„pielęgnujesz, czy knujesz?”
Mama leżała cicho, niczego nie przekazując światu. Jak dawno zgaszona, zapomniana świeca, której to przydatności, nikt już nawet nie rozważał.
Spała, ale podobno o świcie obudziła i była wszystkiego świadoma. Wyniki wracały do normy, więc udało się uniknąć dializy otrzewnowej.
Jej ciało samo pozbywało się toksyn. Byłam mu wdzięczna.
Trzymałam ją za dłoń, do której z oddali wracało życie. Zachary czekał na korytarzu, wśród niedzielnej gawiedzi wpatrzonej z nadzieją w drzwi OIOMU. Lekarz wychodził stamtąd rzadko, stąd do niego nabożny stosunek wyczekujących. Głównie bowiem wyłaniały się pielęgniarki, w wielkim pośpiechu transportując leki, karty pacjentów i same siebie na papierosa…
Weszłam dziś bez problemu na oddział. Gdy zjawiliśmy się, milcząc do siebie z Zacharym, mosiężna oddziałowa stała akurat na korytarzu i przeglądała jakieś dokumenty. Od razu mnie zauważyła i rozpoznała. Zaprosiła serdecznie do środka, poklepując po plecach, zapewniła, że z mamą jest coraz lepiej i na dniach trafi na zwyczajną salę.
Ulga.
Zach znika, mama wraca, wyliczałam w myślach szkicując mapę dostępnych mi aktualnie ludzi. Co wy ze mną wyprawiacie? Nie wiem kogo mam, nie wiem kogo tracę, do kogo mam prawo przylgnąć choć na chwilę bez ryzyka.
Jeśli nie chcesz ryzykować- podsykiwała podświadomość- to nie będziesz mieć nikogo. Może lepiej nie chciej, poradzisz sobie bez nich ssssssss!
Kusząca propozycja.
W tamtym okresie bardzo często słyszałam zewsząd, że serce nie boli. Nie bardzo wiem z jakiej przyczyny to zapewnienie tak namiętnie do mnie wracało. Czy narzekałam, że mnie boli? Nie wiem. Na pewno nosiłam stado igieł w lewym ramieniu.
Teraz także, ale teraz ból był zrozumiały. Stałam nad mamą nieruchoma, jak kroplówka. Skraplałam w nią ze swojego nadgarstka- puls nadziei.
Rzuciłam okiem na wielki zegar zawieszony na ścianie, nad biurkami, przy których uwijały się pielęgniarki. Upływający czas przypominał mi o ojcu, którego nigdy nie było. Miałam wrażenie, że jedyna relacja jaką mamy, to moje czekanie na niego. On dawał mi swoją zaangażowaną nieobecność. Jeśli więc przestanę czekać, wszystko się rozmyje. Świat nie zapamięta, że kiedyś tworzyliśmy jakąkolwiek parę.
Który to już raz- nawet swojego cienia nie raczył tu rzucić! To już więcej niż standard, to czujnie wyznawana tradycja! – drwiłam. Po co odwiedzać żonę, skoro świat skrywa tyle młodych, bezproblemowych kobiet?
Byłam wściekła. Zawsze to samo, wykpiwałam go w myślach, wspominając wczorajsze spotkanie z rodzicami X…
Wyciszała mnie dłoń mamy.
Działała jak uziemienie dla gniewu, który gotów był przekraczać granice miast i państw, by dorwać ojca, by zmusić go do odwiedzenia mamy.
-Przepraszam- zagadnęłam odwracając głowę w stronę personelu. Wydobyłam z siebie, jakimś cudem, ton odwrotny do tego, który kierowałam myśląc do ojca. Zadziałał. Złapałam kontakt z błękitnym wzrokiem siostry oddziałowej. Z chęcią podeszła i uśmiechając się, pogłaskała mnie po twarzy. To samo zaraz potem ofiarowała mamie, gładząc ją po tej samej ręce, za którą i ja ją trzymałam. Krzepiła ją dotykiem tyle co powyżej mojej czujnej dłoni, ale nie unikając też moich palców. To takie miłe ciepło… Poczułam, że drugie spotkanie bardzo nam służy. Byleby nie trwało zbyt długo, bo będę musiała… uciec?
– Mówi, że przeprasza mnie, uhm- przytaknęła bezosobowo i zaczepnie – A za co, można zapytać? Hmm?
Siostra oddziałowa wróciła do tematu odważnie, ale i życzliwie. Wyobrażam sobie, że właśnie tak idzie się po bliskość, będąc pewnym jej zaspokojenia. Starannie odmierzone, niczym z probówki, jej fachowe zainteresowanie osaczało mnie. Ani myślała wypuścić mnie z wnętrza oczu, którymi wnikliwie studiowała także wszystkich chorych wokół.
Znalazłam się teraz na pierwszym planie jej studiów. Czułam się osaczana i obejmowana jednocześnie. Niespodziewana czułość budziła dwie siły. Tak samo mocne we mnie. Bardzo chciałam być zamknięta w przyjaznych kręgach jej oczu, ale jak mogłabym wybaczyć jej to, że gdy mama stąd wyjdzie, ślad po mnie z tych oczu zaginie?
Od lat kolekcjonowałam takie chwile, kiedy to ktoś obcy, zupełnie przypadkiem zadawał kłam zgubnym przeświadczeniom, które wpajano mi od lat. Jednym z takich fałszywych praw była odwrócona wartość życia i śmierci. Prawo to wybrzmiewało mniej więcej tak: „żywy człowiek nie zasługuje na szczerą, a już na pewno nie na ciepłą, uwagę.”
Oczom moich najbliższych- życie jawiło się jako stan podejrzany, o czym wspominała mi nieraz ciocia Helenka. Życie trzeba wywijać na lewą stronę i nosić szwami do góry! Kto pochyla się z zachwytem nad najpiękniejszą nawet sukienką- gdy jest noszona na lewą stronę? Ano właśnie, nikt! Życie nie będzie się nam tu panoszyć, pozbawimy go znaczenia w domu otoczonym zewsząd polami… W domu, który wypluł mnie na świat i pluł mną, aż do tej chwili, rozmyślałam cierpko, parafrazując swoje odczucia.
Żyłam, bo wyraźnie cierpiałam z powodu mamy, a mimo to stałam się kimś ważnym dla tej otyłej oddziałowej. Kimś godnym jej ciepłej uwagi. Nie mogłam nie skorzystać, nie mogłam też w pełni temu zaufać. Mimo obaw, zapamiętałam ją i zapisałam w dzienniku i sercu.
– Wie pani…
– Tak? – zapytała łagodnie, nadal stojąc bardzo blisko mnie, ale już z fizycznym dystansem i rękami w fartuchu, lekko odchylona, by móc objąć wzrokiem wszystkich chorych.
– Czy dobrze myślę, że łatwiej jest pracować z pacjentami takimi jak… mama? – próbowałam szybko przełknąć to słowo i ból z nim związany, by popchać zdanie dalej, ale, na zbawienie, pielęgniarka dopytała sama.
– A dlaczego tak myśli, hmm?- zapytała i rozejrzała się po sali, by upewnić się, że może nadal poświęcać mi czas. Nic się nie działo. Większość łóżek wypełniali niemi pacjenci. Jeden z nich, od czasu do czasu, poruszał się i przebudzał, ale nie wpatrywałam się w nikogo na tyle, by stwierdzić czy to, że się poruszał świadczyło o jego lepszym stanie od pozostałych. Nie było też chwilowo innych odwiedzających.
– Ja jakoś bałabym się tylu przytomnych wokół… Każdy z poważnym problemem… A ci tutaj- przeleciałam pobieżnie wzrokiem po sali- przynajmniej nie mówią, albo nie za wiele…
– Jest bardzo smutna, co? I boi się życia, tak coś czuję- wypowiedziała gorzko.
Westchnęła i popatrzyła na mnie z troską. – Wiem, że masz przerąbane, a może nawet, Boże wybacz-jęknęła dodając- masz przesrane, mała.
Telefon przy biurku zadzwonił ostrym dzwonkiem, rozdarł naszą wątłą więź. Siostra podbiegła do biurka i zajęła się rozmową.
Stanęłam u stóp mamy. Oddychała, ale życie w niej było obezwładnione.
Czy ja boję się życia, mamo? – pytałam ją, mając rozpaczliwą nadzieję, że dzięki temu, iż jestem przy niej, ona także jest obok mnie.
Wiesz, mamuś- przykucając obok jej głowy, szeptałam jej do ucha- do niedawna myślałam, że można coś dobrego poczuć tylko do zmarłych. Bo wtedy jest bezpiecznie. Sądziłam, że żywi, którzy nas otaczają, tak naprawdę osaczają nas. Co o tym myślisz?
Ciebie też taką znam- ciągnęłam- zupełnie jakbyś ożywała zawsze, gdy ktoś umiera. Zwykle starasz się być przytomna na pogrzebach- powiedziałam mamie do ucha- Oczywiście, nic się nie martw, ty nadal żyjesz, ja nie w tym sensie, mamuś… – zmieszałam się i przestraszyłam na samą myśl, że mama mogłaby zrozumieć, że przynoszę jej jakiś śmiertelny wyrok.
Tkwiłam ustami przy jej uchu, uścisnęłam jej dłoń.
– Wiesz, mamuś, ten nasz dom to czasem jakby syczał do nas złe rzeczy, też tak czujesz? Okłamał nas, że póki żyjemy nie mamy wnętrz, które trzeba by było uznać, uszanować, chronić.
Ale mamuś, to chyba nieprawda, że żywi są bezczelni, niebezpieczni i beznadziejni. Nie jestem taka, ty też nie jesteś…
Jesteś moja mamusia…
Poczułam nagle maleńkie poruszenie palców mamy. Jakby chciała uścisnąć mi dłoń.
Pomyślałam, że to dobry trop. Mówiłam dalej, wprost do jej ucha.
– Zauważyłaś, że w naszej rodzinie jest tak, że z chwilą śmierci, paradoksalnie, martwi odzyskują ducha? Dostają nagle prawo do zaistnienia ze wszystkim kim dotąd byli. Zauważyłaś? – pytałam wyczulając się na najmniejsze oznaki, że nadal mnie słucha. – Dostają też wtedy empatię i wspomina się ich z szacunkiem… Pewnie nieźle by się niejeden z nich zdziwił mogąc to całe dobro usłyszeć o sobie! Za życia czuli się przeoczeni przez bliskich, niewidoczni, a z chwilą śmierci nagle nabrali mocy, wyrazistości, rangi- mówiłam- jak na przykład dziadek, jak wszystkie starsze ciocie, na pogrzebach których byłam z dziadkami… za życia przemilczani, w czasie żałoby opowiadani z podziwem, z patosem.
Siostra oddziałowa przemknęła obok mnie. Miałam wrażenie, że przez chwilkę stała za mną, ale nie dała się uchwycić. Czy słuchała o czym rozmawiam z mamą? Nie wiem. Coś teraz bardzo ją pochłonęło i pociągnęło w głąb sali. Zauważyłam, że zatrzymała się przy łóżku tego kogoś, kto czasem się poruszał. Teraz mówił z trudem, jakby obolałym gardłem. Chyba młoda osoba.
– Mamuś, a wiesz, że ja od dziecka chcę umrzeć? – pytałam próbując żartować- marzę, by mnie pięknie ubrano, podziwiano, by mówiono o mnie jakieś dobre rzeczy- ciągnęłam.
Poderwałam się. Mama otworzyła oczy! Siostro! Proszę pani! Mama!
W mgnieniu oka była przy mamie oddziałowa i jeszcze jedna pielęgniarka. Po chwili radość.
– Nic złego, mała! Tylko się cieszyć, mama nabrała sił, by się obudzić, nic złego się nie dzieje- uspokajała oddziałowa. Odesłała tę drugą do mówiącego, młodego pacjenta i próbowała rozmawiać z mamą. Na próżno. Akurat tego nie chciała robić.
Mama wodziła oczami za nią, za światłem. Reagowała na ukłucia w stopach, na dotyk, umiała zacisnąć dłoń.
Rozluźniłam trochę mięśni widząc to. Zatonęłam w głowie, próbowałam znaleźć klucz do gąszczu namnażających się myśli. Zadawałam sobie pytanie, będąc przy niej teraz jako jedyna z naszej licznej rodziny: kim jest moja mama, według tych kłamstw, którymi żyje mój dom?
Czy jeśli ledwie żyje, nie powinni oddawać jej choćby części czci przydzielonej zmarłym? Gdzie oni są?!
Jest widziana i niezauważana jednocześnie. Stoi kością w gardle babci Sophie, a ojciec tak bardzo nie chce na nią patrzeć, że aż oślepł na nią zupełnie.
– Halo! Mała! Tu ziemia! Jak się nazywa, bo zapomniałam? – oddziałowa wyrwała mnie z mojej głowy silnymi dłońmi zaciskanymi wokół moich ramion. Potrząsała mną lekko i wbijała we mnie swoje niebieskie kręgi tęczówek.
– Jestem, tak. To znaczyyyy jestem Noemi, Noe…
Skorzystałam z tego, że siostra cofnęła ręce. Poczułam zalewający ból w karku i plecach, ale starałam się mówić.
– Bo wie pani, ja zmartwiłam się, że z mamą gorzej, że co teraz będzie…
Moja rozmówczyni stała teraz znowu z rękami w kieszeniach fartucha. Wyczekiwała tego co powiem.
– Bo wie pani, u nas to niełatwe. Mama jest tu co jakiś czas…- mamrotałam, bolały mnie te słowa i czułam już nie tylko niebieskie, ale i zielone oczy na sobie.
Zieleń to kolor mojej mamy. W każdym sensie.
Kręciło mi się w głowie i czułam, że wsiadłam na błękitną karuzelę. Oddziałowa łapała mój wzrok.
– Tak, wiem- westchnęła- przeszłam tu z chirurgii, ale koleżanki wprowadziły mnie w temat- oznajmiła z przejęciem.
Coś się zmieniło i zaczęłam istnieć jako osoba w ustach tej silnej kobiety. Zaczęła zwracać się do mnie per ty.
– Złotko, o co ty chcesz mnie zapytać i za co chciałaś przeprosić? – zbliżyła się i złapała mnie za rękę. – Od razu mówię, że to nie ty tutaj zawiniłaś, rozumiemy się? – podniosła głos o pół tonu i spojrzała na mamę, jakby chciała sprawdzić, czy jest zrozumiana także przez nią.
Mama odwróciła głowę i wbiła mętno-zielony wzrok w drzwi.
Zestresowałam się tym, że mama może czuć się urażona. Przerwałam to napięcie i odwróciłam wzrok pielęgniarki w moją stronę.
– No dobrze, bo wie pani… Wczoraj, gdy ja wślizgnęłam się tu tylko dzięki pani, moi znajomi odwiedzili mamę bez przeszkód- donosiłam roztrzęsionym głosem. – Weszli zaraz po mnie, minęłam ich na korytarzu…- skarżyłam się.
Spojrzałam na niewidoczną dla mnie do tej pory plakietkę, wpiętą w szpitalny fartuch. Siostra oddziałowa Joanna Kowalczyk. Ciężko mi było połączyć te dwa obrazy. Imię Joanna ma w sobie niby łagodny podskok: Jo-anna, po którym następuje wzbicie się do lotu. A przede mną stała mocna i zwalista kobieta.
Pani Joanna zmarszczyła brwi. Dokładnie tak, jak się nimi sięga po wspomnienia w głąb głowy.
Puściła moją dłoń, uwolniła gestykulację.
– Zaraz, co ty mówisz? Jacy znajomi? – pytała zdziwiona i dodała: – Do twojej mamy nie przychodzi, poza tobą nikt, złotko. Zupełnie nikt.
Znowu pogładziła mój policzek.
Zdrajczyni!!! Jak to nikt?! Odsunęłam się nieufnie.
Więc ona także kłamie. Przecież widziałam Esterę i Dawida Goldbergów! Widziałam, rozmawiałam! – kłóciłam się z nią w głowie.
Żal podpalił mi stopy.
Zerwałam się.
– Aha! – krzyknęłam nerwowo – to przepraszam, do widzenia!
Rzuciłam mamie pożegnalne spojrzenie zza mgły, którą zaszło mi też serce. Znowu kłamstwo. Znowu mam o czymś nie wiedzieć, nawet jeśli wiem to na pewno.
– Aleeee poczekaj złotko!
Usłyszałam głos z daleka. Przyspieszyłam kroku. Niech wam wszystkim będzie! Niech wam będzie! Tylko mnie już zostawcie! – Ostatni krzyk buntu kierowałam już do niczego nie rozumiejącego Zacharego, który, zaniepokojony, biegł za mną do auta.
– Noe, poczekaj, uspokój się… Chodź może …no nie wiem…o, jest tu kawiarnia za szpitalem… Pogadajmy…- mówiąc to przyskoczył do mnie i otoczywszy ramieniem- pokierował do przytulnego lokalu.
Ciepło buchnęło nam w nosy. Złapaliśmy za chusteczki. Pośrodku stał rozpalony kominek i naprawdę wszystko, co się na niego składało, nasuwało wniosek, że było to amatorskie dzieło jakiegoś dumnego twórcy, który pragnął je wyeksponować.
Tuż przy popielniku leżał gruby dywanik, postrzępiony po brzegach. Można było się domyślić kto był autorem wyszarpanych siłą frędzelków. Ów jegomość spał na dywaniku i powiedzieć, że był to po prostu tłusty, rudy kocur, to nic nie powiedzieć. Śnił całym ciałem, wraz z senną wizją poruszała się kocia nadwaga. Wzdrygnął lekko tylnymi łapkami, wprawiając w ruch puchaty brzuch.
Trochę mnie to wyciszyło, rozluźniło kark. Było dla nas oczywiste, że zajmujemy stolik najbliżej kocura. Zach uśmiechnął się badawczo i zaczął czytać zgrzebne menu.
Oferta obejmowała:
– Kawę czarną
– Kawę czarną z mlekiem
– Kawę czarną z mlekiem i cukrem
– Herbatę
– Herbatę z cukrem
– Herbatę z cytryną i cukrem
– Napój gazowany
– Domowe ciasto, codziennie świeże!
Wybraliśmy dwie czarne kawy i aktualnie dostępny, prawdziwie świeży makowiec. Pachniał, gdy dziarska staruszka, gospodyni lokalu stawiała go nam przed nosem.
Kiedy to chwilkę potem, w ciszy pozwalaliśmy sobie stawiać myśli w należnym porządku, kocur wskoczył na nasz stolik i rozłożył się na środku ignorując nasze płochliwe odsuwanie naczyń.
Wtedy Zach zapytał:
– Już wiesz Noe, prawda? Ta pielęgniarka ci powiedziała, dlatego wybiegłaś tak ścięta, tak?
Nie wiedziałam o czym mówi Zach, kręciło mi się w głowie. Cieszyłam się, że wziął mnie tu ze sobą, że był ze mną. Przez chwilę poczułam się jak w bańce mydlanej. Unosiłam się, nie myślałam o niczym, poza tym miłym miejscem, kocurem, kawą…Całe napięcie schodziło ze mnie wraz ze zdolnością kojarzenia. Mimo to, dominowało we mnie uczucie odprężenia. Słowa Zacharego rozmywały się w moich uszach, mogłam zrobić z nimi co zechcę.
Można otoczyć emocjami kogoś żywego i czasem nic złego się wtedy nie dzieje- pomyślałam, że tak zapiszę tego dnia w dzienniku. Fakt, że po wizycie na OIOMIE nadal chciałam w to wierzyć, było zasługą tylko Zacha.