„Z deszczu pod rynnę”
– Po co się narażasz, Noe? -pytał Zach prowadząc auto czujnie, nie odrywając wzroku od przedniej szyby, nad którą niebo trzymało odkręcone upusty deszczu.
– Wyrywając cię z łóżka miałem nadzieję na to, że po prostu pojedziemy, nie wiem, na Ślężę czy gdzieś…? Przecież cała rodzina huczy od wczoraj, że twoja mama… – nie dokończył.
– Narażasz się…- dodał bardzo cicho, a mnie przed oczami pojawił się taki obraz- jakby ktoś zwieńczył i tak już bardzo gorzkie danie- ziarenkiem gorczycy.
– Tak?! A kto mnie poucza?! Morderca?!- wywaliłam mu z ciemnego, gniewnego wnętrza.
Okręcałam palec wokół szorstkiego ramiączka plecaka. Nie mogłam przecież użyć paznokci przy tym nieokrzesańcu. Miałam dość wykładów na temat toczącego się we mnie, jego zdaniem, samobójstwa. Zach uważał, że wie co mi jest. Gówno wiesz, myślałam do niego.
Widok z okien samochodu nie dawał nadziei na zorientowanie się, gdzie się obecnie znajdujemy. Czułam tylko, że ślimaczymy się niemiłosiernie.
– Nie myśl, że wiedząc co zaszło między mną a Ewą- wtrącił Zach- masz prawo zatykać mi tym usta na każdy temat. Nie jestem psychologiem, ale zaczynam poważnie zwracać się ku duchowości- ciągnął, co chwilę szukając wzrokiem lepiej widocznych miejsc w mozaice krajobrazu w rozmytych szybach- i mimo swoich błędów, mam prawo też do słusznych spostrzeżeń. Na twój temat na przykład.
– Mowa trawa… – mruczałam- ale czekaj no, a o co chodzi z tą duchowością? – zapytałam podciągając się na siedzeniu i zmieniając się w czujność i słuch. Wyczułam, że Zach wspomniał o tym nie bez powodu.
– Mam plany, chcę wyjechać- zareagował błyskawicznie, co upewniło mnie, że się nie mylę.
Deszcz ustawał, nie było już potrzeby tak lawirować głową i oczami w rytm wycieraczek. Zach z rozpędu nadal to robił. Miałam odczucie, że pomaga mu to ze mną rozmawiać.
– Wiem, że wyjeżdżasz. Ale gdzie, po co, na ile? – mówiąc to, starałam się kierować ciało ku niemu. Miałam nadzieję, że taka symulacja bliskiej rozmowy w polowych warunkach, zachęci go do zwierzeń.
– Nie mam na myśli wycieczki, Noe…- spoważniał, a do jego prawego profilu, który to był mnie najbliżej, przylgnął smutek.
– A co masz na myśli? Kolejną uczelnię? – pytałam, klnąc w duchu, że tak przydałyby się paznokcie zarzucające sieci chociaż w opuszkę palca. Nie śmiałam marzyć o rozoraniu uda na ratunek napięciu, które narastało.
Czy bałam się odpowiedzi, której beznadzieję przeczuwałam, czy może czułam zbliżający się dom i nielekkie uczucia w związku z nim?
Milczał.
Zaparkowaliśmy.
– Jesteśmy- Zach obwieścił smętnie i zgasił silnik. Poczuł wyraźną ulgę, bo oto gęsta i ciężka aura okolicy przesłoniła naszą niezdarną rozmowę. Miałam wrażenie, że mętne, niespokojne powietrze uderza milionem pięści w moje drzwi.
– Ale wieje…! Jak zwykle zresztą u was…- mówił z nosem w dół i dłońmi złożonymi jak do modlitwy, wsuniętymi między kolana.
Zastanawiałam się o jakim wietrze w rzeczywistości mówi tak rozedrganym głosem.
– Już? – zapytałam zupełnie zaskoczona tym, jak bardzo zdewaluowało mi się poczucie czasu w garbusowej kapsule zalewanej deszczem. – Ale pogadamy później? – upewniałam się.
– Noe, tam przecież…- mówił pokazując niepewnym wzrokiem stojący za drogą dom, mój dom… – a zresztą- machnął ręką i zmusił twarz do chorego, dramatycznego uśmiechu- jasne, że skończymy! – zapewnił i poklepał mnie opiekuńczo po ramieniu.
Jego niepokój zasłonięty hura optymizmem- zabolał mnie fizycznie.
Parking pod domem tkwił zupełnie pusty i bezczynny. Tylko gołąb zgrał się z wiatrem i zanim zdążyliśmy naczerpać pustki, dobiegł nas jego smutny lament.
Spojrzałam w stronę domu. Zachary zaczął zbierać się do wyjścia, zanim ustaliłam ze sobą, czy poprosić go, by szedł ze mną.
Ulżyło mi.
Narzuciłam plecak na grzbiet i zdałam się na swoje niepewne kolana. Kłóciły się ze mną, nie miały zamiaru ułatwić mi tego kawałka, który musiałam jeszcze przejść.
Gdy stanęliśmy przed bramką, Zachary złapał moją dłoń.
– To nic złego, że poruszyło cię to, co zrobiła Ewa… co oboje zrobiliśmy. Nie musisz tam iść, Noe tylko dlatego, że mnie kopnęłaś… – powiedział wskazując wzrokiem na wielką posiadłość oprawioną wokół szarymi, zgasłymi polami.
Nie widziałam związku. Zachary wręcz przeciwnie. Chcesz oberwać za karę- dyktował mi, co czuję. Mamrotał pod same drzwi, że nie zniosłam swojej wściekłości na niego i postanowiłam pojawić się tam, gdzie każdy rodzaj buntu wybijano mi z głowy od lat.
Skutecznie wybijano, fakt.
Na dowód powyższego wniosku, przy kamiennych schodach poczułam, jak gasną we mnie emocje. Zostały tylko te, które przemyciłam w kolanach. Ledwie trzymałam pion na niestabilnych nogach.
Ścisnęłam mocno jego ciepłą dłoń. Popatrzyliśmy na siebie.
– Ale pomogli ci chociaż? Nie masz już problemów? – zapytałam cicho, zaskoczona nagłą falą empatii.
– Poza ściskiem żołądka nie mam… Rodzina wyciszyła sprawę. Dziękuję. – odpowiedział zmieszany miejscem i sposobem jaki wybrałam na to zapewnienie.
– Nie idźmy tam- prosił i odciągał minimalnie moją dłoń w przeciwnym do drzwi wejściowych kierunku.
– Ja muszę- oświadczyłam zdecydowanie i nie wiedzieć kiedy, wspinałam się po jednych, potem drugich schodach na górę.
Niespodziewany wylew empatii zmarł śmiercią naturalną, naśladując pozostałe, konające we mnie uczucia.
Drzwi były otwarte. Nie wiedziałam, ale moja podświadomość musiała to przeczuć. Nawet nie zawahałam się, by może jednak użyć dzwonka. Po prostu szłam przed siebie.
Zach został na parterze. Pokonałam już połowę schodów, gdy jeszcze omiotłam wzrokiem otoczenie, które zostawiałam poniżej. Wydawało mi się, że kątem oka widzę, jak snuje się korytarzem do kuchni Sophie.
Tak było.