„Z ust do ussssst”
– Jestem syta dni, moja mała Noe. Jest tylko jeden niewygodny szczegół, mianowicie, jestem ich tak samo głodna. Dosłownie nie wiem, czy mam błogosławić, czy przeklinać Boga.
– Błogosławić, babciu, choćby za to, że możesz mieć ten wybór między błogosławieństwem a, a przekleństwem.
Wybuchłyśmy śmiechem. Moja wartka odpowiedź rozbawiła mnie niemniej, niż samą Sophie.
Siedziałam na stołeczku dosuniętym do jej szpitalnego łóżka. Zastałam ją pięknie wystrojoną, na wzór tego, jak i mnie ostatnio poleciła się „wyfiołkować”. Zrobił nam się z tego ciąg balowych spotkań. Dowoziłam regularnie co strojniejsze chusty i bluzki z przepastnej szafy Sophie. Zabierałam wór niekoniecznie sprawdzających się w warunkach szpitalnych- rodowych klejnotów.
Bal trwał.
– Cierpienie, jak mówią tutejsi, to jest skur…n, a skur…owi się nie ufa! – wykrzykiwała łapiąc się za brzuch ze śmiechu. Starosrebrne kolczyki wypełnione kwiatami z rzeźbionej kości słoniowej, uderzały ją o szyję. Była dla mnie wszystkim. W tym odświętnym stroju, na szpitalnym łóżku wertująca opis nowego kremu na zmarszczki o zapachu piwonii.
– Wiesz- mówiłam- gdybym znała cię tylko z wersji sauté, nigdy nie pomyślałabym, że wklepujesz w skórę twarzy najdroższe kremy na rynku.
– Bo w dni postu smaruję je oliwą, albo serwatką! – zaznaczała silnym dziś, radosnym głosem, jakby nakładała na struny tusz markera; nie dający się przeoczyć, ale transparentny, dla klarowności swojej wypowiedzi.
Zaczynałam to rozumieć. Kobiecość nie płynęła w babci jednostajną rzeką. Często był to nurt wolny, snujący się jak jej modlitwy i studiowane wersy święte. Ale miała też ciało dobrze wyglądające w węższych sukienkach i nieźle wyglądającą w kolorach twarz. Sophie pachniała wywarem z kuchni, ale w mgnieniu oka zlewała się drogimi perfumami, o których pojęcie miała z kolorowych gazet, co to zobowiązana byłam jej dostarczać, gdy tylko się pojawiły na rynku.
Śliskie magazyny dla kobiet były wówczas nowością. Wcześniejsze, poradniki dla gospodyń, mało zajmowały Sophie, ale tego świat nie przewidział: że oto drobna, skupiona, pobożna kobietka przy końcu życia, zachłyśnie się śliskimi, barwnymi bibliami mody i stylu. Ba! Kupi kilka naprawdę pięknych zestawów bielizny niewygodnych w codziennym użyciu, za to zdobiących sylwetkę.
– Popytaj na mieście gdzie kupię ten krem- wskazała palcem na nowy wyrób Heleny Rubinstein. Na białej kartce uwypuklono wielki, elegancki słoiczek, tak, by każdy mógł zobaczyć jego ekskluzywność niejako pod lupą. To faktycznie zadziałało. I na mnie i na babcię.
– Jasne, że poszukam, jutro będę szukać kilku książek…
– Są wakacje! – krzyknęła tak, że zajrzała do nas zaniepokojona, przechodząca korytarzem pielęgniarka- A, nie! Nic się nie dzieje, tylko rozmawiamy! – zapewniała żywo machając uspokajająco dłonią w kierunku wysokiej, śniadej kobiety w czepku.
– Powinnaś kupić sobie nowe perfumy. Najlepiej coś z cytrusami, żeby słońce upijało się nimi na tobie!
Zastanawiałam się, wiercąc w koronkowej sukience i szpilkach, jak wyglądamy w oczach personelu. Trochę śmieszyło mnie to, co mogą w nas zobaczyć, ale rozumiałam więcej z tego codziennego świętowania niż umiałam nazwać. Celebrowałyśmy życie.
Obie nosiłyśmy dziś nasycone szminki. Ja fuksję, Sophie klasyczny koral. Nic zwodniczego nie mogłoby nam dziś podejść do ust. Nic bezsilnego. Nie odważyłby się nawet duszek pamięci.
Tego dnia wracałam do domu taksówką. Wysiadłam pod samą bramką. Przywitał mnie skrzeczący Ernseto. Usiadłam z nim na kamiennych schodach. Było już koło dwudziestej. Był to dzień wolny od przerwy na korepetycje z dziećmi. Spędziłam go z babcią, bo miała takie życzenie i siły. Wchodząc do taksówki, spojrzałam w oczy odwróconego w moją stronę, palącego przed szpitalem tatę. Nie wiem od tygodni, gdzie mieszka. Nie wraca do domu, za to jest solidnym synem dla Sophie. Chwalić Pana i za to…Mama nocuje po tej stronie domu, w której nikt nie bywa, nawet pan Jaś. Czasem widzę, że wraca od niej pani Basia. Raz pachnie środkami czystości, raz czymś gotowanym, mięsnym. Stąd wiem, że żyje.
Ale nie sprawdzam osobiście.
Ernesto ociera mi się o łydki. Mam śniade, pięknie opalone nogi. Wyciągam stopy ze szpilek, pocieram dłonią o szyję i wącham czubki palców. Faktycznie, Poeme nie pachnie dziś tak, jak chciałabym pachnieć latem. Uśmiecham się do pogniecionych stóp i daję im wytchnienie na pamiętających ciepło południa- stopniach schodów. Biorę kotkę na ręce, przytulamy się, patrzymy w dal. Przed nami pola, łąki, ule pana Jasia. Czuję w sobie smutek babiego lata, które rozedrze mnie od środka jeszcze mocniej niż tęsknota za X.
Schody- wszystkie, poza pierwszym od dołu i ostatnim u wierzchołka, miały wyrzeźbione otwory, dzięki którym widać było skrawek ziemi którą zacieniały. Zimą był skuty lodem, wiosną zakwitała na nim zielona trawa, teraz buchało stamtąd wilgotne, ciepłe powietrze- prosto w moje łydki. To wydech popołudnia, pomyślałam. Mogłabym się z nim zaprzyjaźnić. Ale zaraz- powiedziałam na głos i postawiłam Ernesto na chwilę obok siebie. Sięgnęłam dłonią w głąb otworu i zaczęłam szukać po omacku. Jest! Wygrzebałam butelkę wina, schowaną jeszcze z X. i gorącą niemiłosiernie rzekę słodkiego wermutu polałam wprost na pusty żołądek.
Tęsknota zmalała, bo i X. jakby siedział gdzieś obok… Nuciłam sobie nasze ulubione kawałki. Myślałam o jutrzejszym dniu zakupów we Wrocławiu i Sophie, która ma się coraz lepiej.
Przytulałam Ernesto, słuchałam szumu lekkiego wiatru, który nadchodził z zapowiedzią nocy. Fala uniesień i trzeźwienia nachodziła na siebie. Chwilami miałam umysł zupełnie czysty. Tak jak wtedy, gdy postanowiłam już wejść na górę, wykąpać się i przebrać w piżamę.
Bez makijażu, tylko uperfumowana, weszłam do pokoju, gdzie stał wielki kaflowy piec. Zrobiłam kilka kroków w tył, wciąż patrząc na jego frontową ścianę. A potem wystawiłam przed siebie prawą rękę, uniosłam palce prawej dłoni ku górze i pobiegłam na piec z całych sił.
Tej nocy miałam ostatni raz pachnieć Poeme, firmy Lancome. I tak się stało. Pachniały do świtu moje nadgarstki. `Jeden o wiele bardziej, bo opuchły i rozgorączkowany złamaniem.
To niesamowite, że woń karmiła się tej nocy cierpieniem i rosła w siłę. A ja myślałam tylko o tym, że nie stałoby się tak, gdybym nie zmyła ust…