„Nie bałeś się Boga, wyrzekłeś się życia. Umiera nasz dom, uciekają maszyny do szycia”
Sophie wypowiadała się czysto i nad wyraz precyzyjnie. Jej niepokojąco skontrolowany i podwyższony ton głosu- mógł być uznany za taki – wyłącznie przez kogoś, kto dobrze ją znał. Na pół sekundy, dyskretnie uniosła dłonie ku sufitowi, zdawszy sobie sprawę- jakimż to błogosławieństwem okazała się śnieżyca, która wygnała na noc Helenę z domu. Ta dzikuska z pewnością podsłuchiwałaby ją teraz zza drzwi swojej kuchni! Helena zrobiła się uszczypliwa i nad wyraz ciekawska. Na pewno rozpoznałaby i drążyła to, co staruszka próbowała mocno skryć. Na szczęście Jaś poinformował, że będzie jechał dziś po Helenę i Ajkę dopiero w południe. Droga jest ciężka, więc nawet jeśli będzie tam na czas, to zejdzie im najmniej koło dwóch godzin.
Ze względnym spokojem uznała więc, że może być o siebie spokojna.
Całej reszcie świata, wydałaby się w takiej chwili- ot po prostu- staruszką przemawiającą tubalnie. Oprócz tego marszczyła czoło, uwydatniając tym samym wysłużoną bruzdę między brwiami. Był to również objaw niecodzienny, mogący jednak stanowić ostrzegawczy sygnał tylko dla tych, którzy często a czujnie na nią spoglądali. Sophie nosiła niespokojne czoło jedynie wtedy, gdy usiłowała ukryć fizyczny, dotkliwy ból w ciele lub wewnętrzną rozpacz, a nawet rozpad.
Wnikliwy obserwator nie miał wątpliwości, że właśnie nawiedził staruszkę jeden z tych dni, kiedy to lęgły się w niej trudne do zniesienia emocje.
Ostatni raz, równie mocno potrzebowała wycofać się w głąb siebie, po śmierci męża. Wtedy to, posłuszna wewnętrznemu, zrozpaczonemu głosowi- wytargała na łąkę za domem materiały, których krawiec E. nie zdążył zużyć podczas pracy w warsztacie. Coś nagliło ją wówczas, by je wszystkie uprasować, by dotknąć każdego ich skrawka.
Starała się ogrzać dłonią te same miejsca, których dotknął za życia jej mąż. Bo jego samego nie sposób już było dosięgnąć ręką…
Tym bardziej ogrzać.
– Stwórco tego świata, który zatykasz martwemu ciału usta grudą ziemi, patrz na Izaaka spijanego przez grunty, pamiętaj go…- wyszeptała tak szybko i cicho, że jej rozmówca pomylił to z chrząknięciem.
Tamtego dnia na łące, podobnie jak dziś; nie miała możliwości by na długie godziny zamieszkać we własnych myślach.
Jest coś do zrobienia, mówiła sobie. Zawsze jest coś do zrobienia albo zjawia się ktoś, kim trzeba się zająć… A ja nie posiadam nawet pół wartościowego pomocnika; ani dziecka, ni wnuka- bym mogła zrzucić z siebie choćby część obowiązków…- zżymała się.
No niech będzie, pouczała samą siebie w myślach- zgoda, jest Jaś, ale cała ta przeklęta rodzina gotowa go rozerwać na strzępy do swoich celów. Nie jest tylko mój. Helena wciąż go gdzieś ciąga! – myślała z zazdrością i złością.
Nic to, w drzwiach stał już umówiony na dziś mężczyzna.
Musiała poszukać w sobie skupienia ponad własne siły. Walczyła psychicznie i fizycznie- wymuszając na sobie aktorskie środki mające zatuszować poruszenie, które to brało we władanie większość jej myśli.
– Proszę, proszę! Tędy! – krzyczała zapraszając do korytarza swojego interesanta; zaciskając przy tym czoło niemożebnie. Schowana za zakrętem schodów Noe, monitorowała po raz kolejny, jak babka siłą wtłacza się w rolę pani domu i zakładu krawieckiego.
Trafnie przeczuwała, że babcia marzy dziś przede wszystkim, by skryć się w piwnicznym pokoju dziadka. Śledząc w napięciu każdy ruch Sophie, kaleczyła lewy kciuk paznokciem prawego palca wskazującego.
Bolał ją oddech, gdy patrzyła, jak wiele kosztuje jej babkę utrzymanie się na powierzchni, podczas gdy wir wsysał ją w dosłownie każdej sekundzie nieuwagi.
Tak rzeczywiście było. Sytuacja wymuszała na staruszce, by była tu i teraz, mimo, że jej sięgające wstecz serce leżało rozszarpane na piersi, niczym materiał ciemnej sukienki rozdarty przy mostku, na znak żałoby. Tamtej żałoby…przede wszystkim tamtej…
Po Izaaku.
Dziwny jegomość dał się zaprosić. Wszedł i zamknął za sobą drzwi. Natychmiast także pozbył się płaszcza, wieszając go na rzeźbionym słupie wykańczającym balustradę schodów prowadzących na górę. Rozpromienił się lisio. Ośmielił.
– Jak pani godność? To znaczy imię pani? Bo mąż miał na imię Eze…no, jak to szło? Ezechal, tak?
Ty gruby, spasiony gburze! – pomyślała zza kotary marszczonego czoła, Sophie. Nie mogła jednak dopuścić do głosu tak rozjuszonej części siebie. Business is business. Odpowiedziała więc zupełnie inną sobą. Tą reprezentacyjną, zawodową. A zrobiła to nazbyt głośno i teatralnie:
– Ja? To nieważne jak mam na imię, nazwisko pan zna z szyldu i na tym się skupmy. Nie chciałby pan ze mną wchodzić w dyskusję o godności, o którą ja, z przyczyn dla mnie oczywistych, pana nie zapytam (bo jej nie masz, pomyślała) – tu odczekała chwilę i zorientowawszy się, że dogryzła w zawoalowany sposób, zaszczebiotała z zadowoleniem:
– Mój zmarły mąż, niech spoczywa z Bogiem, miał właściwie na imię Izaak, ale od pewnego czasu łatwiej mu było używać drugiego imienia.
Mówiąc to, jednocześnie pokrzywiała się obrzydłemu słoniowi w wyobraźni, na zewnątrz nie zmieniając uprzejmego wyrazu twarzy ani o jotę. Po minie rozmówcy wnioskowała, że udało jej się upuścić mu krwi niezauważenie i to rozbawiło ją jeszcze skuteczniej. Ba! Zachęciło.
– Oooo. A czemuż to? – zapytał. Zwalistemu mężczyźnie nie udało się ukryć braku szczerego zainteresowania tym tematem. Jego ciało w jakiś przedziwny sposób zwiotczało, zawisło od niechcenia na, z trudem dźwigającym go, kręgosłupie, a usta próbowały przepędzić ziewanie. Sophie miała wrażenie, że kolejne pytania, w które, było nie było, człowiek ten brnął z własnej woli nie wiedzieć po co, zanudzały go doszczętnie. Rozgniewała się widząc jego mętny wzrok imitujący zainteresowanie uczczeniem pamięci krawca, którego ledwie kojarzył.
Sophie przejrzała taktykę przeciwnika.
Próbujesz zbijać cenę biorąc mnie na sentymenty? Myślisz, że wygrasz, bo wspomniałeś o moim szacownym mężu? – formułowała nieme zarzuty.
Tymczasem adrenalina towarzysząca prowadzeniu zakulisowych rozgrywek biznesowych- znacznie złagodziła ciężar tęsknoty za Izaakiem. Poczuła się zarazem swobodna i rozeźlona. Dłonie jej lekko zadrżały, a myśli od tej chwili idealnie trafiać do celu. Od dawna nie czuła takiej ekscytacji i wiary w zbliżający się sukces finansowy! Nie mogła tego nie wykorzystać. Od siłą odebranego jej przez Ajkę piwnicznego miru- minęło dobrych kilka godzin, a ona do tej chwili nie miała możliwości uwolnić wściekłości zapiekłej w swoich mięśniach, w swędzących pięściach… Na dobrego, mściwego Boga, pomszczę cię, Izaaku! – pomyślała ku swojej uciesze i utrapieniu powołanych do odpowiedzialności niebios.
Wystrzeliła zza chytrych ust: – Posłuchasz pan jak było, a pewnie, że posłuchasz! (uwielbiała tę formę, w której mogła mówiąc per „Pan”, jednocześnie myśleć do niego na „ty”, jak do zwykłego gnoja) Było tak- mówiła coraz głośniej i coraz plastyczniej dorysowywała szczegóły opowieści ożywionymi dłońmi- Otóż, dla urzędnika tej zapyziałej gminy było nie do wykonania, by napisać to imię bezbłędnie! Zapisał go LIZAK, rozumie pan? Zamiast IZAAK napisał LIZAK! Jak to możliwe, że Boża ziemia nosi takich urzędników?! Dla mnie to oczywiste, że stało za tym coś więcej niż głupota! Mój mąż, niech z Bogiem spoczywa, był lepszy ode mnie, bo nie chciał wierzyć, że to złośliwość. No, jak pan myśli?! Możliwe to, że jednak złośliwość?! W tak pobożnej okolicy drwić z proroczego imienia?! No?!- prowokowała.
Kupiec stanął skonfundowany. Zachichotała zdawszy sobie z tego sprawę i wiedziała, że śmieje się już tylko dla pozorów, ponieważ każde, zdolne do odczuwania stworzenie znajdujące się przy niej- spodziewało się raczej, że staruszka prędzej zacznie mordować gołymi dłońmi, niż żartować. Ciało Sophie, podobnie jak ciało kupca, trafnie odczytało jej intencje i podjęło współpracę. O ile grubasa dopadało chwilowe znużenie, tak staruszkę rozgrzał bunt i waleczność. Przyjęła pozycję napastnika podejrzanie wabiącego uśmiechem swoją ofiarę. Pochylona do przodu, z wyraźnie obranym celem, czekała na możliwość kolejnego ataku.
– Czyli, że jakie było to drugie imię? Ma się rozumieć, pani męża…nieboszczyka z całym tego, no, szacunkiem…- zamotał się grubas; ciągnąc coraz mocniej mdlący go temat. On także chciał dać za dość konwenansom. Wszedł przecież w posiadanie niejednego cacka takim sposobem. Coś za coś, myślał sobie i szacował zarobek, który był już w zasięgu ręki.
Sophie dobrze go sobie obejrzała. Ledwie mieścił się w raczej rzadko używanej marynarce, podobnie jak w wymuszanej na sobie uprzejmości.
Fatalnie skrojona- pomyślała Sophie mierząc delikwenta od brudnych mokasynów, po złe uczesanie- o ile na taki kopiec tłuszczu da się cokolwiek skroić. Mógł równie dobrze założyć majty i przykryć się plandeką do ochrony buraków cukrowych przed mrozem. Patrzyła w jego stronę jakby wpatrywała się w lufę karabinu. Przeszywała go wzrokiem. Wielowarstwowy uśmiech, który mu posłała, był przede wszystkim ostrzeżeniem.
Nauczysz się oddawać szacunek mojemu mężowi, ty gruby schmocku!
– Mój mąż, niech z Bogiem spoczywa, nosił drugie imię Ezechiel. E-ze-chielll- wyśpiewała afektowanie– również prorok- zadrwiła. – Pan jest religijny podobno, powinien się więc orientować nie tylko w imieniu, ale całej historii Ezechiela! – szczuła, wskazując zawstydzonemu mężczyźnie wejście do warsztatu.
Oooo TAK, TAK! Czuła już zapach wieńca laurowego na swojej głowie i odgłos kolejnych banknotów usypywanych w tajnej skrytce na strychu!
Już po nim! Był już wystarczająco upokorzony, by mogła zacząć z nim pertraktacje. Jesteś mój, ty szmelcu- wyszeptała wprowadzając gościa między maszyny do szycia, stoły zarzucone porzuconymi wykrojami i manekiny przybrane, w dziewiczo zafastrygowane garnitury.
Dostrzegła, że przede wszystkim na nich mężczyzna skupił swój wzrok. Patrz i podziwiaj- mamrotała nie przerywając biznesowego uśmiechu- nawet one prezentują się lepiej niż ty…- złorzeczyła cicho.
Miotana między tym co czuje, a co czuć powinna- gubiła nie tylko samą siebie, ale i owego jegomościa. Od czasu do czasu zerkał na nią z niekłamanym przerażeniem, które po chwili ubijał wyginając usta w coś na kształt półuśmiechu. Tym sposobem brał samego siebie w handlarskie ryzy.
Sophie miała świadomość, że nie ubije interesu na jawnej nienawiści do klienta. Była to wiedza, która stawała jej w gardle, jak stare mięso po skończonych świętach. Zdecydowanie łatwiej było jej rozsmakowywać się w szukaniu sposobu na osłabienie przeciwnika. Ten był łatwym kąskiem, och jak łatwym! Przebywał na jej terenie, w jej domu. Pozbawiony gruntu pod nogami i zdezorientowany; pozwalał na siebie naciskać. Ach, jakże lubiła sobie czasem zapomnieć, o tym, że każdy człowiek posiada świat wewnętrzny, który to, nieludzko przez nią potraktowany- może wydać jej opinię oprawcy. Zapominając o tym, od czasu do czasu- czuła się niebezpiecznie wolna, bestialsko wszechmocna. I z własnej woli zupełnie obca swojemu Bogu. Jakże pragnęła bywać w takim stanie!
Niestety, po najdłuższym nawet zachłyśnięciu się pogardą- zawsze nachodziło ją bolesne otrzeźwienie. Trudno w to uwierzyć, ale cierpieniu, które towarzyszyło każdorazowemu przyznaniu przed samą sobą, że znowu z ochotą stała się bezwzględna wobec innych- nie dorównywał nawet głód i upokorzenie z czasu wojny. W obozie sprawa była prosta, mawiała Sophie w chwilach przebudzenia z amoku.
TAM wydawało się, że całe zło znajduje się poza nią, że ilość upokorzeń, których doznała wyprało ją z każdej wady, niecnej myśli, zachcianki, podłości… Że TAMTO miejsce wyssało z więźniów wszystko, co dalekie Bogu.
Zło obozowe to zło diabelskie i w tym sensie rzeczywiście łatwe; do rozpoznania, do osądzenia. Było jednoznaczne. Poza tym, przejawiało się na każdym kroku tak bezwstydnie, że żadna ze zdominowanych przez nie ofiar, w tym Sophie, nie miała prawa przejawiać przy nim grama siebie. Co tu mówić o choćby wiązce gniewu emitowanej w jego stronę.
To równałoby się śmierci, więc ta możliwość naturalnie zarastała w młodej więźniarce, jak nieużywane dziurki po kolczykach.
Stłamszenie w sobie siebie, zarówno swojego dobra jak i zła- dawało jej wtedy poczucie, że całe bezeceństwo istnieje poza nią. Zło tak niezaprzeczalne, jakim było Auschwitz- tak absolutne, fałszywie uświęciło ją w sercu. Zrozum, mówiła czasem do Boga: „naprawdę nietrudno było, porównując się z esesmanami, poczuć, że jest się niezdolną do wyrządzania okrucieństwa. Zrozum, prosiła o wybaczenie.”
Po dwóch latach spędzonych w obozie, sądziła, że nigdy nie tknie nawet karalucha, który wejdzie kiedyś do jej domu. Domu na wolności…
Gdy więc uszła z życiem z rąk morderców i komór gazowych- przez chwilę czuła, że oto właśnie na wolność wychodzi posłaniec Boga, anioł oczyszczony z wszelkich skaz.
Niedługo po opuszczeniu Auschwitz, a wreszcie także po zakończeniu wojny- Sophie przekonała się, że podłość ludzka nie zamieszkała na wieki w jednym, faszystowskim narodzie.
Bynajmniej.
Jej wnętrze długo stało opustoszałe na skutek prymitywnej walki o przetrwanie ciała. Jednak, gdy ucichły strzały i odgłosy kaźni na zewnątrz, z miejsca po wypłoszonym i zagłodzonym gniewie wewnątrz niej- przemówił ktoś skłonny do wyrządzania niegodziwości, ktoś przodujący w odczuwaniu pogardy.
Takiej jak choćby ta… dzisiejsza. W rozmowie z interesantem.
Ta chodząca, tłusta pieczeń czeka na to co zrobię, pomyślała wodząc wzrokiem za szwendającym się przy manekinach kupcem. Jej irytacja sięgała zenitu. Przez tę kreaturę, kolejny raz musiała przerwać podróż wzdłuż swoich myśli. Nie teraz, powiedziała sobie i zacisnęła czoło jeszcze mocniej, aż coś zakłuło ją w skroniach. Powróciła świadomością do warsztatu. Znów czuła zapach zranionych nożycami płócien i lnu. Ale jeszcze nie mogła nad nimi płakać.
– Dobra! – wykrzyknęła w ponownym ożywieniu i zatarła dłonie- To ja pokażę co jest tu do sprzedania! Może zacznijmy od materiałów! No to tak: większość tego co tu, jest na handel- mówiąc to; wskazała dłonią trzy z czterech ścian, od podłogi po sufit zabudowanych drewnianymi regałami dźwigającymi dumny skład rozmaitych materiałów, skór i nici.
– Muszę przyznać, że dobrze to wygląda, bardzo dobrze- rozochocił się kupiec- chętnie dowiem się jak pani to widzi cenowo- mruczał, jak zadowolony, opasły kot. Poprosił spojrzeniem o pozwolenie i uzyskawszy je, zbliżył się kolejno do każdego z regałów bacznie szacując jakość zbiorów.
– To oczywiście najlepsze zbiory krawieckie, na jakie trafi Pan w tym smutnym kraju- jasno postawiła sprawę. – Nie zejdę z ceny nawet o grosz!
Mężczyzna zamyślił się i coraz śmielej wysuwał bele materiałów, wchodził na drabinkę i oceniał także stan tych leżących powyżej jego zasięgu. Cena oczywiście nie padła z ust staruszki. Wiedział więc, że sam musi zaproponować coś, co ją i jego zadowoli. Czuł, że była gotowa w niezadowoleniu wyrzucić go stąd bezpowrotnie. Skupił się na realnej wycenie. Gra była naprawdę warta świeczki. Musiał przyznać, że krawiec E. musiał posiadać dobre kontakty i prawdziwą rękę do tego fachu. Maszyny i reszta drobnego sprzętu; igły, nożyce, centymetry, nawet głupia kreda- pieszczotliwie uporządkowane, utrzymane nieskazitelnie.
Lula do tej pory trzymała się na dystans. Niespecjalnie zainteresował ją nieznany, zwalisty człowiek w progu domu. A nawet potem; gdy skierował się ku warsztatowi, nie zrobił na niej wrażenia. Leżała na swoim legowisku kuchennym, tuż przy piecu i przez otwarte na oścież drzwi ze spokojem przyglądała się, jak całego terytorium dumnie strzeże jej pani.
Teraz jednak poczuła, że powinna się tam pojawić. Zaszła do warsztatu od strony korytarza i przysiadła obok Sophie opartej o jeden ze stołów. Pocałowała zwieszoną dłoń swojej pani. Chwile mocy minęły, wiedziała to. Sophie, resztką sił odgrywając euforię, pogrążała się w żałobie z nadzieją, że kupiec nie zauważa co się z nią dzieje. I, że ulituje się, i wyjdzie jak najszybciej pozostawiając interesującą ofertę.
Cierpiała i tym bardziej nie wyobrażała sobie dodatkowo stracić przewagi w interesach. Starała się umierać z żalu w taki sposób, by wyglądało to na pokerową minę, a słowa nagle uwięzione w gardle na ciszę budującą napięcie między sprzedawcą i kupującym. Pozwalała klientowi rozglądać się do woli. Zaniepokoiło ją to, smutek bez większych oporów zamieniwszy się w mściwą furię, równie szybko wrócił do niej w tej dotkliwszej formie.
Czuła, że traci panowanie nad sobą. Jak wtedy, gdy wyparła śmierć Izaaka i skupiła się na uśmierceniu Bogu ducha winnej kaczki, Klementyny. Na wspomnienie tego dnia, wezbrały w niej niecierpliwe siły.
– To jak, chce pan kupić tylko materiały, czy te dwie maszyny, trzy pary nożyc i kilka manekinów też? Reszta zostaje dla mnie, więc bez niepotrzebnych pytań, bo niczego więcej nie sprzedam- oświadczyła stanowczo, kolejno podchodząc do każdej z wymienionych na sprzedaż rzeczy i wskazując nań. Lula szła przy nodze i ocierała pyszczek o zwieszoną, prawą dłoń Sophie.
– Dobrze, biorę to co jest na sprzedaż!
Kupiec, trzeba przyznać umiał zaskoczyć pozytywnie. Rozejrzawszy się po zaprezentowanych sprzętach, wyciągnął zza pazuchy kajecik i wyskrobawszy na nim kwotę, którą gotów był wydać- wręczył go Sophie. Zawyżył cenę do granic swoich możliwości. Wiedział, że musi skapitulować, by wykupić tak cenne zbiory. Nie próbował się targować.
Uśmiechnęła się. I to jak! Pierwszy raz z całego serca. Przytuliła notesik do serca i pomyślała o Izaaku. To tylko dwie z czterech maszyn, dla mnie samej wystarczy… wytłumaczyła mężowi szepcząc, co interesant ponownie pomylił z chrząknięciem. Język jej serca istotnie czasem charczał.
– Zgoda- obwieściła językiem kupca- Czekam jutro na gotówkę i tragarzy. Wszystko będzie zapakowane, niech pan tylko szybko zaznaczy kredą na balach, które konkretnie materiały pana interesują- mówiła miękko, czerwieniąc się nieco od przesadnego przytulania się Luli do jej ud. Uspokajało ją to, ale też naprawdę cieszyło, że ma kogoś przy sobie w tak smutnej chwili. Mężczyzna zrobił jak prosiła.
– Wyprzedaję lata naszego życia, naszej pracy, Izaaku! Dlaczego to ja nie umarłam pierwsza?!- wykrzyczała żałobną myśl na głos i padła na podłogę, pozwalając kajecikowi schować się gdzieś pod jednym z regałów. Lula położyła się na brzuchu, obok swojej pani i zawyła boleśnie.
Spłoszony tym widokiem kupiec wymamrotał, żeeee doo zobaczenia jutro ranooo i wszystko będzie gotoweee…to do widzeniaaa!
– Już nic nie będzie takie samo! – Sophie płakała nad podłogą, pozwalając suczce wczołgiwać się i zlizywać wilgoć ze swojej twarzy. – Już nic nie będzie, mój Izaaku, nic nie będzie! Koniec nadchodzi nad nasze życie, mój Izaaku! Byłeś moim domem, więc teraz jestem bezdomna! – wypłakiwała.