„Choćbyś mówił ze swadą, choćbyś kłamał z przesadą- to co się tutaj dzieje, to nie jest tornado!”

 

To było bardzo proste.
Nie oczekiwałem niczego niezwykłego, zmierzając ponownie w stronę pól. Cieszyłem się, mogąc powrócić tam bez uprzedzenia. To mnie syciło, napędzało. Ów gwałtowny, nietłamszony impuls do zaspokojenia potrzeby, która zamykała się w trzech literach: Noe.
Byłem już pewien, że mogę pojawić się u niej w każdym momencie. Nigdy tego nie wypowiedziała, ale padło to między nami nie jeden raz, bez udziału strun głosowych. Za to ze znaczącym zaangażowaniem ust.
Pewne rzeczy precyzują się podczas tańca ciał, kiedy to umysł okazuje się zbyt cywilizowany, by nadążyć za szalejącym pulsem. Dopowiadają się wówczas rozpoczęte rozmowy, a często- ten nagi, organiczny pląs- to jedyna przestrzeń dla tematów, którym trudno nadać słowa lub kontekst, podczas codziennych spraw. Tak…Na okoliczność naszych fizycznych spotkań, sądzę, że nawet Noe doceniała, że ma ciało.

Pomimo obietnic złożonych samemu sobie, nie zagrzałem miejsca w domu ani w bibliotece. Nawet fumy Blanki nie sprowokowały mnie, by przysiąść z nią na chwilę. Nie byłbym w stanie pieścić kotki zbyt długo, nie rwąc się chorobliwie do dotykania ciała, na które faktycznie choruję… głoduję…
– No wybacz mi!!! Jeszcze nie teraz!!! Wrócimy do tego!!! – krzyknąłem do Boga na głos i wcisnąłem gaz, na widok pierwszej plamy białych pól w bocznych szybach. Byłem już bardzo blisko… Przed dotarciem do celu, powinienem minąć takich plam- zaledwie cztery i to leżące nieopodal siebie.
– Obiecuję, że wrócę! – dopowiedziałem, zerkając najpierw w sufit, potem w górną część przedniej szyby. Szukałem Go, choć bałem się Go spotkać w tej sytuacji…
Usłyszał mnie chyba tylko samochód, bo Stwórca nadal wysyłał do mnie posłańców w postaci wyrzutów sumienia. Dziękowałem Mu, że mimo wszystko robił to delikatnie. Przychodziły takie chwile, w których ledwie słyszałem niebiańskie roszczenia. Gdyby Najwyższy nie dał mi wtedy forów, oszalałbym w rozdarciu między pragnieniem bycia blisko kobiety, a chęcią oddania się Bogu. – Karcisz mnie z czułością, bym nie popadł w zniechęcenie? – zapytałem Go skrycie i przyspieszyłem jeszcze.

Byłem coraz bliżej Noe! I duch pojękiwał pouczająco, co prawda, ale ciało wrzeszczało jak dzikie od nadmiaru pragnień. Czymże więc są wyrzuty sumienia- przy lawinie tak pojemnego pożądania?! Nie łaknąłem przecież tylko ciała, ale sporej części kobiecego świata, który Noe nosiła w sobie. A więc naprawdę było czym przysłonić sumienie. Ta dziewczyna, choć zahukana w dużym stopniu, to, gdy się dobrać do jej głowy- można było znaleźć tam prawdziwe skarby. Uczuciami i spostrzeżeniami, potrafiła sięgać zaskakująco głęboko.
Czy spotkam kogoś podobnego w nowym życiu? – zapytałem siebie i skarciłem się za niepotrzebne rozproszenie. Nie teraz!!!

Niecierpliwość zmysłów dawała o sobie znać wrażeniem, że ktoś czule podrażnia skórę mojego karku małym paznokciem. Szukaj wiatru w polu, Zach!!!- pouczał mnie w takich momentach pogłos znad głębin religijnej, kneblowanej siłą, osobowości. Tego mogłem się po niej zawsze spodziewać- osądu. Moja wyższa, nieugięta, wewnętrzna instancja… Przepędziłem ją w głąb siebie.
Nie teraz!!!- warknąłem.

Dotarłem. Na pustym parkingu; świeże ślady mocnego startowania, usilnie próbowały skomunikować się ze światem ludzi lub niebem. Ktoś niedawno ruszył stąd z piskiem opon. Nieprzypadkowo używszy gazu, jak sądzę. Jakieś niewielkie, wkurzone autko… Odczułem atmosferę tego zajścia, ale nie domyślałem się okoliczności i autora tego SOS- zapisanego oponami na śniegu.
Poszedłem w stronę domu. Mógłbym śmiało powiedzieć, że znalazłem się w dobrze już sobie znanym miejscu. Było obecne w życiu mojej rodziny od lat. Ale od kilku miesięcy, z własnej woli, bardzo osobiście i intensywnie- doświadczałem go. Pomieszkiwaniem. Przeżywaniem. Niedowierzaniem.
Stare psy wpuściły mnie jak swego. Bezdźwięcznie wyłapały mój zapach, podchodząc bardzo blisko łydek, po czym spokojne człapiąc, wróciły do ciepłej szopy.

Drzwi wejściowe- to już inna bajka.
Zapukałem.
Przywitał mnie głos rozedrganej i wyraźnie złej, Heleny. Zza drzwi, oczywiście. Szczelnie zamkniętych. Zbliżając się ku mnie, ciotka beształa swoją matkę, uderzając słowami w powietrze:
– Masz szczęście, mamo, bo chyba pani Czesława wróciła! Masz szczę…- dolatywało do mnie jej podekscytowanie. Tu ją przytkało i urwała myśl, gdy po odbezpieczeniu drzwi, zobaczyła mnie.
– Zachary…? No witaj, dzień dobry- surowo dopełniła konwenansów. Wejdź…- zaproponowała łagodnie, lecz bez przekonania. – Byłam pewna, że skoro psy nie szczekały, to oznacza, że wraca ktoś kogo są pewne… Nasz gość… Niedawno wyszedł, więc…- miotała się. Spodziewała się kogoś innego, a jednocześnie, na swój sposób, ucieszył ją mój widok. Czułem, że ten strzęp radości związany jest przede wszystkim z Noemi, i że ciotka wyraźnie nam sekunduje.
Nam.
Już samo to słowo, pomyślane tak blisko miejsca, w którym nocowałem, przyprawiało mnie o opętanie zmysłów. Nam, nam, nam! – zaczął się w mojej głowie festiwal wspomnień o każdej jedni, jaką udało nam się stworzyć z Noe zeszłej nocy. Tak, byliśmy jednią- jakkolwiek byśmy się nie spletli ze sobą, wszystko się zgadzało. To był czas pozbawiony jakiegokolwiek braku. Pełnia.
Głośno przełknąłem ślinę, mając nadzieję, że mnie ostudzi od wewnątrz. Helena rozrzuciła kilka niepewnych spojrzeń po moich roztrzęsionych dłoniach. Gdy zauważyła, że uchwyciłem ten moment- zawstydziła się za moje podniecenie i swoją ciekawość. Nie wiedzieć czemu, przygryzłem sobie dolną wargę. Puściła kropelkę krwi, którą natychmiast płochliwie spiłem. Widocznie coś podpowiedziało mi niemo, że lepiej dla mnie, gdybym zdołał dać jakikolwiek upust rozgorączkowaniu. Więc zrobiłem to…Upuściłem sobie krwi.
Czy pomogło?

Wszedłem. Na końcu korytarza, w progu kuchni swojej babci, stała moja Noe! Opierała głowę o framugę drzwi. Od czasu do czasu, ocierała się zbyt mocno, jak gdyby chciała skaleczyć sobie skroń mezuzą. Mój mały, zbity pies… Ależ ładnie wyglądała boso… Moja koszulka sięgała jej do kolan i już chciałem rozbudzić w sobie wzruszenie tym widokiem… Ale serce zabolało mnie ostrzegawczo. Z bliska nietrudno już było rozpoznać, że Noe się czegoś boi. Tak… jest roztrzęsiona- skwitowałem w duchu, zbliżając się.

Pożądanie ekspresowo spłynęło gdzieś do piwnicy. Poczułem jeszcze, jak opuszcza moje biodra, uda i wyparowuje ze stóp. Ciśnienie opadło, ręce się uspokoiły, usta przestały krwawić. Z nagła poczułem zimno złapane w stawy, jeszcze na dworze. Podszedłem do Noe, skinąłem z badawczym uśmiechem i minąwszy ją, skierowałem się ku odświętnie ubranej pani domu.
Sophie gniewnie przewracała oczami. Siedziała na krześle, tyłem do okna i parapetu, zagospodarowanego na potrzeby biurka.
– Pokój Wam! – uśmiechnąłem się i podałem dłoń na przywitanie.
– Bez takich, Zachary! – syknęła i wbiła we mnie rozjuszony wzrok. Dało się wyczuć, że nie chodzi o mnie, więc pozwoliłem sobie na więcej.
– Bez takich, mówi szanowna ciotka? A z jakimi, jeśli można zapytać grzecznie? – zażartowałem, próbując ocalić czułą nitkę porozumienia i móc przy okazji rozeznać się nieco w sytuacji.
– Bez żadnych tym razem! – ucięła bez zastanowienia- Idźcie z Noemi na górę! Zabierzcie ciasto! O! – wskazała palcem- ten talerz! To dla mojego syna. Może przyjedzie niebawem- wypowiedziała z nadzieją w głosie i dając naszej trójce znak, że chce zostać sama, zamknęła się w sypialni.

– Pewnie położy się z Lulą i wreszcie odpocznie trochę. Po tym wszystkim…- Helena zamajaczyła do nas smutnym tonem. Gdzieś zapodziała się jej złość, a nawet chęć dokończenia myśli. Pobladła. Ona także skierowała się do swojej, jak to roboczo nazywam sobie te ich mieszkania, dziupli.

– Zaraz, zaraz! – minąłem Noe w progu i wziąłem zaskoczoną Helenę na spytki. Zapytałem cicho, mając nadzieję, że Noe nie dosłyszy:
– Przepraszam, że tak się ośmielam, ale widzę po Noemi, że coś tu zaszło…
– Tak, zaszło, ale akurat jej nikt nie dokuczył- powiedziała życzliwie, choć wydała się bardzo zmęczona. Nie tak fizycznie, jak emocjonalnie. Gładząc klamkę swoim opuchniętym, farbowanym krwią palcem, dawała mi znak, że niecierpliwi się, by znaleźć się już w bezpiecznej dla siebie przestrzeni.
– Dobrze- odpowiedziałem miękko- A czy mógłbym w czymś pomóc?
– Nam? – zapytała zdziwiona i naczerpała z samej żółci- Naszej rodzinie nie da się już pomóc. Może Noe coś ci powie na temat dzisiejszego dnia…Chociaż ja wybrałabym milczenie…- rzuciła jeszcze i dodała- A teraz przepraszam, ale na mnie czas.

Zniknęła za drzwiami swojej kuchni. Zostałem po ich drugiej stronie. Usłyszałem melodię żeliwnych drzwiczek i kilka polan lądujących- jedno za drugim- w gardle kuchennego pieca. A potem ostry, duszący kaszel. Nie ustał, nawet gdy wchodziliśmy już z Noe na górę. Bynajmniej. Stał się głośniejszy, słyszalny wyraźnie u szczytu schodów. Zaniepokoił mnie, bo miał drugie, niecodzienne dno. Nie było to pokasływanie alergiczne ani przeziębieniowe. Ciotce Helenie, bez wątpienia, rzęziła w płucach jakaś czarna piosenka.

Szedłem za Noe ostrożnie, tak by ośnieżone, śliskawe buty, nie zagroziły ciężkiemu talerzowi obfitości. Wystarczyła chwila nieuwagi, by się zachwiać. A na mnie ciążył nakaz od Sophie, by donieść ciasto na górę. Zapachniało mi przyjemnie sernikiem, poczułem ścisk w żołądku. Skupiłem się na potrzebie zobaczenia się znów z Noe, ale i żołądek chciałby dostać, co mu jestem winien… Tak. Zdecydowanie, na wszelkie możliwe sposoby- byłem wściekle głodny.

Usiedliśmy w ciemnej kuchni, naprzeciw siebie, pod lekko skrzącym się, rozłożystym żyrandolem. Stół, jak zwykle zagracały tabletki wszelkiej maści- leżące luzem, do tego mnóstwo opakowań i rozczapierzonych ulotek. Zsunąłem to w jeden kąt, by zrobić miejsce na nas. Lubiłem taką myśl: że oto przecieram fragment tego zadymionego domu i czynię go zdrowym, czystym miejscem na mnie i na małą.
Noe położyła przede mną talerzyk z kilkoma kawałkami sernika i makowca. Domyśliła się, że mam ochotę na słodkości. Kolejny raz poczułem to miłe połączenie. Bez zwerbalizowanego komunikatu- moje pragnienie bezbłędnie docierające do jej myśli i realizowane jej dłońmi…
Jak będę bez tego żył? – zapytałem Boga w duchu. Podesłał wyrzuty sumienia. Tradycyjnie, Staruszku- odpowiedziałem Mu w ciszy.
Noe dosłyszała. Spojrzała pytająco, ale nie zapytała.
Bała się wywoływać Tego Najpotężniejszego Ducha, jakim jest Bóg Wieczny i Wszechmogący. Mawiała, że przecież jest to Duch Prawdy, której człowiek może nie zdołać donieść na skraj swojego życia. Prawda to ciężki skarb i mdleją od niego serca, dodawała, zapewne cytując babkę i dorzucała: a ponieważ prawdy raz zasłyszanej od Boga, nie można się pozbyć z pamięci- to grzeszny człowiek upada pod naporem wyrzutów sumienia. Jedyną ucieczką- mawiała- jest wtedy tylko pójście drogą życia na skróty, by nie pogłębiać swojego upadku. Na przykład przez las pełen silnych drzew. Z pętlą w plecaku i czarnym sercem. By ofiarować Bogu swój oddech, w ramach przeprosin za nieumiejętność życia według Jego woli.

Noe miała rację. Raz poznany Bóg, już zawsze nas osądza od wewnątrz. Choćby miał jak najlepsze intencje wobec nas, jest przecież naszym właścicielem i Jego oczekiwania związane z ziemskimi dziećmi, niechby nawet podawane nam z największej miłości, to grzesznego człowieka, czyli niedoskonałe boże dziecko- po prostu stresują. Któż z nas, bowiem, nie ma w sobie chęci zadowolenia rodziców? A weź uraduj takiego, co jest bez skazy…

– Jedz, ja pójdę coś na siebie włożyć. Zaraz będzie kawa- mówiła ostrożnie. Była nadczujna. Nadstawiała oczu i uszu, jak ptak siedzący na obcej gałęzi. Spodziewa się nalotu drapieżnika? Podejrzewałem, że zajrzy jeszcze do Gajki. Tak zrobiła. Z sypialni jej matki dochodziły do mnie nienachalne odgłosy bytowania. Cicho szemrzący, amerykański film, przebijał się czasem przez ogłuszony dom. Dom przeciążony nadmiarem wszystkiego. To nie była po prostu cisza, ale po prostu brak wrzasków nasłuchiwany w napięciu, nawet przez kwiaty w doniczkach, których los, w zderzeniu z Gają, był niemniej zagrożony, co los Noe. Przez chwilę próbowałem sobie wyobrazić, co czuje dziecko, które w takich warunkach przychodzi na świat i automatycznie zaczyna uważać go za jedyny…
Byłem jak kwiat w doniczce- czuwałem.
Rozpoznałem też jakieś kaszlnięcie i coś jakby wybieranie, nieskoordynowaną dłonią, chipsów z torebki…
Gaja nadal nie opuszczała swojego pokoju i raczej nie zanosiło się na rychłą zmianę tego stanu rzeczy. Przysłuchiwałem się, w jaki sposób Noe stawia stopy zbliżając się do matczynej sypialni. Była bosa. Na wszechobecnym tu, drewnianym parkiecie, zawsze wybijała jakiś rytm- przemieszczając się. Powoli zaczynałem orientować się w znaczeniu tych taktów.

Zza cienkiej ścianki oddzielającej kuchnię od salonu, dosłyszałem jej strachliwy chód. Był splątany i zbyt szybki, za chwilę znów przepleciony ze ślamazarnym. Jednakże, gdy już uchylała drzwi do jaskini lwa, zrobiła to odważnie. Wydało mi się nawet, że ja bałem się znacznie bardziej, choć byłem w bezpiecznym oddaleniu.
Zaskoczyła mnie nagła cisza. Ustał nawet film i torebka chipsów przestała hałasować…
Przestraszyłem się.
Zamarłem. Zaskoczył mnie brak jakichkolwiek odgłosów. Zupełnie, jakby na swój widok- Noe i Gaja-zastygły. Nie poszedłem w ich stronę, choć tak bardzo chciałem wstać od tego narkomańskiego stołu i ruszyć Noe na pomoc, na wsparcie… Podejrzewam, że przeszedł na mnie jej strach, szok i kto wie co jeszcze… Gaja to jest człowiek ponad moje siły, a już w kontekście Noemi, rozwścieczała i zaburzała mnie- cała ta beznadziejna historia, której nikt trzeźwy nie umiał przerwać.
Na szczęście, po kilku minutach Noe wyszła od matki spokojnym krokiem i skierowała się na swoją stronę domu. Odetchnąłem z ulgą. Gaja już jakiś czas jest w nieszkodliwym odlocie, a gdy trzeźwieje- nie ma sił robić burd- tłumaczyłem sobie. Tyle dobrego, póki co- że mała ma spokój- choć jestem oszczercą spokoju, używając tego słowa tutaj- myślałem.

Posiliłem się i automatycznie wpuściłem w siebie nieco więcej szczęścia. Pojaśniało moje wnętrze na pohybel tej ponurej kuchni! No tak- uśmiechnąłem się, lokalizując przyczynę poprawy nastroju- przecież Noe wróciła…
– Wzięłam prysznic i ogarnęłam się. Trochę się tu dziś działo… – napomknęła nadzwyczaj spokojna. Można było dać jej się zwieść, że to COŚ, co się wydarzyło pod moją nieobecność nie miało specjalnego znaczenia. Tak samo, jak złudzenie, któremu sprzyjała, że doglądanie matki i ciągły stres, to chleb powszedni, któremu nie warto poświęcać uwagi.
– Cieszę się, że cię widzę, Noeee…- świadomie przeciągałem jej imię. Chciałem rozciągnąć je na ramionach niczym ciepły pled i otoczyć się nim.
– No przecież widzieliśmy się rano… A poza tym…miałeś się uczyć…- powiedziała z lekkim wyrzutem.
– Jesteś zła, że wróciłem? Czy masz może żal za tę naszą rozmowę poranną… o wyjeździe?
– Nie, skąd. Jest ok- rzuciła, a ja czułem, że zamyka w tej chwili przede mną wszystkie swoje spusty. Posmutniałem. Zareagowała natychmiast.
– Ja dziś i tak chyba nie dałabym rady się uczyć. Między nami ok. – dodała na pokrzepienie i prawie się uśmiechnęła.
Podziałało.
– Zjesz też kawałek? – zapytałem, podsuwając swój talerzyk- Zostawiłem jedną porcję makowca, z myślą o tobie.
– Nie. Dzięki- skrzywiła się- Jest już kawa! – powiedziała żwawo i przyniosła rozemocjonowany wrzeniem imbryczek. Lubiłem te ich żeliwne dzbanuszki. Zauważyłem, że były obowiązkowym naczyniem w każdej z kuchni tego domu. Zarówno kawa, jak i herbata parzona w tymże- miała specyficzny posmak. Pasował mi bardzo. Długo zostawał na języku i nie gryzł się z innymi smakami. Noe wspominała, że po każdym czyszczeniu, smarują je od środka kilkoma kropelkami oleju z czarnuszki. Wciąż zachodzę w głowę- czemu akurat tym…?

– Pięknie pachnie- zagajałem. Próbowałem wyczuć, czy mogę pytać o coś więcej. Wizja kaleczącej się Noe nie schodziła mi z serca. Nie chciałem tego dla niej; napięć nie do zniesienia. A z drugiej strony, miałem świadomość, że nie wolno mi jej tak zostawiać. Mogłaby kiedyś dojść do wniosku, że jestem na nią ślepy i nie zauważyłem zmieszania na jej twarzy, zaraz po przyjeździe tutaj. Że nie wychwytuję jej cierpienia…
Okazało się, że niepotrzebnie się zbieram w sobie. Najwyraźniej Noe nie zamierzała unikać tematu.
– Moja babka brała w tym udział! Jestem pewna! – powiedziała zaklęte w złości zdania, przełykając boleśnie łyk kawy.
– Co masz na myśli? W czym brała udział Shopie? – zapytałem.
– W zabiciu dziecka przez panią Beatkę! To znaczy… w aborcji i wyjeździe pani Beaty z Polski. Jestem pewna, że zorganizowali to z ojcem. Wyrwali z niej dziecko żywcem, by nie było dowodem na to, co się dzieje w tej chorej rodzinie. Potem wypchali jego matkę z kraju… -analizowała- Zapewne skusili ją załatwioną z góry pracą i pięknym mieszkaniem… Mamy przecież sporo rodziny i znajomych po świecie, a tata kolekcjonuje przysługi na TAKIE okazje! – krzyknęła, doznając olśnienia. – Cały ojciec, rozumiesz?! Cała Sophie! Ciocia Helenka nie myli się co do niej! Babcia nie pozwala nikomu żyć swobodnie…!!! Zrozum, Zach, nie ma od nich ucieczki!!!- emocjonowała się.
– Dlaczego mieliby się w to mieszać? – pytałem, choć znając wujka, mogłem się domyślać…
– Bo to jego dziecko! Czy to nie jest oczywiste?! – powiedziała opryskliwie- Nie wiem, czy Bóg jest w stanie im to wybaczyć, Zach, to wszystko, co się tu dzieje… I te dzieci usuwane mamie i jego kochankom… Oszaleje od tego, nie dam rady…- zwiędła nagle i mówiąc coraz ciszej, podciągnęła kolana pod brodę i zniknęła w swoim kokonie.
– Wiem, kochana Noe. Mnie też od tego kręci się w głowie. Mojemu tacie także… i to…wierz mi… od lat nie możemy się z tym pogodzić… Bardzo ci współczuję. To niedorzeczne, co się tu dzieje…- upewniałem samego siebie, ale przede wszystkim małą, by jej słuszny gniew i smutek, nie wyparował zaraz. Czułem, że to ważny moment, gdy w złości nazywała rzeczy po imieniu.
Noe odrobinę poluzowała swoją nieprzepuszczalną powłokę. Wyciągnęła w moim kierunku rękę. Ułożyła ją ufnie wzdłuż blatu. Zresztą, nieważne jak. Ważne, że w moim kierunku… Poczułem się pokochany, doceniony.
Oddałem jej z nawiązką; uściskiem obu dłoni.
Odlatywała. Trzęsła się. Próbowałem złapać jej szalejące myśli i uczucia. Zastanawiałem się, jak duża ich część wypisała się już na jej ściśniętej twarzy. To było niezwykle trudne- oszacować poziom stresu i bólu tej młodej kobiety. Nie płakała zewnętrznie, bo nie umiała tego zrobić. Jej wewnętrzna pożoga i tak nie dałaby się ugasić zwykłymi łzami. Noe nosiła w sobie całe światy beznadziei i lęku. Po jej pustynnym wnętrzu, od czasu do czasu, przebiegało życie pod postacią hien- takich jak ja i X. Wyżeraliśmy to, co miała w sobie najlepszego. Odrzucając zakorzenione w niej lęki i traumy- syciliśmy się kąskami jej wewnętrznego bogactwa, po to by za chwilę odejść z tym łupem. W nieznane. Nie oglądając się za siebie.
Jeśli więc zakładać, że my, ludzie, płaczemy w jakiejś mierze po to, by podzielić się owocami swojego żalu z, gotowym nas pożałować, światem zewnętrznym- to Noe nie miała żadnego pozytywnego doświadczenia, które zachęcałoby ją do zradzania łez na świat.

– Wypier…ć stąd, ale już!!! Do kogo ja mówię, szczury pie…..ne?! – naskoczył na nas paranoiczny wrzask Gai. Zrodził się znikąd. Stała w progu kuchni. Kiwała się na boki i wyglądała jak karykatura samej siebie sprzed lat. Zszokowane kosmetyki pomieszały się ze sobą i zebrały w jednym miejscu. Wielobarwna mozaika sklejona ze szminki, kredek, cieni do oczu i tuszu do rzęs- zalegała teraz w okolicy ust i nosa.
– Powiedziałam coś?! No co się gapicie?! Wynocha mi stąd, gnoje pier….e!!! Zabierz mi sprzed oczu tego śmiecia!!!- krzyczała do mnie, wbijając rozszalały wzrok w córkę.

Jak ona się tu znalazła tak szybko?! Bezdźwięcznie?! – zachodziłem w głowę, wyprowadzając Noe pod ochroną swoich ramion. Zasłoniłem ją niemal całą, pochylając się i obejmując jej ciało, niczym zbroja.
Gaja nie zamierzała ustąpić nam miejsca w progu. Machała rękami na oślep, sugerując małej, co zrobi z nią, gdy ją dopadnie. Próbowała uderzyć córkę, ale skutecznie osłaniałem nieprzytomnego ze strachu manekina, w którego przemieniła się Noe. Próbowałem jak najszybciej wydostać nas z kuchni. Cholera! Zabolało, jak diabli! Musiałem nieco sforsować tego jazgotliwego obłąkańca. Zdzieliła mnie przy okazji po plecach i to kilka solidnych razy. Ależ bym jej oddał! Nie mam pojęcia czym mnie uderzyła. Co zdążyła chwycić w szale? Moim plecom posmakowało, jak metalowy pręt. To mogła być jakaś wysoka, szczupła figura, z miedzianej kolekcji tej ćpunki! Kto by pomyślał, że zbiera podobizny świętych?! To monstrum… jakiemu ty niebu podlegasz?! Istnieje diabelskie niebo?!– Mściłem się w duchu, rozważając ewentualne obrażenia.
Uciekliśmy. Jakże szczelnie zamknąłem od wewnątrz pokój z samobójczym zegarem!
Naprawdę miałem ochotę wrócić i jej dać nauczkę, choć było to w całkowitej sprzeczności ze mną, by podnosić rękę na kobietę. A jednak… Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono… Ta śmierdząca własnymi szczynami, wulgarna baba- prowokowała mnie i to mocno! Najbardziej tym, co wygadywała do Noe. Ileż bezwstydu było w tym, gdy obrazowo przedstawiała pragnienie wyrządzenia krzywdy temu drobnemu ciału.
Toż to ciało z twojego ciała, wariatko- myślałem- jak możesz niszczyć swoją krew, psychopatko?!

– Nie życzę sobie słuchać takich rzeczy o moim mężu, a to ścierwo niech się zamknie!!! Jeszcze raz, słyszysz?!- dotarła chwilę po nas i groziła teraz małej zza drzwi, a ja miałem nadzieję, że strzelą jej te oszalałe struny głosowe, raz na zawsze.
– Jeszcze raz obrazisz ojca, jeszcze raz!!! Poczujesz to na kościach!!! Zobaczysz, śmieciu!!!- wrzeszczała donośnie i minutę później demolowała już na oścież otwartą kuchnię. Leciały naczynia, potem chyba już wszystko, co dało się podnieść i rzucić.
Przebudzenie smoka, szlag by cię, Gajo. Obraźliwa kopio Matki Ziemi.
Mieliśmy to słyszeć. Nie ukrywała się z furią. Otworzyła do siebie wszystkie drzwi. Chora kobieta, wariatka!

Długo jeszcze wygrażała, dedykując Noemi, coraz to nowe przekleństwa. Zatoczyła się kilka razy po korytarzu, tuż przy pokojach córki. Była gotowa do ataku. Rozjuszona do czerwoności. Słyszałem, jak wściekle wydycha powietrze. Wiedziała, że na przyczółku, tuż za pierwszymi drzwiami, które odgradzają ją od ofiary- jestem ja. Krążyła więc dysząc na krok od drzwi, ale nie ośmieliła się chwycić za klamkę. Nie jesteś aż tak ogłupiona lekami, co?!- myślałem pogardliwie- Wiesz, że za twoją akcją, może pojawić się moja reakcja. Dobrze to wiesz, Chimero!

Nasłuchiwałem szalonej i odurzonej Gai. Chwilę temu powiedziałbym, że to niemożliwe, by z rozleniwionej, polegującej w zamroczeniu narkomanki– mogła z miejsca zamienić się w napastnika. Ale już wiem, że potwory ludzkie nie budzą się wtedy, gdy się tego spodziewamy. Bynajmniej. One spodziewają się, że za każdym razem uda im się wyrwać nas z dobrego samopoczucia. Znienacka. Bez znieczulenia.
Tak było i tym razem. Byłem w pełni świadomy i czujny, a totalnie mnie zaskoczyła swoim nagłym szałem. Mogłem sobie wyobrazić jak znienacka napada na Noe. I to od lat…- zdając sobie z tego sprawę- zadrżałem.
Gdy tylko zamknąłem drzwi na klucz, Noemi wyrwała mi się z ramion. Cała. Z korzeniami. Uciekając, ile sił w nogach, do mniejszego pokoiku, potykała się o własne nogi. Nie potrafiła już myśleć. Biegła po omacku.
Po chwili, gdy zajrzałem, już jej nie było. Utonęła w szafie. Było tak cicho, gdy wszedłem, że zastanowiłem się, czy w ogóle oddycha.

Trwałem w gotowości. Wściekły, że nie mogę jednocześnie być przy niej i warować przy drzwiach. Zdałem sobie sprawę, że Noe czuje się bezpieczniej, gdy jestem na pierwszej linii frontu. Wybrałem więc sporadyczne przycupnięcia przed szafą i informowanie Noe o braku zagrożenia, a także o swojej gotowości do uchronienia jej, cokolwiek by się nie działo…

Gaja szalała. Czułem, że burza trwa i może jeszcze przybrać na sile. Usiłowałem sobie przypomnieć z opowieści Noe; kiedy matka wreszcie opada z sił? Jakie są tego zwiastuny?
Nikt z mieszkających na parterze nie zareagował przez cały ten czas…
Ani słowem.
Ani gestem.
Ani telefonem na policję czy pogotowie.
Do tego stopnia zszokowała mnie samotność w okopach, że i ja tego zaniechałem. Jakim cudem nie wpadłem na to, by wezwać jakiekolwiek służby? Co mnie dopadło? Czy tak właśnie wpływał na ludzi duch tego domu, o którym czasem wspominała Noe, a któremu nie dawałem wiary? Otumanił mnie i nakazał przysłuchiwać się biernej beznadziei?

Kilka godzin później przyjechał wujek Ilia. Gaja była cicho od około pół godziny. Zdążyłem przeczytać trochę Prousta i zemdliło mnie ze trzy razy. Jak Noe może to czytać w koło? Zachodziłem do niej co kwadrans, ostrożnie, ściągnąwszy zimowe kandahary. Nasłuchiwałem. Czasem poskrobałem w drzwiczki szafy, to poruszyła się porozumiewawczo lub ze strachu. Było mi przykro, ale musiałem wiedzieć, że żyje. W głowie miałem wizję, że powiesi mi się tam na jakimś pasku. Najgorzej, że nie mogłem wiedzieć, co z jej skórą. Nie chciałem pogłębiać jej stanu i wdzierać się do niej, by zrobić przegląd jej ciała. Próbowałem wyczuwać atmosferę, zgadywać… Czy się nie kaleczy czasem… wyobraźnia podsuwała mi wszelkie tortury z użyciem wieszaka, wydartych z ubrań guzików… Dość! – siłą dawałem sobie na wstrzymanie.

Trudno- mówiłem pod nosem i wycofywałem się do samobójczego zegara. Musiałem dać jej trochę spokoju, by odtajała. Nie zapanuję nad wszystkim naraz…
Ktoś zapukał cicho. Kilkukrotnie. Wsłuchałem się. Nie był to szalony łomot, nie towarzyszyły mu krzyki ani toczące się niepewnie ciało. Podszedłem otworzyć. Chciałem już skorzystać z toalety i napić się czegoś. I tak wyszedłbym niedługo. Niech się dzieje, co ma się dziać…

– Dzień dobry, Zachary- Ilia wściubił nos, a potem wślizgnął się cały do pokoju, zupełnie jakby sam wolał, by drzwi nie otworzyły się przypadkiem na oścież… Popatrzył z uznaniem, że zamykam nas na klucz. – Słuchaj, widzę, że przeszło tu niezłe tornado- zaśmiał się ze wstydem, mówiąc to. Tym razem nie udało się spłaszczyć tematu… Staliśmy przecież kilka metrów od szamba. Trudno było złapać dystans. W minie Ilii zaklęty był obraz nędzy i rozpaczy, jaka czeka na mnie w salonie i kuchni Gajki. Może tornado poszło dalej. Kto wie, gdzie dotarła, zanim padła…

– Jest bardzo źle? – zapytałem- Jestem tu od kilku godzin. Nie ukrywam, że zjadłbym coś i skorzystał z toalety.
– No jasne, jasne, bracie- próbował udawać luz. Poklepał mnie po ramieniu. Przyjrzałem mu się z niedowierzaniem. Odstrzelony, obszyty na miarę, wyperfumowany. Te buty i teczka- pomyślałem, kosztują więcej, niż dochód miesięczny niejednej rodziny na tej wsi… Zestawiłem coś jeszcze, przyglądając mu się nieufanie. Ciekawe, ile młodych, biedniejszych niż jego córka kobiet w okolicy, ucieka do zabytkowej szafy, przed własną matką? Ile dzieci z okolicznych domów- spodziewa się, że w końcu zginie z ręki rodzica?
– Nie wiem tylko, czy nie trzeba zrobić jakiś zakupów… – powiedział z zażenowaniem, czym wyrwał mnie z zasępienia.
– Mam wszystko w aucie- rzuciłem. Coraz bardziej irytował mnie ten koleżka. Wyjaśniłem mu, nie kryjąc wyrzutu – Kupiłem, bo rano nic nie było za bardzo do jedzenia. Nie chciałem, by Noe głodowała.
– Bez przesady- zakpił. Zapaliły mu się oczy, wyostrzyły usta. Wściekł się i z jakiegoś powodu próbował od razu to złagodzić. Wyglądał jak ten stygnący imbryk do kawy, jakich tu pełno. Jakby go zdjęli z gorącego pieca przed sekundą. Zaśmiałem mu się w twarz i powiedziałem: – Posługujemy się innymi definicjami przesady, jak widać! – podkreśliłem przez zęby i schyliłem się po buty.

Zarzuciłem kurtkę na obolałe (niech cię licho, Gaja, obłąkana kryminalistko!) plecy i obrałem cel: parking. Korytarz był tylko zarzygany. Gwoli ścisłości, leżało jeszcze kilka poturbowanych butów i podźganych nożem kurtek. Ich rozmiar wskazywałby na to, że należały do Noemi.
– Co za wariatka!!! Niszczy wszystko i wszystkich wokół siebie!!!- powiedziałem, mając za plecami wujka.
– Licz się ze słowami- ostrzegł mnie Ilia.
– Ty także, wujku. Z całym szacunkiem! Zacznij się liczyć ze słowami i ludźmi! – wyrzuciłem gniewnie i zbiegłem ze schodów.

Wróciłem z torbami pełnymi jedzenia.
W kuchni nikt mi nie przeszkadzał. Ilia udawał, że sprząta, ale tak naprawdę, milcząco i chyba w obrażeniu, oczyścił mi miejsca na tyle, by można było skorzystać z blatu i kuchenki. Co chwilę sprawdzał, czy aby jego jasna koszula nie jest poplamiona. Martwił się też o buty. Regularnie przecierał je specjalną chusteczką, wyjmowaną z włoskiego, skórzanego pokrowca. Snob, pożal się Boże…- wyżywałem się na nim, obserwując go kątem oka, tak, by tego nie spostrzegł. Przypomniał mi się Tuwim:

„I ty fortuny sku…synu, Gówniarzu uperfumowany, Co splendor oraz spleen Londynu Nosisz na gębie zakazanej”

Stąpałem ostrożnie. Gaja wybiła w pień okazałą kolekcję porcelany. Najwyraźniej- to co się nie dotłukło od ciskania po ścianach i podłodze- dopieściła nogami stołka. Minąłem już kilka takich nieszczęsnych, białych miazg.
Idiotka… – ubliżałem jej nieustannie, nie mogąc pojąć rozmiaru bezkarnych zniszczeń, które wyrządziła kuchni. Nie miałem też sił wchodzić w small talk z Ilią. On był gotów na opowiastki o życiu studenckim „za jego czasów”. Chciał mnie zabawiać i sprzedać mi temat zastępczy. Zbyłem go. Hipokryta- myślałem i raczej miałem to wypisane na twarzy, bo dał mi spokój i przybrał minę poranionego niewiniątka.

Pół godziny później, przyniosłem do pokoju Noe ciepłe kanapki z patelni i dużo słodkiej herbaty. Resztę zakupów zabrałem ze sobą. Nie zostawię temu kanalii ani kromki! – pomyślałem, gdy patrzył łakomie w stronę tacy wynoszonej przeze mnie z kuchni.

– Wezwę kogoś do sprzątania- rzucił mi w plecy. Tłumaczył się? Nie odpowiedziałem.

Noe wyłoniła się z szafy, jak z zaświatów. Nie opierała się długo. Na pewno słyszała moją rozmowę z Ilią i domyśliła się, że skoro jest cicho, to i matka padła wreszcie. Celowo także, wracając z posiłkiem, dokładnie i powoli zamknąłem drzwi od środka. Chciałem, by słyszała, jak zamykam kolejno: na klucz, na drugi klucz i rygielek. Na głos komentowałem te czynności. Gdy więc po zamknięciu drzwi i przejściu do małego pokoiku, usłyszałem szuranie, wiedziałem, że podziałało. Wyszła. Poczuła się bezpieczniej.
Ostatnie słowo bez „j” nie przejdzie w tej opowieści. Możliwa jest tylko wersja z „j”. To jedna z tych sytuacji, gdzie więcej oznacza mniej. Ta dodatkowa literka na końcu- wszystko zmienia w opowieści o Noemi.

Blada, rozedrgana, nieobecna w dużej mierze. Stanęła przede mną.

– Muszę do toalety, ale sama nie dam rady wyjść na korytarz. Nawet jeśli mama śpi…
– Okey, no to idziemy.
Tak zrobiliśmy.
Rzuciła okiem na potargane, zadźgane ubrania. Leżały gęsto, spokojnie mogły robić za chodnik. Mijaliśmy je w ciszy gardeł, ale z nadgorliwością oczu. Dla mnie był to szok, a Noe, potem to zrozumiałem, próbowała odczytać wiadomość, którą matka zostawiła jej w okrucieństwie skierowanym wobec czyjejś garderoby.
Zatrzymaliśmy się przed ukrytymi w drewnianej ścianie drzwiami do łazienki. Noe pożerała wzrokiem buty rozrzucone wokół.
– Czy to twoje buty? – zapytałem i schyliłem się po jednego- Rozmiar 37. To twoje?
– Nie wiem.
– Nie poznajesz ich, czy nie wiesz jaki masz rozmiar.
– Nie wiem jaki. Noszę, jak leci. Chyba czasem też 39.
Spojrzałem na jej małe stopy.
– Co?!- wyraziłem zdziwienie.
– Wejdź ze mną do środka- poprosiła cicho.
– Boisz się tak? – zapytałem retorycznie. Ewidentnie przerosły ją atrakcje dzisiejszego dnia. Istniała jak za mgłą. Ledwie mogliśmy spotkać się spojrzeniem. Coś nam się gubiło ciągle.
– No jasne, idziemy. Prowadź- zachęciłem.

Odwróciłem się plecami. Noe usiadła na toalecie.
– Kurczę, krew…
– Dostałaś okres? – zapytałem niepewnie.
– Nie, chyba nie. Nie wiem…
– A kiedy masz mniej więcej?
– Różnie. Często nie mam, rzadziej mam.
– Chcesz powiedzieć, że nie masz nad tym żadnej kontroli?!- wzburzyłem się. Tego już trochę za dużo. Nie zna numeru buta, nie wie, kiedy ma okres.
Zamilkła.
Wziąłem kilka głębokich oddechów.
– Masz podpaskę gdzieś tu?
– Tak, mam tu w schowku obok.
– Bardzo krwawisz?
– Nie, trochę tylko. To chyba nie okres. Czasem mi się zdarza krwawić z jakiś innych powodów- mówiła łzawym, wstydliwym tonem. Chciała zapaść się pod ziemię, więc odpuściłem wnerw.
– No rozumiem. Może uda się jakoś tym zająć. Co myślisz?
– Nic- odpowiedziała i słyszałem, że zaczyna myć już ręce.

Mogliśmy wrócić do pokoju i posilić się. Noe głównie piła herbatę. Rozdziobała kanapkę.
– Nie idzie ci jedzenie?
– Przepraszam.
Nie miałem sumienia dopytywać, widząc, że zwiesza głowę coraz niżej. Szukała schronu dla speszonych oczu i przyspieszonego kompromitacją oddechu. Schowała twarz między ramionami. Trzeba mi było zacząć teraz myśleć nad każdym gestem i każdym słowem. Byleby nie pogorszyć atmosfery. Byleby paznokcie Noe nie poszły w ruch.
Noe sama przerwała ciszę. Najpierw zachrypniętym: „Zachary…?”
Dzięki Ci, Boże- już miałem pomyśleć tymi słowy, ale przypomniałem sobie, że TE sprawy odłożyłem na potem. Podziękuję więc życiu, za to, że jest żywe i zawsze może się zmienić…
– Musimy pojechać do X.- Noe dopowiedziała niepewnie- Pomożesz mi? – dopytała i podniosła wzrok. Patrzyła, jakby ją to bolało.
– Tak. Kiedy tylko będziesz gotowa, ruszymy- uspokoiłem ją.
– Dobrze.
– Chciałabyś dziś? Wieczorem nas wpuszczą?
– Uhm.

Siedzieliśmy w takiej ciszy, na jaką pozwalał nam samobójczy zegar i pamiętliwy, roztańczony układ nerwy. Jadłem, ona piła. Ktoś na dole musiał wpuścić Ernesto drzwiami, bo na piętro doleciał chwilowy przeciąg, próbując wessać zabarykadowane przeze mnie drzwi.
Podszedłem, by je otworzyć. To ważne dla Noe, by ten kot mógł wracać do małych. Gaja nie sprzyjała mu. Zresztą, ten potwór nienawistnie przeganiał każde zwierzę. A przeganianie to i tak było najlepsze, co z jej ręki mogło spotkać kota, psa, dziecko, roślinę…- pomyślałem, wspominając porcelanę miażdżoną nogą taboretu…
Ernesto jest dobrą matką. Noe często to powtarza, bez specjalnego kontekstu, jak mi się dotąd wydawało. Zaczynałem go jednak powoli rozszyfrowywać… Małe spały cicho za fortepianem. Jedynie chwilami przebudzały się kontrolnie i rozpoczynały ślepe poszukiwaniach cycka. Wpuszczając Ernesto i stojąc przez chwilę tyłem do Noe, miałem wrażenie, że słyszę, jak uśmiech pojawia się na jej twarzy.

Tego dnia, rzeczywiście, Noe zapisała w swoim dzienniku:
„Gdyby nie Ernesto, zwątpiłabym w świat, który z radością wita nowe życie. Zwątpiłabym w matki.”