„kto jest”
– Chodźmy do kuchni- babcia zarządziła niepewnym X.- paluszek poleży w warstacie, odpocznie…
Babciu, nie mów tak przy obcych- pomyślałam. To nie czas, ani człowiek na takie serdeczności.
Czułam, że zawiesiła głos na „paluszku”, a potem, patrząc na mnie niby przypadkiem otoczyła mnie opieką swojego wzroku. Czułam go przez ociężałe nawet powieki. Prowadząc X. w stronę pokoju przechodniego- ulokowanego między warsztatem, a kuchnią, wyciągnęła dłoń i z daleka rozłożyła ją nad moją głową, niczym parasol. Leżałam wygodnie na chłodnej kanapie dziadka, nieużywanej do regularnego snu, od momentu jego śmierci. Czasem przysypiała tu babcia w ciągu dnia, ale zwykle nerwowo, jakby czuła, że robi coś nieprawnie. Ten chłód z wnętrza pustej skrzyni na pościel, koił mnie. Zastanawiałam się czy są na świecie podobne kanapy- pamiętające śmierć swojego właściciela. Nie zamierzające już nikomu innemu dawać wystarczającego ciepła.
W tym stanie gra w ciepło-zimno na ciele, wróżyła mi wygraną z bólem głowy i trzewi. Głowa i plecy- zimno, stopy i brzuch- ciepło… Serce- zawsze wtedy w ognisku, w samym centrum ognia.
– Warsztacie, babciu- mamrotałam sennie- dodaj zet- dodałam z rozjeżdżającym się od zmęczenia uśmiechem.
– Dobra jest, dobra tam…- ignorowała mnie pobłażliwie wchodząc już do kuchni i zamykając drzwi za sobą i moim znajomym.
Warsztat krawiecki dziadków był ciemniuteńki, mimo że tego dnia słońce naprawdę chciało rozpędzić się na dobre. Babcia najpierw otworzyła okna na oścież, by na wpuścić w warsztat świeżości, a potem zamknęła drewniane okiennice i okna na haczyki. Zrobiła mi ciemnię i zniknęa w kuchni, z Bogu ducha winnym X.
Czułam zapach starych materiałów, a przez szarości widziałam zawieszone rządkiem nożyce krawieckie. Jako dziecko myślałam ze smutkiem o belach tkanin, ściśniętych w łatwą do ułożenia bryłę. A w niej duszno kwiatom i liniom, tweedom…
– Nie zjawiłeś się tu przypadkiem…- zagaiła S.
A jednak, środkowy pokój nadal wiernie pełnił rolę donosiciela między sprawami warsztatu i kuchni. Dzięki temu dziadkowie byli w swoich sprawach na bieżąco, nawet gdy nie mogli pracować razem.
– No nie, proszę pani…
– Mów mi po imieniu, moje imię to S.- zaproponowała śmiało, stanowczo na tyle, by nie było dyskusji.
– No dobrze więc. Nie jestem przypadkiem, bo byłem przy tym, gdy N. źle się poczuła.
– Rozumiem. Bardzo jesteśmy ci wszyscy wdzięczni- S. ciągnęła uprzejmy chłód i czułam na odległość jak bada X. kto on jest…
– A pani?
– Czy jestem wdzięczna tobie, chłopcze? Ano tak, ale wiem kiedy moja wnuczka się rozchorowuje. Zatem, czy jestem ci wdzięczna, że z nią współżyłeś? Hmmm- mruczała- nie wiem co w tym temacie umiesz, że tak się wyrażę- zaśmiała się ironicznie.
X. podniósł się, bo usłyszałam szurnięcie krzesła. Przestraszyła go, jakże by inaczej…Celowo i wyrachowanie.
– Ja już pójdę… było mi miiii
– Stój, ale to już!
S. przebiegła kuchnię, a potem usłyszałam jej ciężki oddech na korytarzu. Warsztat miał też wyjście na korytarz, a drzwi poniemieckie, ale gadatliwe, nic nie tłumiły. Babcia oddychała nerwowo.
– Kto jest?!- krzyknęła.
– Listonosz! Paczka dla pani. – odpowiedziano jej zza drzwi.
– Ano chłopcze, dawaj tu raz!- zaganiała X. biegając od kuchni do drzwi wejściowych przy końcu korytarza- Wyjdziesz i przyjmiesz przesyłkę. Podpisz jak chcesz!
– Ale… proszę paa, proszęęę s…
– Idź raz dwa, pogadajcie sobie jak Polak z Polakiem, lubicie to!- zarządziła i wypchała go zza ciężkie drzwi korytarza, na sam czubek schodów prowadzących do domu.
Listonosze i tak wiedzieli, że tam mają czekać, i że zanim zdążą zapukać lub wcisnąć dzwonek przy drzwiach, S. już zakrzyknie zdyszanym głosem. Zastanawiam się jak brzmiała informacja przekazywana między nimi na nasz temat…do Żydów nie wchodź bez pytania…? Albo najlepiej podrzucaj listy pod drzwi…
S. nigdy nie dała się wciągnąć w miłą pogawędkę. Nawet jeśli musiała już wyciągnąć rękę zza drzwi i wziąć świstek do podpisania, wysyłała tylko skostniałe komunikaty.
Obie teraz oczekiwałyśmy powrotu X. Faktycznie słychać było śmiechy i wymianę uprzejmości. Nagle otworzyły się drzwi i X. swobodnie zakomunikował: – Jest paczka dla pa.. dla ciebie.
– Jest! Ano jest! – rozweseliła się S. – przysłali mi moją haftowaną poduszkę do trumny!