„o świcie zadbaj, by pozory wstały razem z tobą”

Wieczór po zakończonym szabasie był bardzo ciężki dla wdowy po wiejskim krawcu E.
Często potrząsały nią duchy niepokoju i podszeptywały szorstkimi językami, że otchłań zbliżającej się nocy wyrwie jej wnętrzności. W ostateczności, niestety, nie chybiły wyrokom, bo pomimo miłych chwil u boku ogrodnika, noc dopadła ją bez litości.

– Oby dziś Stwórca pozwolił myślom iść spokojnym torem! – zaklinała starsza pani, bojąc się zwrócić ku niebu osobiście. Robiła to na głos, gardłem nie mającym niczego do ukrycia. Wspierała przy tym głowę na łokciach wbitych w szeroki, kuchenny parapet. Bez trudu mógł więc usłyszeć ją nie tylko Bóg, ale też duchy niepokoju i każdy z mieszkańców przechadzający się w tym momencie korytarzem na parterze domu. Był niedzielny świt. Tyle co położyła się około czwartej nad ranem. Nieszczęśliwie się stało, że ledwie zasnęła, a dopadł ją na męki okrutny sen. Musiała to przerwać i żeby nie dać mu już możliwości powrotu, poszła pod lodowaty prysznic. Poczuła się po nim silna i przegoniła mary na dobre. A przynajmniej na czas, gdy dnieje.

Kwadrans nałożył się już na piątą rano. Słońce wstać miało późno, ale i tak, gdy już wstanie, to przyjdzie w gościnę do szarości zimowej- mówiła sobie.
Sen, o którym napisała w notesie, dosładzając i mocno mieszając przy tym cierpką kawę, nazwała najgorszym rodzajem snu. Miała bowiem na myśli sen, który jest wspomnieniem. Taki, który odbiera śpiącemu człowiekowi szansę na oderwanie stóp od ziemi, odklejenie myśli od logiki dnia.
Sen przywracający pamięć, to okrutny złodziej. Najgorszy ze wszystkich- pisała- bo odbiera człowiekowi czas na bezwolność, beztroskę, bezmyślność…i chwilowy brak świadomości, że jego korzenie tkwią w cierpieniu.

Kawa wydawała się ciemnieć i gęstnieć wirując w filiżance, gdy staruszka- czołem skierowana ku czerni ogrodu za oknem, zanotowała:

„Teraz myślę, że ten sen miał na celu mnie poturbować trzeźwiąco. Jaś tak skutecznie odciągnął mnie od przykrych myśli na temat tego, co znowu się stało z Gajką, a potem jeszcze od przykrego telefonu…Dzięki niemu, zapomniałam, że chwilę przed wyjściem na mróz Estera i Dawid Goldbergowie zadzwonili z absurdalną pretensją, że wygadałam wszystko Noemi…

Nie wolno odpychać niepokoju. Jak widać wraca z całą armią strachów we śnie.

Bycie nazwanym kłamcą, to wielki ból dla kogoś, kto musi się leczyć z prawdy! Ale ponad wszystkie prawa mam w sobie najpierw to jedno: szacunek do własnego wnętrza. Bo wnętrze to miejsce rozmów z Bogiem i nikt mi w nie nie napluje! – zapisała dużymi literami w notesie, oznaczając wpis literką G jak Goledbergowie.

Rodzice X. mocno przesadzili, notowała. Umiem żyć we wrogości, ale pokojowej. Nie zamierzam łamać danego słowa. Wydawało mi się, że nasza ostatnia rozmowa była klarowna, mianowicie: ja nie wpuszczam tu X. nawet gdyby okazał rodzicom nieposłuszeństwo i próbował odwiedzić Noemi. Dodatkowo, nie mówię o nim nic co wiem. Byłam pewna, że rozumiemy swoje sytuacje i nie czujemy urazy.

Poczułam teraz ucisk w sercu, bo wyszło na to, że oni nie powściągają urazy, wręcz przeciwnie.
Tylko tego mi brak, zamieszania wśród znajomych… Ciągłych awantur w gminie.”

Tu urywa się zapisek poranny.

Ktoś poskrobał drzwi, po czym powolutku zaczął je uchylać. Sophie zrozumiała, że owo drażniące, przeciągające się skrzypienie zawiasów nie jest przypadkowe. Ktoś tam czekał na zgodę, by wejść, więc krzyknęła poddenerwowana: – Nooo! Niech wchodzi, kto tam na Boga jest?!

Zagadka szybko się rozwiązała. Wystarczyło, że gość zrobił zdecydowany krok w przód.

– Ach, to ty Helenko! – rozchmurzyła się momentalnie na widok najstarszej córki- Siadaj oczywiście! Chcesz kawy? Mam cały czas ciepłą, w rogu płyty…- zapewniała, wskazując wzrokiem żeliwny dzbanek na kuchni.

Nie czekając na odpowiedź, zanuciła coś i przyniosła z kredensu filiżankę dla córki. Helena poddała to rozważaniom. Nietrudno było wyczuć, że jest coś na rzeczy. Mama rzadko tak optymistycznie reagowała na nią. Zresztą, czy kiedykolwiek czuła od niej czystą, tak naprawdę czystą radość?

Najczęściej bywało tak, że staruszkę przestraszał każdy, kto chciał wyrwać ją z jej głowy. Nie tylko rzecz tyczyła się gości ze świata zewnętrznego, których to Sophie poddawała licznym komisjom uwierzytelniającym tożsamość, zza drzwi oczywiście… Ale Helena wiedziała także, że każdy z domowników, zwracając się do Sophie zostawionej samotnie choćby na kwadrans, gwałci ją sobą, coś jej obiera siłą- chcąc się zbliżyć słowem, gestem, obecnością…

Usiadła na niskim stołeczku, tuż przy drzwiach. W razie nerwów matki, będzie mogła szybko się wycofać… Ale chyba nic takiego nie miało się stać. Sophie radośnie podała jej kawę do ręki.

– Chcesz tak nisko siedzieć, żałobnie? W sumie ty tak zawsze prawie… – mówiła miękko i takim też krokiem wróciła na swoje krzesło. Odwróciła je teraz w stronę kuchni, zamykając czujnie notatnik. Zostawiła za plecami swój parapet i biurko zarazem. Patrzyła, jak Helena popija kawę drobnymi łyczkami.

– Co cię do mnie sprowadza, dziecko? Tylko- ścięła na moment słodki ton i podniosła wskazujący palec jako ostrzeżenie- ani słowa o Gajce, od razu mówię! To pohańbienie, nie kobieta! Wybacz – zawodząc popatrzyła w sufit, dając tym wyraźny znak, gdzie zamieszkuje ten, którego prosi o wybaczanie za złorzeczenie synowej.

– Nie, no jasne mamo… na ten temat ani słowa… wiem przecież- uspokajała ją córka. Skuliła się w sobie najpierw, a potem, niby pąk kwiatu, z wolna rozszerzała ramiona i wyciągała szyję ku matce. Wreszcie odsłoniła przed nią pytające oczy i wypowiedziała:

– Czy coś cię łączy z panem Jasiem?

Zapadła cisza. Złowroga. A potem wymuszony, nerwowy śmiech i dowcip:

– Oj musiałby głośno krzyczeć spod prześcieradła Washington na przekupstwo, żebym nie żałowała!
– Co to niby znaczy? – dopytała zbita z tropu Helena.

– Że musiałabym sypiać z nim na dolarach i dostawać je w zamian potem… no wiesz…- zaśmiewała się mówiąc to. Jednocześnie, co Helena zauważyła, matka sprawdzała, czy córka połknęła haczyk.

Nie połknęła.

Sophie trzęsły się dłonie. Poczuła złość. Co to za czepianie się, łapanie za słowa? Ani myślała odpowiadać. Mimo to, ta wciąż się ośmielała:

– No bo u mnie w kuchni jest prezent dla ciebie, mamo. Byłam na chwilę przed domem pomodlić się na początek dnia- tłumaczyła się, teraz już nerwowo- a pan Jasio szedł i poprosił żebym ci coś przekazała, bo może śpisz. Przeprosił, bo nie mógł zasnąć, póki nie dostaniesz… tak mówił, więc…

I tu mama przerwała jej brutalnie. Podeszła do kuchennych drzwi trącając boleśnie trzewikiem gołą stopę córki i wyszła.
Helena usłyszała tylko otwierane drzwi jej mieszkania. Było tuż za ścianą. Mama poszła wziąć sobie prezent sama. Jak zwykle dała jej nadzieję na chwilę ciepła, potem oskarżyła i pominęła.

Smutek, który ją wypełnił, był tak ciemny jak kawa, którą serwowała jej matka.
Za ścianą rozległ się radosny pisk. Wypiła duszkiem kawę, umyła filiżankę i odstawiła do wyschnięcia.

Wzięła oddech, poczuła ścisk w brzuchu, ale złapała za klamkę i poszła do swojego mieszkania. Uspokajała ją myśl, że mama przecież wydała okrzyk radości, więc będzie dobrze.