„zbyt ciemno wciąż przy zamku Książ”
– Ej, nie rządź się moim nierządem, Zach! – zasugerowałam stanowczo, choć na rozcieńczonej już mocno irytacji. Pytał o moje relacje z mężczyznami. Nie zamierzałam odpowiadać. Szampan rozluźniał moją ściśniętą tożsamość i tak szczerze, to ledwie poczułam ukłucie złości, gdy zorientowałam się, że Zachary chce dotknąć murów, za którymi zabunkrowałam swoją intymność. Po szampanie, obóz traum zazwyczaj otoczony murami, z łatwością staje się przyjazną osadą. I nawet jeśli pozostaje jakieś ogrodzenie, to znacznie nabiera elastyczności.
Nie byłam więc wściekła, ale są takie sprawy, o które nie pyta się bez ostrzeżenia.
– Myślisz, że jesteśmy już dość pijani, by wreszcie ze sobą pogadać, Zach? – mówiłam przez mglisty uśmiech, całkiem jednak przejrzyście wnikając w jego profil. Zarysował się grubą kreską na odbitym od zamku świetle. Takie tło doskonale podkreślało całą postać Zacha. Na pierwszy plan wyłoniła się surowość jego gestów, ostrość rysów, bezwzględność mięśni. Łatwo zapominałam o tym, co w Zacharym jest pierwotne. O męskości.
Ostatnio mieliśmy burzliwe relacje. Zdarzało się, że Zach płakał przy mnie, ale też okazywał troskę, wspierał.
Nie miałam szacunku do miękkości w mężczyznach, a dokładnie do tego kanału, którym wpuszczają w siebie słabość.
Za to teraz gadżety surwiwalu, smakowały mojej wyobraźni niemożebnie. Zach był w nich płynny. Swobodnie niedostępny.
Wbijałam teraz w niego wzrok, pochłaniałam tę jego dzikość, która odgrywała się przede mną, gdy dbał, by było nam ciepło od ziemi, by wiatr nie zacinał ze wschodu, a koce otulały nam plecy. Wiedział, jak okiełznać naturę, by z niej korzystać według potrzeb.
Parsknął żywo. Przetarł dłonią kilkudniowy zarost, na który dopiero teraz zwróciłam uwagę. Był ciemny jako mężczyzna, a ten zarost, nawet drobny, mocno podkreślał jego czarne oczy i ich oprawę. A może i kierunek, w którym zwykle patrzył…
– Hmmm, no a te zbitki słów, którymi się wymienialiśmy na trzeźwo do tej pory, to co to było twoim zdaniem? – zapytał, sięgając do plecaka po drugą butelkę szampana. Szampańskoje igristoje… Lubiłam tę zieleń butelkowego szkła, a najbardziej to, co szampan robił z nią od środka. Zaburzał soczewkom plany. Alkohol- pomyślałam- już w samej butelce odurza, gdy się za nim chwilę powodzi wzrokiem, albo gdy spróbuje się spojrzeć na świat przez butelkę pełną trunku.
– Nie gadasz mi prawdy o sobie, kolego. Uciekasz od moich pytań- rzuciłam, odruchowo pocierając opuszką wskazującego palca o fragment brody Zacha. Ostra. Zaskakujące połączenie miękkiej skóry, nasztorcowanej igiełkami zarostu.
Odsunął się, chociaż chwilę wcześniej zachowywał się tak, jakby wszystko działo się według naturalnego planu. Mój dotyk był mu dobrem, ciepłem. Czułam to.
Teraz zasępił się. Zacisnął pięści.
– Nie dotykaj mnie, Noe- rzucił rozkazem jak martwą rybą. Bez sentymentów. – Do rzeczy, mała. Mam mówić, gdzie jadę, tak?!
Mówił prowokacyjnie, wbił we mnie wzrok, który mimo cienia, w którym się kryliśmy- przekłuwał mnie, okaleczał.
Speszyła mnie jego reakcja, ale podjęłam rękawicę. Wybiłam w sobie czułość i zafascynowanie. Niech mu będzie.
– Tak, gadaj- rzuciłam oschle.
Mieliśmy trochę smakołyków ze sobą. Pomyślałam, że zatkam sobie czymś usta. Widziałam, jak Zach wyciągał z bagażnika duży worek krówek i wrzucał je do plecaka. Nie pytałam, czy mogę, a on nie zareagował w żaden sposób na moją śmiałość. Sięgnęłam po jego plecak i błyskawicznie uwolniłam cukierek z papierka, niczym w magicznej sztuczce.
Wypełniłam usta krówką, a Zachary chrząknął i wyrzucił z siebie:
– Chcę opuścić świat- zadeklarował.
Zamyśliłam się, ale też nie bardzo mogłam mówić. Ilość śliny usiłującej pomóc mi strawić słodką kluchę w ustach, zaczynała być frustrująca. Jakoś zmusiłam swoje ślinianki i język do chwilowego podporządkowania.
-Ehke, ze co? Ze co mówis? – sepleniłam próbując domyślić się, w czym rzecz. – Bzmiszsz jak samobójca- dodałam.
– W pewnym sensie chcę zabić część samego siebie- odparł patrząc uparcie na Książ- tę złą część siebie, doprecyzował.
No dobrze, spokojnie- pomyślałam połykając siłowo pozostałą część krówki.
– Czyli nie wyjedziesz stąd cały, tak jak się obawiałam? – zapytałam już swobodniej.
– Cały, cały, cały! – Zach klepał zapewnienia jak bezmyślne modły, machając przy tym rękami jakby chciał się opędzić od moich spytek, niczym od natrętnych much.
– A nie część? – uściślałam błądząc w ciemnościach jego logiki- Mówisz, że tylko twoja zła część…
– Mam na myśli to, Noe- mówił z coraz wyraźniejszą chrypą- że wyjeżdżając stąd, zostawię swoją grzeszną część za sobą.
– To tak się da? – wystrzeliłam zdziwiona dziecinnością tej tezy.
– No zgoda, głupio gadam, Noe. Chcę zamieszkać w Jerozolimie, w Mea Szerim, wśród ultraortodoksyjnej społeczności.
– Czyś ty do reszty oszalał?!- zagotowałam się.
– Powiedz- uspokajał mnie, próbując utrzymać chociaż trzy palce mojej wściekłej i wyrywającej się mu dłoni- czy naprawdę nigdy, ale to nigdy Noe, nie marzyłaś o tym samym? – zapytał.
Czułam, że wbija we mnie czarne węgle swoich tęczówek. Wkurzył mnie. Cieszyłam się, bo istniało spore prawdopodobieństwo, że nie widzi mojego zmieszania.
No cóż, uderzył celnie- musiałam to przyznać przed samą sobą. Chciałam być szczera z Zacharym, ale jednocześnie bardzo obawiałam się bycia bezbronną w obnażaniu siebie. Podjęłam się pociągnięcia tej niby oschłej narracji i zdecydowałam przerwać niekontrolowane przez Zacha porywy uczuć.
Chcesz ciąć? – pytałam Zacha w myślach- to u mnie noży nie brak, chłopie.
– Jasne, że marzyłam o dzielnicach odciętych od świata, głupku! – wywaliłam, uwalniając dłoń ostatecznie. – Ale marzy się też o byciu żoną sławnego pisarza, gdy się jest dzieckiem! – dokrzyczałam. – Co marzenia, to marzenia… ani myślę urzeczywistniać siłą każdą mrzonkę. Mrzonka to mrzonka. Tylko dzieci liczą na cuda! Niech Bóg się zmiłuje nad tobą, człowieku!
Opuszczając dłonie zorientowałam się, że odegrałam scenkę a la Sophie- wzywając niebo na pomoc i wznosząc ręce ku górze.
– Noe, bardzo przepraszam- uśmiechnął się pod nosem- ja nie chciałem być nigdy żoną, ani mężem znanego pisarza. W dzieciństwie chciałem być lekarzem lub prawnikiem, jak niemal wszyscy dorośli wokół mnie wtedy- mówił. – Dopiero teraz religijność, a właściwie duchowość zamieszała mi w głowie na dobre…
Zatrzymał się, wziął głęboki wdech i biorąc mnie na muszkę, powiedział:
– Bo oni wszyscy, to jest moi rodzice, twoi Noe też, wybacz co powiem- mieszał się trochę- ale to ich życie płytkie…puste, aż wrzeszczy o litość.
Popatrzył na mnie jakoś mocniej i dodał:
– Poczułem bezcelowość zdobywania kolejnych stopni naukowych i dążenia do wygodnego życia. Booo- zaczął łkać-od lat już modlę się do pustego nieba, rozumiesz? – szlochając schował w dłoniach twarz. -Rzucam modlitwami w niebo, jak kamieniami w mur, rozumiesz to? Rozumiesz?!
Skulił się, czy skupił bardziej? Nie byłam pewna.
Zawstydził się własnych słów? Patrzyłam, jak zawiesza wzrok znowu gdzieś w oddali zamkowej. Słuchałam, jak zawiesza głos i nurkuje w głębinach swoich myśli.
– Już tam jesteś, prawda? Już tam żyjesz, prawda Zach? Powiedz, że mylę się, przeczuwając, że już cię tu nie ma prawie…
Milczał, a jakiś nocny ptak przeleciał bez uprzedzenia blisko nas. Być może to jemu zawdzięczałam przebudzenie między nami.
– Tak, Noe. Nawiązałem już kilka kontaktów z rodziną w Jerozolimie. Najpierw chcę tam zamieszkać, dowiem się więcej na miejscu. Pomieszkam, popytam na miejscu co muszę zrobić, by wstąpić do wspólnoty… Ale do tego czasu- mówił na wdechu- chcę podjąć tam pracę, żeby nie siedzieć na głowie wujkom. Angielski znam, rosyjski też, a hebrajski to sama wiesz…
– Chłopie, ale chcesz przyłączyć się do ludzi, którzy mieszkają w państwie, na które nie wyrażają zgody! Serio, nie wezwiesz karetki pogotowia i straży pożarnej w szabat? Zgadzasz się zgłupieć dla zasady? Po co ci to?! Dla którego Boga taka ofiara?!
Szturchnęłam go w ramię. Sama nie wiem co mnie tak rozwścieczyło. Plan, by przez pewien czas pomieszkać we współczesnym Izraelu, a potem przystąpić do grupy tych, którzy go obalają… wydał mi się tak podły, tak chytry, tak wyrachowany…
– Muszę poczuć, że nadal żyję…muszę.
– To teraz nie czujesz? Nie ma na to łagodniejszych środków, by poczuć?!- dociskałam.
– Nie czuję, Noe. Co chwilę plączę się w jakiegoś człowieka, splatam się z jego życiem jak pasożyt. Nie umiem żyć dla siebie, gubię swoje wnętrze, zaprzepaszczam je. Nawet ciebie byłem gotów się uczepić…- dorzucił niepewnie raniąc mnie słowem NAWET…
– I musisz to wszystko zrobić tam, by żyć dla siebie?!
– Nie tylko, Noe. Ty niczego nie rozumiesz…
– Co pomijam, powiedz mi- chciało mi się wyć. Docierało do mnie, że naprawdę nie chcę go stracić, ale także, że nie jestem w stanie temu zapobiec. W końcu, jestem tylko abstrakcyjnym, irracjonalnym powodem, który bez sensu wpadł Zachowi do głowy…
I wypadł…
– Żyć dla siebie to żyć dla Boga!!! Chcę poczuć, że jest jakiś system na moje życie, jakiś klucz do mnie! Taki klucz może mieć tylko Stwórca… Wystarczy ci?!!!- dyszał- Mam gdzieś jak mnie postrzegają inni, mam dość życia w pustce, w tym cholernym marazmie!!!Mam dość takich historii jak z Ewą. Ta przeklęta nadzieja, że jakiś człowiek mnie uratuje, to jakiś szatański plan na mnie! A ja się już nie dam, rozumiesz?! – wymuszał na mnie odpowiedz- No powiedz, że rozumiesz?!
Nie rozumiałam.
– Nie możesz żyć dla Boga tutaj? Musisz zgłupieć, zwiesić pejsy i robić dziecko za dzieckiem? – pytałam wściekła. – Stracę z tobą kontakt, głąbie!!! Nie chcę takkkk- zadrżał mi głos.
– Niekoniecznie stracimy kontakt, są już koszerne komórki – zaczął się uspokajać jakby na samą myśl o koszernych komórkach. Jednak na odgłos mojego szyderczego śmiechu odruchowo wziął się za pakowanie wszystkiego do plecaka. Pospieszał też mnie.
Wieczór pękł na pół. Mieliśmy siebie dość.
Zach odwiózł mnie do domu koło trzeciej trzydzieści nad ranem.
Wydawało mi się, że pokonuję furtkę, schody kamienne i drzwi wejściowe niemal bezdźwięcznie. Przed domem paliła się lampa. Sophie musiała zostawić ją celowo. Najczęściej zostawialiśmy ją tacie, gdy miał zajechać do domu nocą.
Genetyczna echolokacja zadziałała. Sophie wiedziała dokładnie, w której części korytarza się znajduję i bezszelestnie otworzyła na oścież drzwi warsztatu. Gdyby za moment zdecydowała się na to samo w drzwiach swojej kuchni, już nie dojrzałabym jej będąc u szczytu schodów na górę. A środek nocy to ostatni czas na wykrzykiwanie za kimś. Wycyrklowała idealnie.
Stała teraz pośrodku futryny, w ciemnobrązowej, lnianej koszuli, z szarą chustką na włosach. Wyglądała jak wewnątrz ramki.
– Jesteś, Noe- stwierdziła dość łagodnie, co mnie zaskoczyło.
– Jestem, idę spać- odpowiedziałam.
– Czy byłaś z Zacharym do tej pory?
– Tak- rzuciłam na odczepnego.
Byłam już w połowie schodów, ale zatrzymałam się. Była smutna. Uderzyło mnie to, choć ledwie odnotowałam ją wzrokiem. Nie planowałam dyskutować z babcią o tej porze, a też byłam na tyle zła, że nie bardzo miałam na to ochotę w ogóle. Nie mogłam jednak iść przed siebie tak po prostu.
– Coś się stało? – zapytałam niby od niechcenia pochylając się w dół.
– Nie, nic takiego. Miałam ciężki dzień, ty zresztą też…- zamyśliła się i popatrzyła mi w oczy:
– No nic to, dobrej nocy- rzuciła żwawo, dusząc smutek i zamykając za sobą drzwi tak szybko, że życzyłam dobrej nocy już tylko sobie i duchom niepewności, które właśnie po raz tej nocy zagadnęły mnie.
Snuły się za mną po schodach, ale na dobre dopadły mnie pod drzwiami mamy, za którymi spała tylko Ernesto z małymi. Kotka zrzuciła sobie kapę z fotela i umościła dla siebie i dzieci miłe posłanie. Wypełniłam jej miseczki i usiadłam na chwilę obok. Podniosła główkę i zaskrzeczała cicho do głaszczącej ją dłoni. Położyłam się tak, by mieć przy sobie jej ciepłe plecki. Duchy rozdygotały się w moich nogach, ale nie zamierzałam się im poddać.
Jakoś zasnęłam walcząc z nimi o swoje ciało.
Obudził mnie telefon o poranku. Zach za godzinę będzie i zawiezie mnie do mamy. W głosie wyczułam dystans i coś chropowatego, co próbował przeskoczyć, ale nie był w stanie. Nie oczekiwałam tego. Ja też czułam potworny żal.
Ale chciałam, by pojechał ze mną. Kąpiel, kawa, dużo wody wypitej duszkiem. Byłam gotowa, czekałam.
Gdy zobaczyłam z okienka sypialni mamy, że na parkingu zaparkował garbus, zebrałam się do wyjścia. Na schodach leżał talerzyk z plastrami chałki. Zwróciłam uwagę na dużą ilość kruszonki i poczułam uścisk w sercu.
Babcia mnie kocha.
Zabrałam talerzyk z zawartością, naciągnęłam jedną ręką kaptur na głowę.
Wyszłam z nowymi siłami w świat.
Zanim doszłam na parking, zobaczyłam Ernesto biegnącą bardzo zdecydowanie w stronę domu z pól. Miała coś w pyszczku.
To matka powinna przyjść do dziecka z życiem, a nie odwrotnie- zapisałam tego dnia w dzienniku.