakiego odcienia jest moja cera? Ta prawdziwa, pierwotna, moja? Czy rzeczywiście ma skłonność do przesuszenia się, czy może to jak żyłam doprowadziło ją do tego? Od samych pytań zakręciło mi się w głowie i żołądku. Nie próbowałam tego dociekać, ale nie pozbywałam się pytań.
Rozejrzałam się dość odważnie. Okręciłam się wokół własnej osi biorąc odżywczy oddech. Przestraszyłam się trochę tej spontanicznej swobody. Zastanowiłam się nad tym, jak odebrała to otwarta przestrzeń wokół. Wbiłam wzrok w buty. Sandałki. Po kim są? Nawet chyba pasują i są urocze.
Coś we mnie przecierało oczy, coś próbowało się wydostać. To, czego nie zobaczyłam w oczach matki- upominało się. Pragnęłam zobaczyć wreszcie swoją postać, obrys. To jak wyglądam, to kim jestem. Bez doświadczenia i z potężnym strachem- od tego dnia niosłam w sobie przekonanie o tym, że gdzieś tam wewnątrz mnie- jestem. Jakaś, konkretna.

Wokół mnie panoszyło się kwitnienie. Zieleń uprawiała płodne harce niemal na moich oczach. Świat ożywał, płodził, rodził bez umiaru. Włóczyłam się. Miałam już za sobą solidną wędrówkę. Odpoczęłam dopiero na zmierzwionym przez wędrujące mrówki rowie. Niedaleko domu, ale nie na jego oczach. Pachniało, wszystko wokół nie posiadało się z zapachu! Zapowiadały się baśniowe dni. Nie byłam jeszcze pewna jakiej pracy podejmę się tego lata. Kilkoro, znanych mi już dzieci, domagało się korepetycji. Rozważałam to. Miałam sporo planów czytelniczych. Chciałam też przestudiować kilka trudniejszych książek ornitologicznych. Myśl o dzwonniku białym, najgłośniejszym ptaku na świecie, nawiedzała coraz częściej moje myśli. Cieszyłam się więc, że udało mi się zgromadzić odpowiednie pozycje do tegoż studium. W ciemnej sukience z kremowym kołnierzykiem, dopasowanej do długości mojego ciała, do sylwetki, do nastroju i traumatycznych wspomnień, rozgościłam się na rowie. Nie mogłam wiedzieć, że gdy ja z rozluźnieniem zwieszam nogi ku dnu rowu, ciocia Helenka powróciwszy z mężem z pobliskiego miasteczka, chowa na dno swojej szuflady z bielizną wyniki z dwóch szczegółowych badań serca i skierowanie do szpitala. Wyniki były zatrważająco złe. Skierowanie natychmiastowe.

Kiedy zaszła mnie od tyłu, nie byłam zaskoczona. Najpierw zapachniało jej perfumami, zapowiedziały ją. Głupia, nie skojarzyłam wówczas, że stosuje je tylko na wyjątkowe okazje. Najczęściej nakładała je w święta, na duże spotkania rodzinne lub pogrzeby. A to był zwyczajny dzień. To był zwyczajny dzień!!! Co ja sobie myślałam, że nie uczepiłam się tej myśli?! Pierwszego dnia wakacji, ciocia Helenka dołączyła kilka kropel ulubionego zapachu do codziennej sukienki, w której była wcześniej w mieście. Nie zadałam sobie trudu, by wniknąć co u niej. Cieszyłam się, że przyszła, że wydostała się ze swojej chmurnej powłoki, która skradła ją na całe, ostatnie miesiące. Przysiadła się. Zdjęła malutkie, ażurowe sandałki i także zwiesiła nogi ku dnu rowu.

– Co tam, dziewuszka? Wakacje w końcu, co? – zapytała mesząc słabowitym głosem. Brzmiała jak po mocnej grypie, jak wtedy, gdy trochę czasu musi minąć zanim ponownie gardło nabierze mocy. Oszukało i zwabiło mnie jej meszenie, jej miękkie i bujne – jak zacieniony mech – słowa rozochociły mnie. Wlały się dokładnie w krater osamotnienia wyjący we mnie i wypełniły go. Błyskawicznie zazieleniłam się od wewnątrz, bo tak działa nadzieja na czułość. Pragnęłam jej bliskości, jej dobrych słów, które nie zmieniają się w mgnieniu oka w atak. Uczucia mamy i całej reszty domowników- trzeba było sobie dopowiedzieć, dowyobrazić. Helenka, gdy była obecna, kochała pomimo serca zaoranego odrzuceniem po wielokroć.
– Wakacje, owszem- odpowiedziałam tuląc się do niej w myślach. Patrzyłam na swoje sandałki. Przyglądałam się drobnym, kobiecym stopom i nie mogłam nadziwić się, że są moje. Zupełnie jakby dopiero mi wyrosły! Jeszcze nie umiałam się z nimi obejść.
– A jak twoje sprawy, ciociu? Byłaś w mieście dziś… – spojrzałam na jej profil. Oddawała się smakowaniu oddali. Przestrzeń- pomyślałam wpatrując się w jej rozsmakowane oczy- ten bezkres wokół naszego domu to nasza wolność i nasze zgubienie. Nigdy stąd nie odejdziemy, choćby nas wywiało setki kilometrów stąd. Mieszkamy tu, rozstrzeleni na drobinki pyłu unoszącego się nad regularnie rozbudzaną do porodów ziemią.
– A co ja mogę mieć za sprawy?! – zaśmiała się ukradkiem. – Kawałek ogrodu z warzywami i kilka kwiatów! Takie są moje sprawy… Ty za to bywasz w wielkim świecie. Młoda jesteś, mądra i tak ładnie dziś wyglądasz… wiesz o tym?! No i grasz nieźle, uczysz się wytrwale…- żartowała i pozostawała smutna na tym samym poziomie. Podziwiała mnie i zazdrościła, z żalem myśląc o zmarnowanych szansach młodości. Rozumiałam ją, ale coś bardzo mi nie grało w jej przekazie. Czułam bijące od niej ciepło. Przyszła z własnej woli. Wspomniała, że gdy tylko zauważyła mnie, postanowiła zmienić trasę swojego spaceru. – Skierowałam się od razu w twoją stronę – powiedziała. Była mi przychylna, dostępna. Jednocześnie przywlekła się za nią ciemna chmura i któryś z podstępnych duchów. Który tym razem? Smutku? Pamięci? Wnikliwości? Zatroskania? Śmierci? – zastanawiałam się. Nie rozpoznawałam wtedy jeszcze ducha Samozagłady. Dziś sądzę, że był to duch towarzyszący cioci od niemowlęctwa, a nawet od pierwszego dnia w łonie Sophie. Był między nami bez ustanku, ale doskonale się maskował. Podszywał się pod inne duchy, bo jego naturą było działanie w skrytości, w tajemnicy. Tylko wtedy nabierał mocy i sprawczości, gdy wcześniej odwrócił ludzką uwagę. Tak zrobił i wtedy, na rowie. Nie widziałam co zamierza ciocia Helena, jaką machinę wprawiła w ruch zanim do mnie przyszła. Duch Samozagłady udawał ducha refleksji, czułości… sama nie wiem jakiego jeszcze. Trochę pomagał mi duch Przeczucia. Ale nie dał mi dość jasno do zrozumienia, że powinnam zacząć węszyć.

– Widzisz ten ciemny punkcik, Noe? – zapytała nagle głosem młodszym od niej o kilka dekad. Ożywiła się, oczy odzyskały blask. Uniosła brodę, a z dłoni zrobiła daszek. Ułożyła go nad linią brwi. Wpatrywałam się w nią pytając bez słów. Widząc to, pokiwała głową na znak, że się upewniła w dobrej wieści. Poranionym, ropiejącym palcem wskazała na jakąś człowieczą mrówkę idącą od strony parku. Zauważyłam. Od teraz śledziłyśmy poczynania mrówki razem. Właśnie wyszła spomiędzy drzew. – Ktoś idzie polną ścieżką w naszym kierunku – zauważyłam.

– Wiesz kto to? – Helena pytała podekscytowana- Poznajesz? Nasza zguba wraca! – zakrzyknęła i poderwała się.
– Ciociu, zrobiłaś się sina! Co się dzieje? – zaniepokoiłam się.
– Noe, no co ty?! Nie widzisz kto idzie?!- zalała mój niepokój swoją ekscytacją. Nie od razu zauważyłam, że zbyła mnie celowo. Wyjęła szmacianą chusteczkę z głębokiej kieszeni sukienki i wyciągnąwszy ją ponad głowę zamachała z werwą.

– Hej, hej! – nawoływała podskakując jak młódka. Podejrzewałam, że tryskająca w cioci fontanna wrażeń nie dawała jej wglądu w realną siłę głosu. Ledwie wysyczała z siebie to, co, w swoim wyobrażeniu wyraziła bardzo dosadnie.
– O ludzie, ciociu, co ci jest? – niepokoiłam się coraz bardziej.
– Nie teraz Noe! Nie widzisz kto do nas wraca?! Ciesz się i krzycz, żeby wiedziała, że tu jesteśmy! – ponaglała mnie, próbowała zbudzić we nie podobny swojemu entuzjazm- myślałam wtedy. Dziś wiem, że jednocześnie gasiła mój niepokój i związaną z tym ciekawość, że miała w tym swój cel. Duch, który płynął z nią tego dnia- także dołożył starań, bym poddała się temu rozkojarzeniu.

– Halooo! Jesteśmy tutaj! – krzyknęłam więc do przybysza, a ciocia Helenka nagrodziła mnie ciepłym spojrzeniem.