„Za drzwiami jest zło, co przerwie nasz los. Śmierć wali do drzwi, już słyszę jej głos!”

 

Ostatnie zdanie niemal samo trysnęło na papier z żelowego kręgosłupa długopisu. Miałam do niego słabość. Zostawiał na kartce subtelne, wrzosowe ślady, choć notowałam nim zamaszyście. Jako że, w napięciu pisze się pod kątem bardzo ostrym. Tym razem, stres przysłużył się też mobilizacji. Pozwoliło mi to szczegółowo opisać nagły koniec rozmowy telefonicznej z X. Uwzględniając szmery, szepty i wrzenia w tonie głosu mojego rozmówcy, zamknęłam całe to ponure zdarzenie w bardzo przyzwoitym, dwujęzycznym sprawozdaniu. Po wszystkim postawiłam czarną kropkę. Zamknęłam zeszyt i odepchnęłam go zdecydowanie w głąb blatu stołu, z dala od siebie. Przypominało to ruch ręką podczas pływania, kiedy to wydawać się może, że pływak z lekkością odsuwa wodę od siebie dłonią, podczas gdy on już w ramieniu i kręgosłupie zbiera na to niemałe siły. Rozciąga swoje płuca do granic, sercu nakazuje wyrzucić jak największą ilość krwi, by dotleniła mięśnie. I prze do celu. Lekko unoszony przez wodę, a jednocześnie zmagający się z nią, niczym doświadczony wojownik.

 

Nieświadomie zacisnęłam gorset mięśni oplatających mi talię. Uporządkowałam oddech i przepchałam w stronę przełyku sporą część śliny, która to jeszcze, zanim rozpoznałam u siebie niepokój związany z nagłym rejwachem u drzwi, nagromadziła mi się w ustach. Z całego człowieka, to właśnie ciało słyszy najszybciej, a więc i najszybciej się też przestrasza.

Położyłam wzrok na obrusie. Spojrzałam mu w jego lniane pory. Pomagało mi to zebrać myśli. Potrzebowałam mieć je teraz do dyspozycji w przejrzystym, zwartym orszaku. Ponieważ status quo mojego domu został naruszony. Czyjaś nerwowa pięść nadal nie pozwalała drzwiom frontowym zaznać spokoju.

 

Jestem wyhodowana, by móc sprostać właśnie takim sytuacjom- pomyślałam. Umiałam pozostać niewzruszona na ciele i duchu, gdy wokół mnie czyjaś głowa paliła się i niczym pochodnia, próbowała od siebie odpalać inne głowy.

Ile to już lat spopiela się głowa mojej rozwścieczonej mamy? Ile to razy wywinęłam się szaleństwu Gajki, próbującej zdominować mnie i spalić na ołtarzu własnej destrukcji?

 

Pytałam o to cały świat, udając, że pytam tylko siebie.
Ale jakąż ja miałam nadzieję, że świat kiedyś się domyśli!
A potem odpowie mi, jednocześnie rozgłaszając o mnie wszystkim ludziom, zwierzętom, roślinom i kamieniom:
– „Zbyt często” – przemówi ze z rozumieniem- „Głowa twojej matki płonęła zbyt często”.

Ale on milczał. Dziś myślę, że może głośniej wówczas krzyczał do świata mój strach przed ujawnieniem się, niż prośba o pomoc. Nieodłączny towarzysz każdej zbawczej myśli: chorobliwy lęk przed utratą powszedniego zła. Łatwiej pozostać w udomowionym piekle niż wylądować na nieprzewidywalnym bruku.

 

Odgłosy, komponowane pięściami na zewnętrznych skrzydłach drzwi wejściowych, wymuszały posłuch.

Moje myśli stężały. Każdy mięsień podnosił się teraz i prężył, jak na zawodach kulturystycznych. Otoczyła mnie zbroja własnego ciała. Słabe kości zupełnie przycichły. Niepewne ścięgna przeobraziły się we wstążki wytrwałego jedwabiu. Na arenie pojawiła się sylwetka niezniszczalna, która chwilowo nie miała związku z niegramotnym gałganem, którym dysponowałam na co dzień. To już nie były moje obolałe stawy. Coś, czego używałam teraz, to zawiasy bardzo odpornej na wstrząsy- maszyny do neutralizowania dyskomfortu w rodzinie. Tam na dole, ktoś czyhał na nas wszystkich…A jak byłam tą, która stawi wszystkiemu czoła! Niezawodna, nieustraszona. Bo nie mająca niczego do stracenia. Zwłaszcza samej siebie.

 

Len, z którego powstał obrus, był surowy. Barwą przypominał ziemniaki, które przemarzły w piwnicy. Sophie nadała temu obrusowi piętno koloru trupiego, podobnie jak wszystkiemu, co wywoływało w niej niepokój.

Już czas- powiedziałam sobie. Odłożyłam długopisy i pisaki na miejsce. Zasunęłam dokładnie zamek piórnika i jego także odepchnęłam na drugi brzeg stołu. Słuchawka telefonu dostała rykoszetem. Poleciała na dywan i potoczyła się pod stół. Nie czas już na to. Przestałam śledzić ją wzrokiem. Przypominała mi X., a ja nie chciałam teraz o nim myśleć.

 

Wyszłam z pokoju, zabrałam też ze sobą Ernesto, domagającą się wyjścia narastającymi skrzeko-miauknięciami. Ułożyłam scenariusz na najbliższą minutę. Dobrze było cokolwiek móc zaplanować. A więc- wyliczałam w głowie- Ernesto musi wyjść. Postaram się, by kotka swobodnie minęła się w drzwiach z tym kimś, komu płonie głowa. Zdążyłam wyobrazić sobie ten szczęśliwy manewr i chwilę później obie byłyśmy już u dołu schodów.

 

Ciocia Helena stała z twarzą oddaloną od drzwi o kilka centymetrów. Wpatrywała się w zasunięte rygle i zasuwki. Wyglądała, jakby upewniała się, czy wytrzymają napór z zewnątrz, który tu, na miejscu, nie zatrważał aż tak. Tracił na tajemniczości, bo nie wyolbrzymiało go echo cichego domu, co to najmocniej dokazuje na piętrze, gdy tylko mama ustąpi mu miejsca. Przynajmniej jeden wulkan śpi- wysłałam Gajce pospieszną myśl, na kształt lakonicznej pocztówki. Nie czas na nią! Niech drzemie, zanim uleje jej się lawa! – starałam się dyscyplinować myśli i nie otwierać ich na rozmyślanie o mamie.

 

Skupiłam wzrok na kluczu. Sterczał w zamku na baczność. Bezsenny, nieuleczalnie czujny. Od niego chciałam zacząć torowanie sobie drogi do napastnika. Ciocia, na mój widok odsunęła się bez słów. Z miejsca odczytała, że nadciągam z misją. Oddychała ciężko, bardzo ciężko.
Jej wewnętrzny napór, jest zdecydowanie większy niż te kobiece, histeryczne pięści z krainy mrozu- pomyślałam ze smutkiem.

 

– Tak bardzo się boisz? – zapytałam, odwróciwszy się do niej na chwilę.

Speszyła się, złapała za palec i zaczęła przy nim gmerać.

– Co? Nie, nie. Tak tylko…- słowa wypadały jej z ust i rozpruwały się na niesklejalne głoski. Uciekła wzrokiem gdzieś między moje obojczyki. Potem udała, że interesuje ją skrzek niecierpliwej, natarczywie ocierającej się o nasze łydki, Ernesto.

 

Nie uwierzyłam cioci, bo jej palec ujawnił już kropelkę krwi. Przemówił w jej imieniu. Swoją drogą, wyglądał coraz gorzej.

– Nic się nie bój- zagadnęłam chojracko, a nawet nieco żartobliwym tonem. W tym samym momencie, serią szybkich ruchów, odryglowałam i rozkluczyłam drzwi. Z chwilą, gdy stając na palcach, odbezpieczałam ostatnią zasuwkę, głos błagający zza nich, wydał mi się znajomy. Budził dobre skojarzenie, choć przyznaję, że cała ta jeremiada irytowała mnie, nie tylko przestraszała. Chciałam przerwać narastający stres i przy okazji uciszyć te zawodzenia.

– Zrobione- powiedziałam na głos. Do siebie, do cioci i do tej, albo do tych- na zewnątrz. Zakomunikowałam, że rękawica została podjęta.

 

Całkowicie uwolniłam oba drewniane skrzydła. Zrobiłam krok w tył i napięłam ciało w gotowości. Za to one, rozluźniły się, jak dobrze wymasowane na wieczór plecy. Oddychały. Drewno nie musiało się już napinać, by dostosować się do żelaznej dyscypliny zamków i rygli. Przestało tworzyć mur, zupełnie jakby wróciło myślami do rodzinnego lasu. Wystarczyło lekko nacisnąć klamkę, by zrównać świat śniegu z tym, który wykradliśmy dla siebie, udomowiliśmy, umeblowaliśmy i ogrzewamy siłą, wbrew minusowej aurze.

Tak.

Teraz wystarczyłby niewielki ruch, by wkroczyć do naszego domu i nas pojmać.

 

Ale co to? Teraz, gdy droga do nas stała niemal otworem, na dworze zrobiło się całkiem cicho. Kobiecy głos zanikł zupełnie. Nie dolatywały do nas nawet pochlipywania, tak wyraźne między wcześniejszym, długotrwałym biadaniem.

 

Poszła sobie? Popatrzyłam na skuloną, zmieszaną ciocię. Jej wzrok także pytał. Nie mogłam sobie pozwolić na okazanie strachu, nawet zawahania. Ciocine oczy pociemniały, postarzały się. Podejrzewałam, że szykuje się na marsz śmierci.

Jak ja dobrze ich wszystkich znam! – żachnęłam się.

– Trzeba to przerwać- powiedziałam mocno. Próbowałam okazać fałszywą brawurę. Fałszywą, bo część moich myśli- wierzyła w wizję Heleny. Rozumiałam, że ona nie miała wyjścia. Jak miałaby nie naczerpać od dziadków tego typu wyobrażeń, skoro byli w nich zanurzeni po czubki głów? Sama także nie umiałam się zaszczepić przeciw takiemu myśleniu. Zwłaszcza, gdy ktoś wdzierał się znienacka w nasze życie. Jak ta kobieta, teraz… Zdecydowanie jednak rzadziej niż starsi członkowie naszej rodziny, widywałam karabin skierowany w mój brzuch, lub czoło. Nie mogłam jednak zaprzeczyć, że była to jedna z dość dobrze znanych mi fantazji, gdy przeżywałam niepokój.

 

– Do dzieła! – zakrzyknęłam dzielnie, wewnątrz szykując się na serię pocisków rozszarpujących mi wnętrzności. Złapałam za klamkę i otworzyłam drzwi na oścież. Zignorowałam swoją bezbronność wobec niewiadomego, czyhającego zza drzwi. Czym jest mój niepokój, w porównaniu ze strachem cioci, by dawać mu upust? Przy okazji tego zestawienia, pominęłam ujemną temperaturę i swoje bose stopy. W miejsce swojego wnętrza, czułam aż nadto przerażenia Heleny. W jednej chwili przypomniałam sobie, że w odmętach domu jest gdzieś jeszcze babcia! Musiała to także usłyszeć! I jest teraz sama, kto wie w jakim stanie?! Przecież jej strach przewyższa nasze oba! Chciałam zerwać się w biegu do jej mieszkania, ale zasmucił mnie widok skulonej, spłakanej i zmarzniętej pani Czesławy. Grube płaty śniegu leżały na jej kapeluszu i ramionach schowanych w płaszcz. Upadały na schody, czasem przysiadywały na noskach jej kozaków. Ktoś w niebie kruszył na nią niedbale świeżą macę- pomyślałam z rozczuleniem.

 

Poza mną, chyba nikt nie zwrócił uwagi na radosne, kocie wyswobodzenie. Ernesto, nabierając przyspieszenia na widok otwartych drzwi, jeno naszkicowała swoją kibić na połaciach białych pól! Biegła przed siebie, jak czarna pantera, maksymalną odległością między przednimi a tylnymi łapami- odhaczając pokonaną przestrzeń. Pulsowała jeszcze przez chwilę w oddali, jak ruchomy przecinek, by wreszcie rozpuścić się w śnieżycy.

 

– Co?! To pani?! – ciocia wystrzeliła zza moich pleców i wciągnęła zakutaną kobiecinę do korytarza. Nadal czuć było od niej stęchliznę długo niewietrzejącego przerażenia, ale to empatię wysłała przodem, na spotkanie niespodziewanemu gościowi. Zachodziłam w głowę z niedowierzaniem- jak jej się to udało i w którym miejscu jej drobnego ciała, ulokował się teraz ten strzęp ducha, który jeszcze sekundę temu oczekiwał w odrętwieniu na wyrok męczeńskiej śmierci?

No nic.

Zamknęłam drzwi, potarłam stopą o stopę i zastygłam na moment. Potrzebowałam chwili przed podniesieniem kolejnego zwrotu akcji i położeniem go sobie na barkach. Skąd mogłam wiedzieć, co powie lub zrobi pani Czesława? Znałam już prawidłowości ludzi żyjących w moim domu i prawa duchów, co to zniewalały tutaj wszystkich nas, znienacka. W każdej chwili ciocia mogła zgasnąć i dodłubać się do szpiku kostek swojego palca. Założyłam, że mogę liczyć tylko na siebie. Zwyczajowo, byłam gotowa przeforsować się emocjonalnie, by ktoś inny nie musiał strapić swojego serca.

Rozbrzmiewała we mnie osobista modlitwa, powtarzana przez wiele lat. Dziś nie wiem, do kogo się zwracałam. Do Boga? Siebie samej? Do członków rodziny, z nadzieją, że sczytają jej treść z moich szemrzących ust i obdarzą mnie wreszcie uznaniem?

 

Boże, ocal innych, by mnie nie dopadło ich cierpienie- powtarzałam miliony razy.

 

Pierwsza fala zignorowanych emocji właśnie do mnie dotarła. Wyobrażone zagrożenie, co prawda rozpierzchło się już z chwilą, gdy znajoma twarz pani Czesławy została przeze mnie rozpoznana i zakwalifikowana do zjawisk niezagrażających życiu. Ale ciało nie zapomniało, że je wzięłam siłą. Że próbowałam je napompować czymś tak nienaturalnym, jak bezrefleksyjne szafowanie swoim życiem. Dostałam za swoje. Za bohaterstwo, tak trwałe, jak nadmuchany balon, w kształcie rycerza.

Fałszywe.

 

Ciało odpowiedziało mi bólem karku i mdłościami wychodzącego z ucisku- żołądka. Skupiłam się na sękach zdobiących drzwi wejściowe. Zgrabnie zabalsamowane lakierem, nie wyglądały na wadę drewna. Prezentowały się raczej, jak przemyślane przez matkę naturę- esy floresy. Noe, myśl o sękach, nie śledź bólu wijącego się wokół brzucha i szyi. O sękach myśl, o drewnie…nie o bólu…- powtarzałam z nadzieją.

Przeszło. Naczerpałam oddechów i odwróciłam się twarzą do obu kobiet.

Sęki odetchnęły z ulgą. Nic dziwnego. W końcu bez uprzedzenia, jednym spojrzeniem wciągnęłam je od razu w cały swój świat.

 

– Tak się bałam, że nikt mi nie otworzy! – szlochała pani Czesława, kurczowo trzymając się cioci.

– Odkąd krawiec E. nie żyje, coraz ciężej się do was dostać! A ja, poza wami, nie mam nikogo na tej wsi, komu mogłabym to powiedzieć! Nie zamykajcie się tak! Krawiec E. umiał jakoś inaczej…- żaliła się, lejąc łzy na podomkę Heleny.

Przyjrzałam się im. Niewielka, sponiewierana emocjami postać cioci, z trudem podtrzymywała odreagowującą na niej, solidną panią Czesławę. Lód w stopach poczułam dopiero wtedy, gdy spostrzegłam, że ciocia także była boso… I zaledwie w podomce. Wyobrażenie chłodu, który wędrował po jej ciele i przyprawiał stopy o odrętwienie, pomogło mi zdać sobie sprawę z własnej sytuacji.

Nieźle- pomyślałam, uśmiechając się do własnych wniosków. Spodziewając się najgorszego, podeszłyśmy do obleganych drzwi, profesjonalnie przygotowane do ucieczki, nie ma co- żartowałam, broniąc się przed nadciągającym smutkiem. Boso na mróz. W byle czym na grzbiecie. Ahoj, przygodo! – myślałam.

 

– No pewnie, że tak…jest inaczej, niż za życia taty- Helena odrzekła pani Czesławie uspokajająco. Poklepała biedaczkę po dłoni i pozwoliła jej wydmuchać nos. Skorzystała przy tym z okazji i uwolniła się z uścisku zrozpaczonej kobiety. Dla pewności zrobiła krok w tył. Nie czuła się swobodnie, gdy ktoś tak rozpaczliwie łaknął jej poufałości.

– Mama boi się coraz bardziej, trzeba to zrozumieć- wyjaśniła. Ciocia z trudem wypychała słowa poza granicę ust. Przyglądałam się temu z zaniepokojeniem. Coś ją jednak zaatakowało. Niespokojny, ciężki oddech zatkał jej gardło, podduszał. Wreszcie kaszlnęła sobie mocno. Machając rozpaczliwie dłonią w powietrzu, przywołała swoją rozmówczynię znów do siebie. Złapała się łokcia pani Czesławy i pochyliła głowę. Zzieleniała. Miałam wrażenie, że przez chwilę zakołowało się jej w głowie, ale zaraz kolory napłynęły w nią na powrót. Oddech spowolnił. Widząc nas obie w konsternacji, ciocia uśmiechnęła się przepraszająco. Zasmarkana pani Czesława, wzięła na siebie kolejne winy świata.

 

– Przepraszam, ja tak nachodzę, a wy nie za dobrze się macie, widzę…- dała upust zakłopotaniu.

– Ależ co pani! Proszę, proszę się rozgościć! – ciocia załapała w mig, że chodzi o jej duszność. Nie zamierzała roztrząsać swojego stanu, aczkolwiek wyraźnie doceniła subtelność gościa w tym temacie. Tylko dlaczego, chcąc okazać gościnę, wskazała kuchnię Sophie? Miałam wrażenie, że dla niej samej, także było to zaskoczeniem. Wybór dokonał się sam albo dokonały go duchy bezwiedności, które bardzo często są mądrzejsze od świadomych, ludzkich wyborów. Nic dziwnego więc, że się nam napraszają.

 

Ruszyłam przed siebie zaciekawiona decyzją duchów. Szłam na końcu kobiecego łańcucha; za ciocią i panią Czesławą. Czemu tak się wloką? Zdałam sobie sprawę, że dławiąca się oddechem ciocia, zajęła mnie sobą na tyle skutecznie, że inne niepokoje zeszły gdzieś głębiej i przysnęły wewnątrz mojej głowy. Ale teraz, przekraczając próg mieszkania babci, automatycznie ubrałam się w obawy na jej temat.

 

Tymczasem w babcinej kuchni przebywała cisza. Niestety nie ta, która jest ukochaną córką spokoju. Jej podła siostra nawiedziła mieszkanie Sophie. Rozciągnęła się po wszystkich meblach i sprzętach. Zachłanna na bezruch, nie potrzebująca tlenu. Taka, co to żywi się oddechem wstrzymanym w przeraźliwym strachu.

Na imię jej Bezsilność. Jej zadaniem jest zasiać w sercu przestrach i zebrać paraliż.

Rzuciłam jej spojrzenie, jak wyzwanie. Wydawało się, że zdążyła już wykonać swoje zadanie.

 

Od razu wiedziałam, że dzieje się coś złego. Przepchałam się neurotycznie między panią Czesławą i ciocią. Wpadłam do babcinej sypialni.

Wrzasnęłam na tyle, na ile pozwoliło mi ściśnięte gardło.

 

– Babciu!!!

Padłam na kolana, odganiając od nieprzytomnej staruszki, liżącą ją gorliwie, po twarzy i szyi, Lulę. Suczka popiskiwała ze zmartwienia. Gdzieś w tle uwalniała hiobowe dźwięki, pośród prób obudzenia swojej pani.

Ciocia i pani Czesia zjawiły się, jak aniołowie, nie ciągnąc ze sobą dźwięków podczas pokonywania odległości.

 

– Mamo, co ci jest?! – ciocia uklęknęła obok mnie, kołysząc się nad babcią. Trzęsła się, z palca leciała jej krew ciurkiem. Musiała pokaleczyć go mocniej, prowadząc nas tutaj. Pani Czesia zniknęła w kuchni i pojawiła się ze szklanką zimnej wody. Zwróciła się do mnie: – Noe, słuchaj mnie teraz- mówiła rzeczowo- nabieraj wody na końcówki palców i ochlapuj babci twarz, żwawo, raz za razem- instruowała.

– Widzę, że pani krawcowa E. oddycha spokojnie- oceniła. – Jeśli mogę? – zapytała Helenę wzrokiem, zarysowując gestami, co zamierza zrobić. Po uzyskanej zgodzie, przykucnęła. Synchronizując się ze swoim zegarkiem i nadgarstkiem Sophie, oświadczyła rozluźniona:
– Puls jest w porządku. Wygląda na to, że pani krawcowa E. tylko zasłabła, bo i oddycha zupełnie zdrowo- dodała radośnie, po czym wstała z kolan i wyszła kolejny raz do kuchni. Rzucając w jej stronę szybkie spojrzenie i ucząc się dyktowanych przez nią czynności, zauważyłam, że ma się już nieco lepiej. Niepokoje, z którymi tu przyszła, chwilowo skróciły swoje języki. Jeśli je słyszała, to był to zaledwie szept, pomyślałam.

 

Robiłam wszystko tak, jak nakazała. Sophie powoli otwierała oczy. Wiedziałam, że walczy z pokusą, by zamieszać już na zawsze za zamkniętymi powiekami. Mimo to, wracała do świata. Ciocia, widząc powrót rodzicielki, przestawała się kiwać sieroco, a mnie wróciło czucie w ciele.

Ulga. Przetrwaliśmy kolejny najazd.

 

Dopiero teraz, gdy babcia mentalnie była coraz bliżej nas, poczułam morką plamę wokół siebie. – Babcia się posikała i to nieraz- powiedziałam cicho, dotykając ostrożnie jej lodowatej koszuli nocnej i sporej, obsikanej części dywanu wokół siebie.

 

– Ciiiii- ciocia zareagowała natychmiast i patrząc na mnie znacząco oświadczyła- Nic z tych rzeczy, rozumiesz?! Nic takiego się nie stało! Nie mów o tym! Było, minęło! Ani słowa, tak?!

Im mocniej się we mnie wgapiała, tym szybciej załapywałam.

Jasne. Nic się nie stało- układałam to sobie w głowie.

– Tak- powiedziałam zdecydowanie śledząc babciną twarz- Sama nie wiem co plotę, przepraszam- dodałam pokornie.

 

– Dajcie jej czas- usłyszałyśmy zza pleców- Obudzi się, gdy wróci do niej spokój. Przykryjcie ją dobrze czym się da i pozwólcie sucze leżeć przy niej- pani Czesława pojawiła się w sypialni tylko jedną stopą i kawałkiem twarzy. Ot, wychyliła się ledwie, by doglądać sytuacji. Była wyraźnie czymś zafrasowana, bo jej wzrok niby kierował się ku nam, ale znacznie skuteczniej zwabiały go dręczące myśli.

 

Zmartwiłam się.

 

– Zaraz wracam- poinformowałam ciocię i wyszłam do kuchni. Pani Czesława stała naprzeciw okna. Patrzyła na ogród, łąkę i dróżkę polną, którą ciocia Mara przychodzi do niekochającej matki. Odwróciła się na chwilę, uśmiechnęła na mój widok i znów oddała swój wzrok śniegom.

 

– Ona zwiastuje śmierć- powiedziała cierpko- nie mogę już tego ignorować. Ktoś umrze, Noemi- wypowiedziała to, a głos zagrał jej strunami na niepewność.

Patrzyłam na tył jej głowy. W międzyczasie, pomagając nam przy babci, zrzuciła płaszcz i kapelusz. Stała teraz w ciepłym swetrze, kozakach i wełnianej spódnicy. Włosy ułożone w pospieszne, niepełne fale, obwieszczały światu, że właścicielka tej fryzury, w głębi duszy zmaga się ze sztormem. Po prostu dziś niepodobna było solidnie ułożyć włosy! Jakże miałaby poświęcić im dość uwagi?  Pani Czesława była zawłaszczana przez zgryzotę, która zaledwie od czasu do czasu, pozwalała jej wyjrzeć na świat i złapać oddechu. Jak widać, nie był czas wystarczający na wykonanie eleganckiego uczesania.

– Ale kto? Pani Czesławo? Kto zwiastuje śmierć? – zapytałam, stając bliżej jej pleców.

– Sarna-odrzekła zaaferowana. – Proszę, zobacz.

Zrobiła mi miejsce obok siebie i wskazała palcem. Faktycznie. Zza ogrodzenia okalającego ogród, widać było sarnę wgapioną w nasze okno.

– To wy się znacie? – pytając, czułam, jak głupio to brzmi. Wzruszało mnie samo wyobrażenie relacji człowiek- sarna i magnetyzowała myśl, że za sarną idzie jakaś niezrozumiała historia.

– Tak, od jakiegoś czasu ta sarna staje mi na drodze, gdy jadę na zakupy i chodzi za mną. Nawet po mieście. Ściąga na mnie wzrok ludzi, prowokuje głupie żarty pijaków. Pewnie też plotki, jakby mało mi było zgryzoty…

– Przedziwne… Czego może chcieć? – zapytałam. Byłam oczarowana i zszokowana jednocześnie.

– Nie mam pojęcia, ale już jedną śmierć przyciągnęła do mnie- wyznała. Wstrzymałam oddech, podczas gdy pani Czesława, zamaszystym ruchem dłoni, złapała łzę przecinającą jej policzek. – Pójdę do samochodu. Mam dla was ciasto- powiedziała cicho i boleśnie, jakby mówiła o czymś gorzkim- A ty… może zrób babci kawy z mlekiem i przygotuj jakiś kawałek macy, albo chleba. Trzeba pozwolić się jej posilić. Zaraz będę z powrotem- rzuciła zduszona. Zakręciła szal wokół szyi, bez specjalnego pomysłu położyła kapelusz na włosach i nie dopinając płaszcza- wyszła, wierna jakimś niełatwym myślom.