„Słodkie jest ciasto, nawet gdy krwią ocieka. Komuś odebrano życie, ktoś inny ucieka”
– Co też oni się tak nagle wszyscy posypali?! – zachodziła w głowę, próbując spojrzeć z dystansu na to, co ją przed chwilą spotkało. Był to na razie dystans zaledwie kilku, z trudem zrobionych, kroków. W oszołomieniu, nie zdawała sobie spawy z tego, że oprócz uczucia pomieszania, towarzyszy jej także zwykła, ludzka złość. Smutne wieści bowiem, z którymi przyszła, z miejsca musiały zejść na dalszy tor. Niełatwo było jej to przełknąć, bo wyprawa do TEGO domu, w TAKIEJ sytuacji, okazała się niezwykle trudną do zrealizowania koniecznością. Walczyła więc jak lwica, by dostać się do środka. Tak bardzo liczyła na uwspólnienie dramatu, który, dopóki o nim nie powie na głos, będzie drążył wyłącznie jej ducha. Mijały kolejne kwadranse, a ona nadal była z tym sama. Helena- tyle co zaczęła ją pocieszać i raptem przestała, z powodu jakiejś niepokojącej duchoty. Jak dotąd, nie było za wiele miejsca na to, by się wyżalić, poszukać ratunku i rady. A serce pani Czesławy, choć przycichło pod lawiną niedyspozycji Heleny i krawcowej E., to wciąż przecież truchlało w opuszczeniu.
– Pani Sophie to już całkiem dała do wiwatu! – wzburzyła się, przypominając sobie leżącą bezradnie krawcową E. – Na szczęście już wszystko z nią dobrze, tak się wydaje- tłumaczyła sobie uspokajało. Kobieta stopniowo wychodziła z emocjonalnego chaosu, przebijając się jednocześnie przez ruchomą ścianę gęstych opadów śniegu. Kierowała się w stronę parkingu.
– I jeszcze ten biały puch pojawia się na świecie z takim natężeniem, że ledwie można złapać oddech! – powiedziała zimie do słuchu, nieświadoma tego, że najchętniej nagadałaby wszystkim mieszkańcom domu w polach. No bo jak to tak?! Zdusili w niej płacz, podobnie jak śnieżyca, co to właśnie podstępem wpadła jej w gardło, gdy tylko pani Czesława ośmieliła się otworzyć usta!
Do cholery z tym wszystkim!
Zakaszlała. Ruszyła dalej.
Zamieć pcha się na ten niski, niewrażliwy świat- pomyślała smętnie, obserwując syzyfową pracę pana Jasia. Odśnieżał parking, a raczej usuwał co okazalsze zbiegowiska; boleśnie ściśniętych opadów. Lodowe bryły, ciężkie przytuliska śniegu. Starzec sprawinie oczyszczał z nich ścieżki.
On także dostrzegł ją teraz. Zamachał sympatycznie wielgachną rękawicą. Odwzajemniła i ukłoniła się, choć głowy by nie dala, że to zobaczył. Śnieżyca nie dawała za wygraną. Chciała być teraz na pierwszym planie.
Nawet tu, na dworze, nie mam szans zaistnieć- przeszedł pani Czesławie, przed zaprószonymi oczami- taki oto posępny wniosek.
Dziwnie tak jakoś. Niby ta sama trasa, ale wracało się żwawiej, mimo, że z powrotem niosła przed sobą sporą tortownicę, hojnie opakowaną w papier i folię. I nawet sarny niet! Świat mi chyba trochę odpuścił- zażartowała, rozejrzawszy się wokół i pomimo tremy, znacznie śmielej weszła do korytarza. Próg domu przekroczyła swobodnie. Tym razem drzwi czekały na jej powrót, zupełnie zwolnione z obowiązku zakluczenia i ryglowania. Pomyślała, że, gdyby pozbawić ten smutny dom dramatu, którym przesiąkł, to sam w sobie pozostałby ujmujący. Podobało jej się lustro, w którym można było zobaczyć całą swoją sylwetkę- zaraz po wejściu do domu, lub na krok przed opuszczeniem go. To przy nim pani krawcowa E. lubiła katować uwagami- nie tylko ją, ale i inne swoje klientki. Nawet te gorzkawe uwagi pani Sophie, nie odbierały wyjątkowości meblowi. Historia tu mieszka na stałe- pomyślała, przypatrując się rzeźbionym w drewnie kinkietom. Kształtem naśladowały rozkwitły lotos. Uwalniały z siebie mgliste światło, ale historia przecież nie zawsze bije po oczach…
Ciekawe- powiedziała refleksyjnie w pustą przestrzeń korytarza. Bo oto zorientowała się, co się przed parunastoma sekundami wydarzyło. Nikt jej nie prosił o to, co właśnie zrobiła. Nikt? A może jednak…? Gdy, mimo mdlejących od ciężaru rąk, wpatrywała się w kunszt przebijający spomiędzy zabytkowych kinkietów, otoczyło ją coś, jakby mgła ufarbowana odcieniami starego drewna. Pachniała przeszłością, ale też ciężką i smutną teraźniejszością. Podpowiadała strach. Pani Czesława, zamierzając więc za chwilę wejść z ciastem do kuchni pani krawcowej E., pani postanowiła najpierw odstawić pakunek na schody i dokładnie zamknąć drzwi. Na wszystkie widoczne gołym okiem zasuwki, rygle i klucze.
Gdy to zrobiła, mgła przejaśniła się nieco, ale lęk nadal trzymał ją za gardło.
Co to jest? – zapytała siebie, nadal czując tę dziwną aurę.
No bo i skąd, ta prosta kobieta mogła wiedzieć, kim jest duch tego domu? Nawet krawcy E. wprowadzając się w te mury wiele lat temu, nie uwierzyliby, że takiego odchowają. A był to duch przaśny, dobrze odkarmiony trwogą. Jedynym jego zadaniem, za to codziennym, było agresywnie chronić wrót i okien. Wykonywał swoje zadanie jak odurzony. Czasem działał nielogicznie, nieadekwatnie do zagrożenia. Ale co było robić, gdy już opił się pod korek, zaciągając z mułu wspomnień- mieszkańców domu w polach…? Ich skondensowane, nieopowiedziane do dna, traumy- fermentowały w jedno, dominujące uczucie przestrachu.
Dziś okazało się, że ów duch, jest w stanie ochronić drzwi nawet przy użyciu kogoś obcego. Pani Czesława wiedziała bowiem od razu, otoczona niejasną łuną- co powinna zrobić. Zamknąć dostęp do domu, na wszelkie możliwe sposoby!!! I dopiero po tym, zaznać jako takiej ulgi…
Tak zrobiwszy, jak jej duch dyktował- mogła wziąć ciasto i ruszyć dalej.
W kuchni krawcowej E. pohukiwał piec. Wyszperawszy suchutkie gałązki sosny, Noemi obudziła resztki żaru, by przypomnieć mu naturę ognia. Dowód na to, jak szybko żar podchwycił sugestię- dało się zauważyć po minie powracającego ze słodkościami gościa. Przez niedomknięte drzwi, przyjemne ciepło wypuszczało swoje języczki na korytarz i zapraszało do kuchni. Pani Czesława przyjęła tę propozycję z przyjemnością. Dopiero teraz dotarło do niej, że mróz przejrzał ją na wylot. Zrzuciła wierzchnie ubranie, a nawet kozaki. Noemi, widząc to, podstawiła jedno z krzeseł przy piecu. Pokazała na zamknięte drzwi do sypialni i szepnęła: – Babcia już w porządku. Ciocia pomaga jej się umyć w misce. Przebiorą babcię i zaraz tu będą. Dlatego mam prośbę- wzięła głębszy oddech i spojrzała błagalnym tonem, po czym dodała bardzo cichutko- Nie wspominajmy o tym, co się przytrafiło babci, bardzo proszę. Mamy taki zwyczaj, by jej nie krępować, gdy coś takiego się zdarzy…
– A zdarza się często? – Pani Czesława pytała z troską. Jako matka, jako kobieta, jako sąsiadka. Prawdopodobnie dlatego ta wymiana zdań mogła w ogóle zaistnieć. Noemi nie bała się tej kobiety. Ufała? To może zbyt śmiałe słowo… Nie była zmuszona uciekać przy niej w głąb siebie. Przekonała się, że pani Czesława, choć zbudowana z wielu otwartości nie mieszczących się w płochliwej głowie Noemi, nosi w sobie także wiele ucieczek. I to one budowały most porozumienia między nimi. Nagła tkliwość serca i umiejętność zatrzaśnięcia wszystkich swoich bram przed światem, była znana im obu. Paradoksalnie, to ona pozwalała każdej z nich poczuć się na tyle bezpiecznie w towarzystwie podobnej sobie osoby, że były w stanie próbować ze sobą minimalnych zbliżeń. Wiedziały, że gdy zrobi się grząsko i paląco źle na sercu, obie uciekną w niebyt. Zamieszkają hen, hen w głębi swoich głów. A to co zabolało, nie przedostanie się do miejsca ucieczki.
– Zdarza się babci różnie reagować…Tyle mogłabym pani powiedzieć…- wnuczka Sophie z trudem wycichnęła z siebie tych parę słów.
Tak. Nie mylą was oczy. Nie było to po prostu wyciśnięcie zwierzeń, ale bardzo nieśmiałe, na pół nieme WYCICHNIĘCIE ich z siebie.
– Tak po prawdzie…- głos kobiety dobiegł spomiędzy głębokiego zamyślenia- nie zamierzałam pytać o to celowo, ale dobrze, że mówisz mi to, moje dziecko… Czasem bym mogła coś chlapnąć niechcący…jak to każdy chlapie- podsumowała z wyrozumiałością dla samej siebie i całej sytuacji.
– Pani czuje się już lepiej? – Noemi zapytała, podając gościowi kawy czarnej, ciepłej i słodkiej jak grzech. Na samą woń, Pani Czesława postawiła, na powrót, swoje krzesło przy stole i usiadła tyłem do okna. Udawała, że ignoruje wbity w nią, sarni wzrok. A jednak, nie poszła sobie! – stęknęła sobie i szybko zmieniła bieg myśli. Piec wygrzał ją dostatecznie. Chciała teraz posilić się i zebrać siły potrzebne do poważnej rozmowy. Poprosiła dziewczynę, by pokroiła ciasto i rozdzieliła je na dwa talerze, bo jak zaznaczyła „jest prośba, by część dostał pan Ilia”. Noemi zrobiła to posłusznie, nie dopytując, choć cała ta dyspozycja brzmiała niepokojąco bezosobowo.
Za drzwiami sypialni coś poruszyło się kilka razy. Noemi rzuciła okiem na klamkę. Tak. Ciocia i babcia ostrożnie pokonywały barierę prywatności, która niewątpliwie zawiązała się między nimi w sypialni krawców E. Udzielenie pomocy przy tak wstydliwej toalecie, w dodatku komuś tak prywatnemu jak Sophie, było nie lada wyzwaniem. A i Helena nie garnęła się do tego, by pokonywać czyjeś mury. Sama niepewnie wychodziła z głowy, by rozejrzeć się po swoim ciele. Nie kontaktowała się z nim na tyle swobodnie, by bezbronne ciało własnej matki, szukające z nią porozumienia, nie porażało jej czułych zakończeń nerwowych. Bardzo się spięła na widok nagiej mamy, choć ukrywała to, często żartując podczas obmywania i przebierania.
Staruszka osobiście prosiła córkę o pomoc. Jakże więc mogłaby odmówić matce? Przecież obie, ledwie przetrwały właśnie marsz śmierci…
– Dzień dobry! Życzę Pani Czesławie samych darów od Wszechmocnego! – Sophie niespodziewanie dla wszystkich, trysnęła energią i dobrym nastrojem w stronę gościa. Uścisnęła dłoń zmieszanej kobiecie i usiadała przy piecu, twarzą do stołu, przy którym gromadziły się teraz trzy kobiety. Wspomniała mimochodem, dopełniając obowiązku pani domu, że Lula zasypia w jej łóżku, tak więc nie przyjdzie się gościć. Ten komentarz to jedyny ślad mogący naprowadzić wprawnego detektywa, na niecodzienną sytuację.
– A dzień dobry pani krawcowej E.! Cieszę się widząc panią w dobrym zdrowiu! – Pani Czesława odpowiedziała z lekkim opóźnieniem, kiedy to już Sophie wygodnie się umościła na żałobnym stołeczku, zwykle zajmowanym przez Helenę. Z jakiegoś powodu od razu wybrała spory dystans, jakby instynktownie oddała dziś przewodnictwo; drugiej w kolejności wiekowej, najstarszej córce. Helena przełknęła szok wywołany nagłym zrywem Sophie do życia. Próbowała rozluźnić się przy stole, wcześniej nalewając z imbryczka ciepłej kawy sobie i mamie.
– Jedz, mamo. Tylko spójrz jakie dostaliśmy łakocie! – poprosiła, dołączając do filiżanki talerzyk z macą i kawałkiem ciasta od pani Czesławy.
– Słodkości są dla mężczyzn w zasadzie… Ale… – staruszka nie dokończyła, kneblując samą siebie sporym kęsem makowca. To nie był czas na jej władcze popisy oratorskie. Wiedziała o tym i czuła, że lepiej, jak dziś obejdzie się smakiem. Makowca konkretnie.
W oczach pani Czesławy, Sophie wyglądała pięknie. Przed chwilą posikana na dywanie- a teraz jeden jej włosek nie śmie wychylić się zza malachitowej chusty! Założyła też piękne, złote kolczyki w kształcie róży i takąż broszę z awanturynem, zdaje się. W ciemnej sukience i zielono-złotych dodatkach, wyglądała jak muza artysty. Czesławie przypomniał się kryminał, który czytała latem. Bohaterką była zjawiskowa starsza pani, której absolutnie nikt nie podejrzewał o mordercze zapędy, gdyż cały jej sposób bycia, sugerował najwyższy poziom klasy i moralności. Co by nie mówić o pani krawcowej E. i jej brutalnych odzywkach, to przede wszystkim- jest to kobieta o niezaprzeczalnym guście.
– O czym tak pani rozmyśla, co? – Sophie zaświergoliła do Czesławy, wyraźnie zaciekawiona jej melancholią. Nadal miała ten przesadnie życzliwy ton. Była pobudzona. Helena wystawiła stopy w stronę drzwiczek pieca i aż skrzywiła się na sposób, jaki Sophie postanowiła komunikować się z tą biedną, zamyśloną kobietą. Nie pozwoliła dojrzeć napoczętemu dialogowi w tej, jej zdaniem, niepokojącej formie. Życzliwie złapała siebie samą na tym, że jak najbardziej uznaje odreagowania matki. To drażniące ćwierkanie do pani Czesławy, nadmierna ekspresja i radość- tak nie pasująca do realności… Owszem, naprawdę rozumiała, że jakoś trzeba odczarować gościa, który jeszcze kilkadziesiąt minut temu, miał był być podpuchą, przyczynkiem do zamęczenia ich wszystkich na śmierć. Posłańcem samego Diabła.
Zabrała głos.
– Mamo, sama powiedz lepiej o czym myślisz! – zażartowała i szybko zwróciła się do pani Czesławy- a z jakiej to okazji taki cymes?! Bardzo dziękujemy, bo naprawdę dużo tego, prawdziwa obfitość…- zameszyła prawdziwie nisko, aż Noemi poczuła gęsią skórkę na grzbiecie, od przyjemności wsłuchiwania się w ciotkę.
– Ja tu dziś w bardzo ciężkiej sprawie… od razu proszę o wybaczenie…- Pani Czesława, mówiąc to, splotła dłonie i opuściła czoło w stronę podłogi.
– No śmiało, Pani Czesławo- miło zachęcała Helena- jak to mówią: głowa do góry! Coś poradzimy w cztery baby! – ośmielała.
– Te ciasta to od mojej Beatki…
– Dziękujemy bardzo- odezwała się Sophie, a za nią Helena, z podobną intencją.
– Tak, ale wiecie panie drogie- powiedziała Czesława i obróciła się za siebie. No nie!!! Stała tam!!! Ciągle stała i wpatrywała się w nią! Jak ona ma się w tym wszystkim uspokoić, jeśli nawet głupia sarna jej nie odpuszcza?! No nic, musi to na razie odpuścić. Nie dać się rozproszyć. Do brzegu- ponagliła swoje myśli.
– Co się stało? Pani Czesławo droga? – Helena zachęcała, by gość wydusił z siebie to, co go gryzie. A gryzło ewidentnie i to niejednym zębem.
– Beata moja… wyjechała. Zagranicę…
Łzy pociekły na sweterek. Słone, stadne łzy. Jedna nawoływała drugą. Potem już łączyły się w strugi.
– A co takiego się stało, że wyjechała? Potrzebowała pieniędzy? – Sophie zapytała ostrożnie. Wiedziała, że córka pani Czesławy jest w ciąży z Ilią. Niejeden raz zachodziła w głowę, czy jej syn załatwił wreszcie te sprawę tak, jak przyrzekł załatwić i tak jak przeczuwała, że się stało.
Do dziś ma to w pamięci. Pewnego ranka poczuła w sobie konkretny brak. Gdzieś w okolicy przepony. Coś osłabiło jej możliwość oddechu, jak podczas długiego opłakiwania zmarłych. Jak wówczas, gdy odszedł ktoś z jej narodu, z jej krwioobiegu. Nie rozumiała tego smutku, ale nie tuszowała go przed samą sobą. Chciała o nim pamiętać, choć nie było to uczucie nieskazitelne. W podszewce tej melancholii, tkwiło poczucie winy. A w zasadzie: współwiny. Od wtedy, znacznie pociemniało jej sumienie. Tamtego dnia, wściekłość rozgorzała pod niebem. Zerwała się zawieja. Śnieg uderzał w jej kuchenne okno, jakby chciał wykrzyczeć jej, jak okrutnie postąpiła. Tak nie zachowują się kochające babki!!!- wył z wyrzutem zza szyb. Około południa uspokoiło się trochę, zaraz po tym, jak wypisała się ze wszystkiego swojemu dziennikowi.
– Beata była w ciąży z panem Ilią- wyłkał gość.
– Wiem.
– Jak to, wiesz?! Mamo?! – Helena aż podskoczyła ze wzburzenia. Sophie i jej rządzenie światem, rozwścieczało ją od najmłodszych lat. Dzieci, w rękach matki mającej ambicję kontrolować cały glob, są samotne i zduszone. Gdyby nie powiewy normalności od krawca E., wszyscy już dawno odmówiliby sobie życia. (No, może poza Ilią. On był wyjątkowo traktowany…)
Wydawało się, że nie ma spraw, w których ta mała caryca, nie maczała choćby milimetra swojego paznokcia! – w Helenie wrzało do nienawistnych myśli. Odkąd pamięta, żyła z poczuciem, że matki nie obchodzi co się z nią dzieje, a jednocześnie, że z dystansu, zajmuje ją to, na jakiś chory sposób. Nie taki, jakiego potrzebuje dziecko, bo w ogóle nie chodziło o kogokolwiek poza matką i jej pokrętną ciekawością. Tak. Sophie lubiła układać scenariusze życia swoich bliskich i nie proszona, siłą wdrażała je w życie- prowokując liczne sytuacje, lub blokując konkretne zdarzenia.
– Helenko… nie denerwuj się, proszę. Miej też wzgląd na mnie, dziecino…- Sophie, podobnie jak resztę kobiet zebranych w jej kuchni, zaskoczyło pieszczotliwe słowo, którego użyła w stosunku do córki. Dopiero co, nie było ze mną dobrze… sama wiesz…
– Nie szantażuj mnie, mamo- córka wyraziła się jasno i buntowniczo, choć ostatecznie obniżyła też ton. – Posłuchaj- zwróciła się do matki- nie tędy droga. Jak to możliwe, że wiedziałaś i nie pisnęłaś słowa?
– To była poufna wiedza. Między mną a twoim najmłodszym bratem, zrozum.
– Jakoś muszę, jak zawsze…- Helena zasępiła się. Widok uciszonej pani Czesławy nie dał jej spokoju. Ustąpiła jej miejsca w dyskusji. – Pani Czesławo, co dalej? Coś pani wie? Co Beata zamierza?
Pani Czesława wzięła haust powietrza. Dla niej było jasne, że sprawa jest beznadziejna i zamknięta. Jedyne co, to można spróbować o niej porozmawiać. Ale będzie to grobowy ton. Znała przecież swoje dziecko, jak nikt inny. Beata postanowiła i naprawdę rozpłynęła się w powietrzu. Jeśli da znak życia, to na swoich warunkach. Od lat była głodna świata, nie kryła tego, że pragnie żyć inaczej, poszerzyć horyzonty. Zranione uczucia i niespodziewana ciąża, jako pamiątka, nie do donoszenia, po dawnym kochanku- otworzyły przed nią drogę ucieczki i bramy wytęsknionego raju jednocześnie. Oba powody były równie silne, by zerwać z dawnym życiem.
– Zniknęła z byle walizką, bo poza dokumentami i kilkoma szmatkami, wszystko zostało- wyliczała smutno. – Zostawiła jeden zbiorczy list dla nas wszystkich. Ten biedak, Robert musiał zdobyć się na wysiłek i mi go przynieść. Nie dostał nawet strzępu prywatności od niej na koniec. Beatka zostawiła najgorszy list, jaki można napisać w takiej sytuacji. Nie obwieszcza się w jednym zdaniu, że było się w ciąży i że już się w niej nie jest. To było okrutne… A ciasto upiekła nie mogąc spać i bijąc się z myślami przed wyjazdem. Stąd tyle tego…- Pani Czesława ogarnęła wzrokiem dwa talerze wypełnione kawałkami makowca i sernika z brzoskwinią. Czy to naprawdę miałby być ostatni przejaw obecności jej córki? Dwa placki, które pochłoną ludzkie żołądki?
Spojrzała na panią krawcową E., Helenę i małą Noemi przycupniętą przy kredensie. Gdy usłyszała o zabitym dziecku ojca, nie mogła usiedzieć przy stole. Udawała teraz, że je i pije.
Helena także niecierpliwie wyczekiwała ciągu dalszego, dlatego Pani Czesława dokończyła:
– Prosiła też, by koniecznie przekazać trochę łakoci od niej ojcu dziecka. Pan Ilia…- kobieta zaczerwieniła się wymawiając to dziwaczne imię, którego teraz nie lubiła już całkiem, po czym wyrzuciła z żalem- on jej to załatwił! Zamordysta… z całym szacunkiem…to wasza rodzina… Beatka napisała, że pomógł. Ale w czym ja się pytam?! Jak można nazwać to pomocą? – kobieta podniosła zbolały głos- Dorosły mężczyzna bierze udział w ZABÓJSTWIE dzieciątka?! Jak on mógł?! Nawet jeśli kobieta, w desperacji chce…no…, można ją powstrzymać…Jakoś byśmy to wszystko poukładali. A teraz, co układać?! Pytam! – swój podniesiony głos i okaleczony wzrok zadedykowała Sophie.
Staruszka odebrała emocjonalną przesyłkę z nieruchomym, obcym wzrokiem.
Noemi bardzo trafnie odnajdywała w pani Czesławie jej wewnętrzne zasuwy i rygle. Każdy, kto nosi w sobie jakiś niezwykły dar, otrzymuje wraz z nim system mechanizmów obronnych. Ani to błogosławieństwo, ani przekleństwo- być nietuzinkowym. To po prostu tak cieszy, jak i zasmuca. Tak ubogaca, jak okrada. Najmniej bolesnym przykładem są tu pierwsze i najważniejsze drzwi domu w polach. Dla mieszkańców, drzwi stanowią granicę między światem najeźdźców i światem ofiar. Piękne, solidne drewno zostało oczyszczone i wzmocnione, by zachować ich oryginalny wdzięk. Stare, niezwykle solidne drzwi, okraszone witrażami- mogłyby wyglądać tylko i wyłącznie zapraszająco. Jednak od wewnątrz strzegła ich zbroja zasuw i zamków.
Niezwykłość bowiem, zawsze podlega zbrojnej ochronie.
Pani Czesława zatracała się podczas swoich twórczych wyczynów kulinarnych. Ogarniało ją wtedy nieziemskie uczucie nieistnienia i zarazem istnienia lepszego od wszystkich innych. Gdy poddawała się tworzeniu nowych smaków, wiedziała wszystko o świecie i jednocześnie nie potrzebowała wiedzieć o nim nic. Ona sama mogła być wówczas całym światem dla świata i dla siebie. Ktoś mądry powiedziałby, że stawała się omnipotentna, jak każdy twórca w uniesieniu.
A teraz? Czy nie zdążyłaby jeszcze przekręcić kluczy wewnątrz siebie, by opanować rozpacz? Chyba nie chciała tym razem…
Od tej chwili, Noe gorliwie śledziła każdy ruch gościa. Niby to bez większego niepokoju, bo szybko okazało się, że wcale nie realizuje się, znany dziewczynie, scenariusz przemocy wobec dzieci i przedmiotów. Pod nosem powtarzała sobie: nie wolno mi podejrzewać, że z każdego człowieka, który się zezłości, wychodzi potwór… To oczywiste, że w jej ustach, takie oświadczenia, zamieniały się natychmiast w ciała obce. Nie mogła sobie zawierzyć, przeciążona odmiennym doświadczeniem z matką.
Pani Czesława wstała od stołu w emocjach. Noemi wzdrygnęła się, postawiła w stan absolutnej czujności. Nie ufała nagłym zrywom i wszelkie usilne autosugestie, znikały bezpowrotnie, gdy ktoś zbyt mocno przy niej gestykulował. Nawet gdyby myśli dało się okiełznać, ciało dziewczyny reagowało popłochem.
Ale pani Czesława, zgodnie z mantrą, mającą przywracać Noemi spokój, nie była jej matką i nie przemieniła się w potwora. Po prostu odwróciła się tyłem do rozmówczyń i znów, jak przed przytarganiem ciasta, spojrzała w okno. Odchyliła lekko głowę, na znak, że chce coś przekazać. Wskazała dłonią na szybę w taki sposób, by reszta kobiecego zgromadzenia, jak najszybciej znalazła się obok niej.
Sophie, Helena i Noemi stanęły rzędem, kilka cm za panią Czesławą. Wpatrzone w jej dłoń zawieszoną w powietrzu i wskazującą na sarnę.
– Mówiłam to już Noemi- rzekła poruszona, utrzymując kontakt wzrokowy ze swoim dzikim prześladowcą- że ta sarna chodzi za mną od jakiegoś czasu i chyba przynosi śmierć. Wiem, wiem, co panie powiecie- zabezpieczała się, silnie przy tym wymachując i czerwieniąc- że to gusła i grzech. Może i tak, ale jak to możliwe, że ona tak się mnie uczepiła? Przecież to nie jest normalne… I, że zaraz po jej pojawieniu się, z tego co pisała Beatka, to dokładnie dwa dni później, doszło do abor…no, do zabiegu …?!
– Coś w tym jest…- zaszumiała Helena, spomiędzy głębokiej zadumy. W głębi świszczącego oddechu, próbowała zrozumieć, co też wyczyniał jej brat…Dlaczego powołał kolejne dziecko na świat, w którym sam żyć nie chciał i nie potrafił? A może, za każdym razem szczerze wierzył, że tym razem, będzie w stanie otoczyć dziecko opieką? Ale nie, dość usprawiedliwień! Tego już za dużo! – błąkało jej się po głowie kazanie, które mu wygłosi, gdy ten gówniarz uraczy wreszcie swój dom obecnością…
– Popatrzcie! To upiorne zwierzę chodzi za mną jak zahipnotyzowane! – emocjonowała się kobieta. Noemi próbowała nie uciekać, choć wywijające dłonie gościa, podnosiły jej gotowość do ucieczki. Skupiła się na pani Czesławie jeszcze mocniej. Zauważyła na jej skroni kroplę potu, podczas, gdy ta, dodała: – I ona obwieszcza śmierć- wyrzekła smutna- czekam, kto teraz. Bo naszego wnuka, pani Sophie, już nie mamy…
– Jest mi przykro- powiedziała spokojnie Sophie i ponieważ stała za panią Czesławą, poklepała ją po ramieniu. – Z tym, że ja nie chciałam tego dziecka, proszę pani. Z całym szacunkiem- obwieściła staruszka, wbijając w ziemię pozostałe kobiety.
Pani Czesława bez słowa odeszła od okna, nie czekając, aż stojące za nią, zbite w niewielki płotek, krewniaczki, usuną się z jej z drogi. Coś tak ciężkiego usiadło jej na klatce, że mogła tylko zamilknąć, liczyć oddechy i wyjść z tego przeklętego domu.
Tak zrobiła. Nie bacząc na luzem puszczony szalik, niedopięty płaszcz i kapelusz, znów byle jak położony po włosach- trzasnęła drzwiami i opuściła posesję domu w polach.
– A żeby tak, tę ohydną krawcową …! – nie dokończyła. Przed Bogiem i sobą, dość już było jej wstydu. Panią Sophie przecież Bóg widział. Niech sam oceni… – tłumaczyła sobie, łagodząc swój gniew.
Czekała ją jeszcze kolejna, trudna rozmowa z zięciem i mężem, których zostawiła samych, przy butelce wódki. – Dziś, jak Boga kocham, tak i ja muszę się napić!!!- powiedziała podburzona na samą myśl o tym, jakiej zniewagi doznała od tej wrednej kobiety.
Włączyła silnik i ruszyła bardzo wolno. Spojrzała w lusterko wsteczne. Sarna, spokojnym krokiem, spacerowała za nią. Jak widać, to z czym przyszła, musiało się jeszcze wypełnić… Panią Czesławę przeszedł dreszcz niepokoju. A jeśli naprawdę chodzi o śmierć?! O kogo tym razem?! A może coś z Beatką, gdzieś tam, hen?!
Dojechała na swoje podwórze. Była już tak wyczerpana emocjami, że nie zważając na wślepiające się w nią zwierzę, udające się teraz na spoczynek, prosto do ich uchylonej stodoły, weszła czym prędzej do swojego domu, myśląc tylko, by dołączyć do męża i zięcia znieczulających się…
– W końcu niech i ona się prześpi i podje siana- pomyślała krótko o sarnie, rozbierając się w przedsionku. – Może to co robi, to nie jej plan? Może nie miała innego wyjścia, tylko komuś się przysłużyć…? Niech odpocznie.