„To nie ja byłam(z) Ewą!”
Zamarzają mi stopy.
Wiem to pomimo intensywnego snu. Pierzyna nie wystarcza, właściwie nie ma znaczenia. Nie wytwarza ciepła, nie dodaje chłodu.
Jest mi obojętna.
Pękata od ręcznie dartego pierza, a jednak…
Niczym plakat reklamujący zimowe herbaty z goździkiem i imbirem- składa obietnicę rozgrzania, ale nie ma na nią realnego wpływu.
Dobrze, że śpię- mówię sobie podczas mglistych przebudzeń. Musieć stawać na takich stopach, byłoby bardzo boleśnie. Na szczęście nie muszę. Jest sobota. Tydzień nauki za mną. Nie wracam na weekend do domu…nie ma mowy. Mogę zostać na stancji. Nieruchomo. Nie słyszeć, nie jeść, nie myśleć… Aż do poniedziałku…
Śnię o starej, płaczącej wierzbie, której potrzeba samotności jest silniejsza, niż niepokój z tym związany. Jej spuszczone pędy łapią jesienne słońce w szczerym polu, a ja siedzę w oddali, patrzę z ukrycia i mam w głowie tylko ten dylemat: przecież wierzba płacząca, nazywana jest także żałobną i nagrobną. Dlaczego to właśnie jej płaczliwość przyjęła się najbardziej?
Łatwiej skupić się na efekcie rozpaczy niż na jej przyczynie?
Płacz to płacz. Łzy można otrzeć, oczy odtają. Ale rozpacz to zbyt wiele. Nikt nie chce patrzeć na rozpacz.
Wierzba żałobna- to brzmiałoby zbyt drastycznie?
Nagle w oddali pojawia się drobna postać. Podchodzi zwolna do wierzby i siada pod nią, na ziemi, po turecku.
– Twój świat jest w moich rękach!!! Rozumiemy się?! Rób co mówię!!!- krzyczy rozgniewana i patrzy w wysokie trawy, w których przykucam.
To babcia! Nie mogę oderwać wzroku, choć pragnę zniknąć. Skąd wie, że tu jestem? To na pewno było do mnie, przecież nie ma tu nikogo innego. Gorączkuję się, czuję pot na skroniach. Nie wiem, jak wydostać się z klatki, którą z oddali roztoczył wokół mnie jej wężowy wzrok.
Nagle babcia wstaje, odwraca się tyłem i odchodzi. Oburzona, urażona…A mnie dręczy sumienie, przeciągam palcami wzdłuż ostrej trawy. Upuszczam krew. Co znów złego zrobiłam? Co powiedziałam nie tak? – zadręczam się.
Powietrze wypełnia głośny, nieprzyjemny dźwięk.
Skąd dochodzi to drażniące skrzypienie? Czyżby wierzba była aż tak stara? – zastanawiam się jeszcze we śnie, ale okruchy jawy drapią już moje powieki od wewnątrz.
Sen tego nie zniósł. Odszedł.
Wierzba nie istnieje po tej stronie wzroku. Palce nie krwawią. Zaczynam widzieć to, co wokół mnie. Podświadomość cichnie, schodzi ze sceny.
Wkracza jaźń.
Skrzeczące drzwi mojego pokoju domykał właśnie Zachary. Próbowałam nadążyć za tym co właśnie wydarzało się w realności. Najprawdopodobniej mój kuzyn zamierzał zostać po tej samej stronie drzwi co ja.
– Mogę wejść? – zapytał niepewnie.
Zaśmiałam się w duchu. Przecież już wszedłeś- pomyślałam.
Był cały ciemny, jakby ciemniejszy niż zwykle. Czerń typu Kongo- zwykł w ten sposób stopniować najintensywniejsze czernie mój tata. Zachary stał teraz w czarnych jeansach, takimż swetrze i całej swojej śniado-smolistej urodzie.
Przykryłam się szczelnie, nerwowo.
Zach usiadł na skrawku łózka, tuż przy moich stopach.
– O tak, hej… zapraszam. Która to godzina? – zapytałam na ratunek myślom, którym dałam czas na rekonesans, zanim Zach odpowie.
Badam otoczenie. Zielonkawy pokój stoi w głębokim cieniu, jak zwykle. Gęsta mgła półcieni wisi nad moim stołem. Dobra, już wiem. Jestem na stancji. Ulica Dębowa. Ciemna i nastrojowa, zupełnie jak trumna.
– Ósma. Jeszcze nie ma słońca. Ale pomyślałem…, bo potem może… – zawahał się i zrezygnował z dokończenia zdania- No jak tam, wyspałaś się? – zagaił i odruchowo złapał moje stopy przez górę puchu pierzego.
Zimno musiało wołać o litość. Dłoń zsunęła mu się w szczelinę, w której gruby wał pierza nie otulał stóp zbyt uczciwie. Musnął niechcący jedną z nich.
– A co to? Jesteś królową śniegu? – zażartował zdziwiony- Dziewczyno, emitujesz chłód, że strach siedzieć, żeby się nie przeziębić, heh!
Nie wiem, dlaczego na siłę rozchmurzył twarz. Wyczuwałam w jego mimice ślady przemocy. Zmuszał się do radości.
Niepotrzebnie, mówiłam w swoim duchu do jego ducha. Niepotrzebnie, Zach…
– Wracając do pytania… Nie ma tak dobrze upranej pościeli, bym mogła się dobrze wyspać, Zach- rzuciłam gorzko, zwieszając nogi z łóżka.
– Pójdę zrobić kawę- zaproponowałam i wskazałam dłonią okno, by Zach się odwrócił. Jak gdyby dres niewystarczająco mnie ukrywał, narzuciłam jeszcze na plecy rozpinany sweter. Obułam stopy w skarpeto-buty, jak nazywałam kilka par skarpet wsuniętych jedne w drugie, niczym wańki wstańki.
Dzieło zwieńczały wełniane, o dwa rozmiary za duże, skarpety z gumkami przeciw ślizganiu. Dzięki nim nie czułam powiązania z ziemią, chodząc niby boso.
Zach zajął się lekturą Blacka, którego trzymałam przy łóżku.
Wyszłam. Chłodny korytarz poprowadził mnie do kuchni, w którym już zawsze w pierwszej sekundzie spotykałam, przede wszystkim, martwą Ewę.
Zapaliłam światło. Ewa zniknęła.
To nasza tradycja, odkąd…
Odpaliłam gaz, postawiłam czajnik. Zanim zagotowała się woda, skorzystałam z toalety. Zach czekał przy kubkach zasypanych zmieloną arabicą.
Oparłam się o ścianę i zsunęłam w kucki. Zach przygotował też po kanapce z masłem i dżemem dla nas.
– Idziemy do pokoju? – zapytał niepewnie.
– Co tu się stało, Zachary?
– Z czym? – wyszeptał oglądając się najpierw za siebie i usiadł na podłodze, obok mnie.
– Z Tobą i Ewą…
Zach zwiesił głowę. Poczęstował mnie ciszą. Wstałam, by ściągnąć w nasze niziny kawę. Postawiłam kubki obok naszych stóp. Zjadłam swoją kromkę i wsunęłam Zacharemu w dłoń jego porcję.
Podniósł głowę i mętny wzrok. Jadł patrząc w głąb swojej głowy.
Nie mieliśmy więc kontaktu wzrokowego.
– Cały czas stresuję się, że jej gach nadal tam mieszka- wydusił z siebie i wskazał szuwarowym wzrokiem zaułek ciemnego korytarza, w którym to naprzeciw jego pokoju, był niegdyś pokój Ewy i jej partnera.
Patrzył w tamtym kierunku jak dziki człowiek. Nie byłam pewna, czy za chwilę nie zerwie się, jak raniony zwierz.
-Skąd Sophie wie o całej sprawie z Ewą? Jak to możliwe, że wpuściłeś w to rodzinę? -zapytałam i sen błyskawicznie nałożył mi się na jawę. Sam zaczął się objaśniać, pasować do życia.
Sophie jest zawsze krok przede mną-myślałam. To wstydliwe poczucie, że drwi ze mnie, że wie wszystko… o mnie i wszystkim… Moje życie w jej rękach…
No tak. Znalazłam martwą Ewę i jak w amoku żyłam obok nieszczęścia Zacharego. Postaci żyjące obok mnie, migają przede mną, jak przypadkowi aktorzy wdzierający się do monodramu. Co ze mną…? Co ze mną nie tak? Kiedy tylko przypomnę sobie ten ton babci obśmiewającej to, że jestem Golemem, bo nie wiedziałam kim jest Zach, i że nie wspomniałam nic o Ewie…
Wstyd. Potworny wstyd, za to kim jestem.
Zachary wziął ciężki oddech.
– Już teraz nie wiem od czego zacząć. Wybacz- mówił przepraszająco Zach- nie umiałem z tego wyjść sam. A wiesz… ta nasza rodzina, w pewnych… no… kryzysach… daje radę…
Poczułam niepokój.
– Potrzebowałeś ich wsparcia? Rozmowy?
– Potrzebowałem ich pieniędzy i prawników, Noe. Ten jej gach- Zach znów spojrzał w stronę dawnego pokpju Ewy- znalazł ślady naszej znajomości. Wściekł się, miałem na głowie policję- mówiąc to, położył dłonie na ciemnej czuprynie-no… o mały włos…
– Co? – zapytałam bojąc się co usłyszę.
– No wyszłoby wszystko…
– A co dokładnie znalazł?
Zawahałam się czy pić kawę, która tężała mi w gardle.
– Usg, list do mnie…
– Usg?
– Tak, spodziewała się dziecka.
– Mam nadzieję, że …nie twojego…
– Mojego, Noe. No przecież nie byłoby sprawy, gdyby nie mojego…- zirytował się
– Posłuchaj- mówiłam chowając twarz w dłoniach- nie chcę cię przesłuchiwać, ale oni nie powinni byli… to znaczy… po co ty mieszasz ich? Przecież wiesz z czym to się wiąże.
– No wiem.
– Co wiesz? Co musiałeś za to sprzedać? Duszę?! Całą?!- piekliłam się i podniosłam głos- czy tylko pół?!- wykrzyczałam na całe gardło.
– Nie wiesz co mi groziło- szeptał, ale coraz cichsze słowa, stawały się coraz ostrzejsze. Pisał nimi jak żyletką po ciężkiej atmosferze– Ewa usunęła nasze dziecko, w dodatku przeze mnie- powiedział, a ja poczułam, jak żyletka przecina mi skórę na mostku.
– Jak to?
– Nalegałem, bo ja, no wiesz, no planuję wyjechać…
– Słyszysz co mówisz? – pytałam, czując, że moja cierpliwość i życzliwość strzępi się i zaczyna wyć- Że co? Że planujesz wyjechać?! Więc miała zabić dziecko?! Nie wierzę!!!
– No głupi, no głupi jestem, Noe… – zawodził- Ale jej gach okazał się bezpłodny, więc narobił afery, że na pewno zgwałciłem Ewę, że przeze mnie się zabiła… Zrozum- mówił przez łzy pocierając nerwowo czuprynę- on chciał mnie załatwić, znalazł zapiski… a Ewa była dość wybuchowa, pisała z taką przesadą o emocjach… Tak to wyglądało jakbym faktycznie… No, jakby- męczył się- to było przeze mnie…
– Bo przez ciebie gnoju, a przez kogo?! Na zewnątrz nie mogła okazać niczego, to gdzie miała cierpieć?! Dobrze, że chociaż pisała! (strzelałam słowami nie tylko w obronie Ewy, ale i siebie, także piszącej dziennik) – Na twoje życzenie powinna była się całkiem wyzbyć dramatu?! Zutylizować stratę dziecka i to, że ma beznadziejnego kochanka egoistę?! – krzyczałam i wymachiwałam rękami, dziwiąc się, że tak umiem.
Wreszcie zerwałam się na równe nogi i kopnęłam Zacharego z całej siły w łydkę. Stałam nad nim, trzęsąc się, byłam gotowa kopać dalej. Poczułam jak nigdy dotąd wyrazistą złość. A potem strach, że ją czuję.
Z miejsca pomyślałam o mamie. To było jak włącznik automatyczny: mój gniew i ona. Przed oczami stanęły mi jej zamknięte drzwi. Może trzeba jej w czymś pomóc…? – myślałam- może dziś uda się ją zobaczyć…?
– Zawieź mnie do domu! – wyrzuciłam z siebie i wpadłam do pokoju, by w mgnieniu oka spakować walizkę.
Zachary został w kuchni, obok niego niedopite kawy i kilka ścian, dzielących go od dawnego pokoju Ewy i jej chłopaka.
Gdy stanęłam w kuchni gotowa do wyjazdu, zbierał się z kucków, a ja zorientowałam się, że podłoga w kuchni odzyskała swoją codzienną tożsamość.
Ewa zniknęła. Ktoś stanął w jej obronie.
A to jeszcze nie koniec, pomyślałam, gdy wsiadałam na miejsce pasażera w aucie Zacharego. Nagle ciepło wróciło do stóp.
Nadzieja, że i tym razem w domu zaboli… dodała mi nielogicznych sił emocjonalnych. Świat, w którym możliwy jest mój gniew, został wyparty przez krainę poczucia winy, w której jest się ofiarą, a nie sprawcą gniewu. Jak mogłam go kopnąć? Jak to możliwe, że ja kopię ludzi? – pytałam siebie i przeciwbólowo po każdym z tych pytań, nakładałam nadzieję, że w domu będzie jak zwykle.
Cierpieć to ja wiem jak….
Wtedy w moim świecie wszystko działa.
Gdy tylko ruszyliśmy oberwała się na nas chmura.
Jeden świat wyparł drugi- zapisałam tego dnia w dzienniku i myślałam wtedy, że mam na myśli tylko deszcz, który zniewolił świat wokół.