„Normaln(ość) kłuje w mostku”
Drzwi do mamy były otwarte. Weszłam do salonu. Ciemny, znajomy. Wydychał mieszankę tytoniu i alkoholu. Przez chwilę poczułam się całkiem dobrze i przytuliłam się myślami do tej woni. W przyległej do salonu sypialence hałasował kołtun nieznanych mi głosów, ale przez ten krótki moment nie był stanie pozbawić mnie spokoju. Odcięłam słuch.
Ktoś nagle załapał mnie za ramię.
– Proszę wyjść, zabieramy panią G- mocny kobiecy głos zarządził mną skutecznie.
Dopiero teraz, kierując się w stronę korytarza zobaczyłam bałagan. Fotele leżały przewrócone jakkolwiek, kilka butelek po napojach i papier na papierze, poszarpany ciuch na ciuchu…
Trochę zużytej bielizny…
Smród, który musiał być tu cały czas, nagle uderzył mnie w żołądek.
Zwymiotowałam na siebie.
Tego dnia, zadałam sobie w dzienniku pytanie: czego w zasadzie pozbyłam się z żołądka? Śniadania zjedzonego z Zacharym, czy napięcia towarzyszącego tamtej rozmowie? Być może musiałam zrobić miejsce na nowy niepokój – podsumowałam.
– Ta to zawsze! Na święte mury Jerozolimy, dziewczyno! Nie utrudniaj! – Sophie pchała mnie przed siebie zirytowana. Wyrosła jak spod ziemi, pomyślałam. Zaprowadziła, a właściwie dopchała mnie na drugą stronę domu.
– Ale co z mamą? – pytałam i walczyłam z kołowrotkiem w myślach i żołądku.
– No co? – warczała Sophie zarzucając mnie ręcznikami z szafki- ogarnij się, byle bokami chodź do łazienki, nie utrudniaj! – ponaglała.
– Ale co z mamą? – pytałam ze ściśniętym gardłem i udawałam, że jestem gotowa wyjść i wziąć prysznic.
– Gówno. Marsz do łazienki! – Sophie sarkała coraz dziczej i wskazywała dłonią kierunek, który miałam obrać bez dyskusji.
– Nigdzie nie pójdę- wyszeptałam siadając po turecku na podłodze. Wzięłam oddech i unikałam uświadomienia sobie czym są plamy na moim brzuchu i piersiach. Powstrzymałam odruch wymiotny.
– Co z mamą do cholery?! Powiedz! – naciskałam, wiedząc, że burzę świętości i narażam się na pohańbienie.
Sophie zakasała rękawy. Stała nade mną do momentu, aż poczułam ciepło w głowie.
– Niech ciocia jej nie biiii- Zachary nie zdążył dokończyć. Pojawił się w drzwiach, wziął oddech tak głośny i rzewny, że zdawało mi się, że zacznie płakać.
Nie zdążył. Dostałam w głowę.
Podszedł, wziął mnie pod rękę i pomógł wstać.
– Umyjemy się, Noe. Tak w ogóle- odwrócił się w stronę zacietrzewionej Sophie zanim wyszliśmy- to dzień dobry, poniekąd… – przywitał się smętnie, z żalem.
– Poniekąd dobry- wycharczała i machnęła żebyśmy wyszli.
Prysznic wprowadził mnie w zakłopotanie. Zachary siedział na podłodze, tyłem do kabiny, zapewniając mi swobodę wariata, czyli pozwalając działać samodzielnie wyłącznie w granicach nagości. Czułam, że chroni mnie, ale i zniewala.
– Zach- zapytałam- stojąc już w ręczniku- co jest z mamą? Wiesz?
– Wiem. Nic nowego. Przesadziła hmm no wiesz… – mówił ze wstydem. Czochrał włosy, niepokoiły mu się dłonie.
– Tylko tyle? Kto ją znalazł? – pytałam trzęsąc się i mimowolnie błogosławiąc okolicę kroplami wody uciekającej z włosów.
– Tylko? – Zach patrzył na mnie z niedowierzaniem- dla ciebie to tylko…? Z tego co wiem, to u twojej mamy były zamknięte małe kociaki. Piszczały, bo Ernesto była na korytarzu. Ciotka Helena usłyszała skrzeczącą coraz głośniej kotkę i postanowiła wypuścić dzieci do matki…- opowiadał nerwowo, obiema dłońmi wprawiając znów w ruch ciemną czuprynę.
– Dobrze, że ciocia… – powiedziałam i wyprosiłam Zacha z łazienki. Słyszałam, że schodzi na dół, a potem dobiegł mnie głos babci proponującej mu kawę.
Jak gdyby nigdy nic. Zwróciła się do Zacharego tonem dobrze mi znanym. Był to ton siłą przywracanej normalności. Po prostu czas na kawę, nie dzieje się przecież nic takiego…
Poczułam taki ból w mostku, gdy Zach także zaraził się tym tonem od niej…
Musiałam doprowadzić się do porządku. Wyliczałam w głowie…Najpierw posprzątam u mamy, potem pojadę do niej, do szpitala i wieczorem, jeśli dobrze pójdzie, zacznę się uczyć.
Włosy poddawały się grzebieniowi, który dziedziczyłam po siostrze Sophie. Rzadki, bez jednego, środkowego zęba, imitujący skorupę żółwia- miał się nijak do moich cienkich, niby dziecięcych włosów, które najłatwiej rozczesywała szczotka ze szczeciną dzika. Ale nie umiałam odebrać go sobie. Zresztą, dziś poszło nam ze sobą sprawnie. Brudne ubrania zostawiłam w koszu, dla pani Basi. Z rzędu szaf, na które wychodziło się wprost z łazienki, wyciągnęłam bieliznę, czarne sztruksy i niebieski sweter. Zasłoniłam świeżą garderobą nagie ciało, położyłam po ramionach podsuszone włosy i wyszłam na prawo, w stronę schodów na dół. Nie mogłam zejść tak po prostu. Nigdy nie mogłam uciec stąd w popłochu, tracąc rozum z emocji. Cokolwiek by się nie działo, musiałam zatrzymać się przy drzwiach mamy.
Teraz, nadal były otwarte. Przypominały usta rozdzierające się w kącikach, w panicznym krzyku. Nie pozwalały mi na spokojne zejście w dół. Nie mogłam też pozwolić sobie na powrót na swoją część domu.
Musiałam tam wejść.
Żołądek podszedł mi wysoko, więc na bezdechu weszłam do salonu i pootwierałam okna wszędzie tam, gdzie starczyło mi zapasów tlenu.
Wybiegłam.
A potem już schodziłam powoli. Schodek po schodku. W głowie układałam zdania, którymi mogłabym opisać to, co właśnie dzieje się w moim życiu. Nie mam sił płakać, krzyczeć, uciec stąd- myślałam. Zostały mi słowa. Bezpieczna przystać, kieszeń w podszewce rzeczywistości, do której mogę się schować.
Szukając odpowiednich słów, gubi się po drodze większość płonącego żalu. Strach postawiony przed wystawą synonimów, nie rozdziera już wnętrza na strzępy. A pragnienie rozebrane na poszczególne litery- blednie.
Skupiłam się więc na słowach, a im bliżej byłam celu- nasłuchiwałam, co dzieje się na dole.
– Sucha ta cytryna, jak udręczony przaśnik- komentowała z niesmakiem Sophie. Sprawiała wrażenie osoby, która, nie pomna doświadczeniem, za każdym razem spodziewa się wybornego owocu czy warzywa. Rozczarowanie, gdy któryś z wymienionych nie był dość smaczny, soczysty, dojrzały- przybierało kuriozalne wręcz demonstracje niezadowolenia starszej pani. Tym oto razem zdradziecka cytryna przypomniała babci o tym, że świat nie zawsze jest po jej stronie. Czułam to wyraźnie: jedna sucha cytryna przypominała Sophie o każdym braku, jakiego doznała aż po dziś dzień.
Każdy dzień głodu.
Każdy dzień bólu.
Każda zdrada.
Każda tęsknota.
Każda nielojalność.
Każdy ból porodowy.
Każda łza bezradności.
Każda myśl o tych, których bestialsko zamordowano.
Każdy dzień walki i świadomość, że będą tacy, którzy ją przegrają.
Każdy dzień odrętwienia, po tym od czego nie dało się uciec wzrokiem, ni sercem.
Każda noc bezsenna.
Każda noc strachu.
Każda noc beznadziei.
Każda noc, która przyniosła śmierć jej bliskim.
Jeden suchy plasterek cytryny otwierał morze nieuciszonych łkań. Podobnie bywało z buraczkami, z których ćwikła wychodziła cierpko, albo owocami dającymi niesłodki sok. Wszystko to przywodziło na pamięć jak bezczelnie ten świat nie liczy się z naszymi pragnieniami.
– Jesteś wreszcie- rzuciła ostro- dlaczego w tym domu nie słychać słów modlitwy?!- zapytała podnosząc demonstracyjnie ręce i oczy ku niebu.
– Co ciocia ma… na myśli? – Zachary zapytał wygrzebując paznokciami rodzynki z ciastek bakaliowych, co skutecznie pozwalało mu odciągać uwagę na czas gościny. Domyśliłam się, że zanim się zjawiłam, Sophie użyła sobie na nim do woli.
– Ano to, co tu się dzieje z woli Najwyższego! Sam widziałeś! – odpowiedziała tonem dyktatora i rzuciła we mnie spojrzeniem, po którym mogłam tylko już usiąść obok Zacharego.
Nie patrzyła na mnie. Czułam jak wielki grzech mam za sobą. Grzech dramatyzowania.
Na kuchennym stole stało sporo łakoci. Nalałam sobie z dzbanka wody z cytryną i miętą. Wypiłam szklankę, potem drugą. Czułam, że nie da się zaspokoić tego ognia we mnie.
Sophie podeszła i szturchnęła mnie w ramię talerzykiem.
– Masz, jedz.
Na talerzyku leżało kilka postnych chlebków. Spojrzałam na nie i podniosłam wzrok. Spotkałam oczy Sophie.
– Zjem to- pokazałam wzrokiem ciastka przygotowane dla Zacharego.
– Ciastka- wyrzuciła z siebie zdecydowanie- są dla mężczyzn! – oświadczyła i znacząco przesunęła talerzyk łakoci w stronę Zacha.
– W takim razie podziękuję- powiedziałam nie unikając jej rozgniewanych źrenic- idę sprzątać u mamy- rzuciłam i obrałam kierunek do wyjścia.
– Pomogę ci- zerwał się Zach- może skoczyć po coś do sklepu? – zapytał i wyczułam jak jego głos słabnie od nagłego zamachu ramienia w tył.
Nie odwróciłam się, szłam przed siebie.
Gdy byliśmy na schodach i powolnym krokiem wspinaliśmy się ku zdemolowanej części domu, zapytałam nie oglądając się za siebie:
– Co stało się, gdy wychodziliśmy od Sophie?
– Zatrzymałem jej rozpędzoną dłoń swoim ramieniem- odpowiedział konspiracyjnie. – Zamachnęła się na twoje plecy, Noe…
Nie skomentowałam.
– Czy to znaczy, że nie możesz wspominać o matce i o tym, co się z nią dzieje, Noe?- pytał i jednocześnie stwierdził sam sobie: – To niedorzeczne! To nie twoja wina!
Odwróciłam się. Stanęliśmy naprzeciw otwartych drzwi do salonu mamy.
– A więc tak: otworzyłam tu wcześniej okna, ale nie wiem, jak będzie, gdy wejdziemy dalej- oświadczyłam tonem harcerki- salon, kuchnia i sypialenka na pewno się wietrzą. Co czeka nas w głębi… nie wiem.
Nie mogłam posmutnieć, więc poszłam przed siebie i lekko naderwałam paznokciem skórę nadgarstka.
Od razu lepiej.
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to Ernesto śpiąca na oparciu przewróconego fotela, razem z małymi kluseczkami.
Życie toczy się dalej. Ale każde dobro krzyczy o złu. Każda opiekuńcza matka niechcący obwieszcza istnienie tej niezdolnej do miłości- pomyślałam adresując pretensje do losu.
Zegar na wieży kościelnej wybił południe, a ja wyobrażałam sobie, że niebiosa rozgrzeszają mnie z gniewu. Każda partia startych wymiocin mamy, każdy papier zebrany z podłogi, wyniesione workami śmieci- wymazuje mój poranny wybuch skierowany na Zacharego.
Rozgrzeszałam się, czyściłam podłogi, okna, parapety. Myłam pieczołowicie każdy talerz po trzy razy. Wszędzie unosił się jej zapach. Chanel zalatywało nawet spoza zgniłych, owocowych obierek, wpijających się już w dywan sypialenki.
– Noe, tu jest tak…
– No jak? – popatrzyłam znad szorowanej niemal pazurami podłogi.
– Często tak jest? – zapytał, powlekając poduszkę nową poszewką l i brudną skrupulatnie składając w kostkę na podłodze.
– Różnie- odpowiedziałam zbita z tropu. – U mamy to różnie.
– A od zawsze chyba, jeśli wierzyć opowieściom wuja Jakuba…- drążył, choć trzeba mu przyznać, że delikatnie.
– A właśnie- podchwyciłam temat nad wycieraną już na sucho podłogą- dlaczego na sziwie z powodu dziadka, ani nigdy na dłużej, nie było u nas twojego ojca? Nie wchodzi do nas do domu…hmmm -czemu tak?
– Za to zawsze bywa tu wuj Leon, a to bliźniak ojca przecież…- mamrotał niechętnie.
– No i co? – parsknęłam śmiechem. To liczą ich za jedno, czy jak?
– Noe, nie ciśnij… – westchnął błagalnie, domykając już popielatą kapą świeże łóżko mamy.
– Jak skończymy, pojedziemy do mamy, a potem na obiad do Książa- zadecydowałam, zmieniając zgrabnie temat.
– Ale po co do niej? Nie żebym miał coś przeciw…- zawiesił się i zmieszał. Stanął niepewnie z kupką zebranych w kostkę brudnych poszewek i prześcieradeł, które mama układała piętrowo, zamiast wymienić. – Nie gniewaj się Noe, ale ona była nieprzytomna… Dziś chyba nie ma o czym…
Wstałam z kolan. Podłoga była czysta i sucha. Przegryzłam policzek tak mocno, aż przeszła mi myśl, że na wylot. Na szczęście nie. Krew wlała mi się pod język.
Ulga.
– Chcę posiedzieć pod jej salą, albo chociaż przy wejściu na OIOM- poprosiłam wzrokiem i tonem głosu. Zachary był moją jedyną szansą transportu do miasta w sobotę, więc błagałam też w duchu Boga.
– Wiesz, gdzie mama leży? Tam, gdzie zwykle? – pytałam- Powiedzieli, że tam gdzie zawsze? – próbowałam odświeżyć pamięć Zacha.
– Tak, Noe- zasmucił się Zach- tak właśnie powiedzieli. Tam, gdzie zawsze… i jasne, pojedziemy… zbieraj się.
Gdy odjeżdżaliśmy z parkingu, zasłonki w warsztacie poruszyły się. Czułam wściekłość Sophie, ale tego dnia ocalały od niej moje plecy. Piłam za to swoją krew. Na swoich warunkach.