„twój zawód(?)matka.”
Nie chcąc tego i na domiar złego zbyt wcześnie- zaszła w ciążę i w małżeństwo. Matka od tamtej pory powtarza, choć po czterdziestu pięciu latach już jakby rzadziej, że Helena jest tą, która razem z majtkami zrzuca mózg.
Boli.
Przez czterdzieści pięć lat boli tak samo.
Uraza nie blednie, nie przemienia się w żart, nie można spojrzeć na nią z dystansu pod naporem czasu.
Po prostu boli. Tak jak za pierwszym razem.
Czas jest jednak sprawiedliwy przynajmniej w tym, że niekiedy córka i matka mogą spotkać się na jego wspólnej płaszczyźnie. Nadszedł czas, że oto Helena i Sophie spotkały się jako starsze panie. A, że matka wygląda zawsze na młodszą o dwadzieścia lat niż ma- rozmyślała Helena- uważane są często za siostry.
Miała nadzieję, że jest to jakiś przejaw zadośćuczynienia, iż w tym jednym mogą spojrzeć na siebie jak równa z równą.
Oczywiście, w praktyce, gdy miała przeciwstawić się matce dłużej niż kilkanaście minut, bolało ją całe ciało. Wycofywała się.
Taką przyjęła postawę na przetrzymanie; schodzenie z drogi.
Kiedy tylko pora roku sprzyjała- zanurzała się w ogrodzie, w chłody i ciemnice zaszywała się w fotelu, z książkami.
Całe życie przemykała pospiesznie korytarzem dzielonym z rodzicami. Byleby do swojego mieszkania, byleby w miejsce, gdzie grot matczynych uwag nie porani jej komórek do głębi.
Stała teraz na progu swojej kuchni.
Nie czuła się jak u siebie. Pomieszczenie okupowała mama. Co za nieprzemyślany ruch- ganiła się w myślach. Prezent od pana Jasia można było po prostu zanieść, a nie zaanonsować go i narażać się na wymuszone odwiedziny matki…
Patrzyła na rozanieloną Sophie. Paluszki jej maleńkich dłoni pływały w długiej, jasnej psiej sierści.
Można było dać się zwieźć, ale nie po raz drugi tego samego poranka. Była już czujna.
– O, jesteś wreszcie! Popatrz tylko na to cudo! – świergotała Sophie, nie odrywając wzroku od suczki. To jest Lessie, taka rasa jak Lessie! Lessie, wróć! A to dopiero niespodzianka! – podkreślała z entuzjazmem, chichotając.
– To owczarek szkocki Collie, to prawda- oznajmiła matce. Pan Jasiu zostawił ci też książkę o tej rasie- zakomunikowała beznamiętnie i przeszła przez kuchnię, by sięgnąć po dużą, szmacianą torbę, którą zostawiła na fotelu, w saloniku. – Tutaj jest też smycz i kilka innych niezbędników- dorzuciła stawiając torbę obok matki, na kuchennej podłodze.
Chciała, by matka wyszła. Czuła ogromne zmęczenie, ale też kolejny raz upokorzenie. Jest kobietą w jesieni wieku, ma własne wnuki, a boi się tego starego niemilucha- myślała i gdy przyszło jej do głowy słowo „niemiluch” rozbawiła się. Jeszcze nigdy tak odważnie nie nazwała matki. Może jest dla niej nadzieja? – pokrzepiła samą siebie.
– No tylko na nią popatrz! – zachwycała się matka, niekoniecznie do niej, po prostu tak formułowała entuzjazm.
Helena dobrze przyjrzała się suczce. Pilnowała jej przez chwilę, zanim odważyła się o świcie pójść do kobiety, po której mogła się spodziewać „wszystkiego bolesnego”. To sformułowanie, że po matce można spodziewać się „wszystkiego bolesnego” ukuły z M., gdy lata temu wyżalały się na rodzicielkę podczas kolejnych świąt, kiedy to napięcie przerastało ich możliwości znoszenia Sophie.
Boże, który dajesz siłę ptakom lecieć pod wiatr, daj i mnie- zamodliła się pod nosem.
Usiadła na niskim stołeczku. Miała taki sam, jak ten, który od lat stoi u rodziców. U nich także niemal przyrósł do framugi drzwi kuchennych. Do Heleny, podobnie jak do Sophie i E., można wejść na dwa sposoby, choć u niej akurat wejście przez kuchnię praktykowano najczęściej. Rodzice mieli warsztat, więc obojga drzwi prowadzących do ich mieszkania, przez długie lata używano systematycznie. Teraz mama już tylko doszywała zlecenia po ojcu, było tego kilka płaszczy i ze dwie pary spodni. Klienci wygasali czując jej wrogość i totalny brak zaufania. Tym samym, drzwi do warsztatu powoli traciły swoją świetność. Wieść o braku życzliwości wdowy po krawcu E. roznosiła się szybko i skutecznie. Dom powoli zapominał twarze, głosy i zapachy obcych.
Mieszkanie, które przydzielono Helenie z dniem zawarcia przez nią małżeństwa z W., było bliźniakiem syjamskim drugiej części parteru, który służył rodzicom w celach prywatnych i zawodowych. Oba mieszkania łączyła bolesna tkanka grubej ściany, po obu stronach obciążona ładunkiem emocjonalnym upchanym w stare, kuchenne kredensy. Kuchnie matki i córki stały wobec siebie, jak w lustrzanym odbiciu.
Kredens Heleny był ciemny i prosty. Sophie hołubiła swój; zdobiony intarsjami i rzeźbieniami. Trudno żyło się wśród mebli mających pamięć i własną, niestety smutną naturę, ale prawdziwym wyzwaniem było mieszkanie z matką na odległość ściany. To głównie jej wspomnieniami wymiotowały szafki i szuflady przy każdorazowym ich użyciu.
Wróciła na stołeczek. Posiłkowała się widokiem zza okna. Dał jej poczucie, że ma dokąd uciec. Boże, który dajesz powietrzu skrzydła, daj i mnie, zamodliła się ponownie.
Z jej kuchni widać było fragment ogrodu, który patrzył w oczy odległemu parkowi. Na wsi mówiono, że to park nawiedzany przez demona. Nie dawała wiary takim strachom, ale zaciekawiały ją ludzkie baje.
Mama znów przebiła się przez jej myśli.
– Jaś oszalał, że też sprawił mi takie cudo! – Sophie tym razem rzuciła okiem na córkę.
– A tobie co? – zapytała, nie przerywając psich pieszczot.
– Duch mnie boli, mamo.
Dlaczego to powiedziała? Jakim cudem to z niej wyszło? Nie planowała mówić tego matce. Kto jak kto, ale ona nie zasługuje na …
Myśl przerwał jej mocno wypowiedziany komentarz matki:
– To dobrze, że boli! Duch boli, gdy jest żywy. Martwy nawet nie zawędzi!
Zapamiętała te słowa, zachowała je w sobie, ale nie skomentowała. Ten pies był cudaczny. Urokliwy. Łasił się do matczynych rąk. Jak nigdy przedtem nikt z nas, jej domowników.
– Paluszkowi się spodobasz- Sophie słodko zawodziła do suczki.
Czego ona chce od tego dziecka? Czuła wściekłość na matkę, na jej kaprysy, nieprzewidywalność, której używała z władzą człowieka nieomylnego. Była wściekła, bo nieraz dała się jej nabrać. Uwierzyła, że matka wie co robi. I wylądowała za jej ścianą, z jej kredensem…
– Daj jej już spokój- powiedziała znienacka sobie i matce- Może niech raz Noe zdecyduje jak się czuje, co? – zapytała zaczepnie, ukrywając gniew.
– A tobie co? – pytała ponownie córkę, nie przerywając pozornie już tylko dobrego nastroju.
– To, że Noe ledwie żyje, a może przede wszystkim: nie chce żyć! Powiedz mi, mamo, jak myślisz? Kto za to odpowiada? No kto?
Nie dało się już ukryć. Trzęsła się ze złości. Sophie spojrzała na jej dłonie i usta. Zauważyła drżenie koniuszków palców i spuszczone ze wstydu oczy córki.
– A tobie co? – pytając, tym razem wstała z kucek, by stanąć nad pochyloną na stołeczku córką. Ta jednak postąpiła podobnie, wyprostowała się. Jak na równi, to zmierzmy się- powiedziała sobie, dodając fałszywej otuchy. Bała się tego, co musi powiedzieć. A musi, bo wszystko już z niej wycieka, już nie może tak dłużej…
– No co? – zaczepiła, wbijając wzrok w matkę- Nie jest tak, że narzucasz jej co ma myśleć, jak się zachować i czuć? – pytała coraz śmielej, choć jej długa spódnica wiedziała, jak bardzo brak jej teraz poczucia bezpieczeństwa. Ledwie stała na rozbujanych kolanach, ale była już gotowa nie czuć się bezpiecznie.
– Co ty pleciesz kobieto?! – rozzłościła się Sophie- Że Noemi żyć się nie chce?! Przeze mnie?! Dobre sobie! Biblijni patriarchowie dbali, by po śmierci ich kości zabrano z obcej ziemi i przeniesiono do obiecanej… Zależało im nawet na tym, co stanie się z nimi, gdy ich nie będzie. A wy co?!- popatrzyła z pogardą na córkę. – Wy moglibyście nie istnieć za życia. Oddajecie przypadkowi swoje dobre imię, dobro, zło, płodność! Hańba po stokroć! – wykrzyczała przestraszając sunię- Na waszych grobach będą kaktusy sadzić! Na pohańbienie, bo nawet trawa nie zechce na was rosnąć.
Nie odrywała wzroku od matki. Podniosła palec prawej dłoni i wypowiedziała głośno i bardzo wyraźnie:
– Mnie nie jest wszystko jedno, mamo. Ja czuję…- zamyśliła się, próbując złowić odpowiednie słowo.
– No co takiego? – matka prowokowała drwiąco.
– Jestem tobą zawiedziona, mamo- powiedziała zdecydowanie, czując, że to trafnie oddaje jej stan.
– A ty co myślisz?!- zawyła, doskakując do niej i dysząc Helenie w twarz – Że wyście mnie nie zawiedli?! Dzieci mi się nie udały, wnuki mi się nie udały!!! Po stokroć! – pokrzywiała się i unosiła ręce i wzrok ku sufitowi.
No tak, mogła się domyślić takiej reakcji. Opowieści o tym, że matka rodząc ją zawiodła także siebie. „Na skraj świata i wytrzymałości samą siebie zawiodłam rodząc ciebie!!!”
Zapytała teraz samą siebie, ile razy już to słyszała? Bo jedno jest pewne: zna to na pamięć.
Wzięła oddech, napięła brzuch i zacisnęła pięści.
– Wyjdź stąd, mamo- zakomunikowała bez wyczuwalnych emocji- zabierz tego biednego psa i nie oszukuj go więcej, że stać cię na szacunek do jakiegokolwiek stworzenia- mówiąc to wyszła do saloniku, po czym zatopiła się w fotelu i kolejnym tomie historycznej powieści. Już była pośród Słowian, czuła zapach gotowanego nad ogniem prosa, gdy Sophie wyrosła przed nią z torbą od pana Jasia w ręku. Zasępiona, gotowa do wyjścia.
– Do twojej wiadomości: cenię sobie nienawiść moich dzieci! Miłość jest upośledzona, a niechęć widzi czysto, ostro i prawdziwie! -triumfowała.
Helena usłyszała wypowiedź matki, ale w wyobraźni- dłonie nadal trzymała nad paleniskiem Słowian, przy którym ktoś zawodził dziką pieśń.
Drzwi uderzyły z całą siłą. Matka wyszła.
Słowiańskie ognisko wyrzuciło na jej salon zapach palonego igliwia.
Jak dobrze, pomyślała.