„dział(ajjjjj)”

Wiedziałam, że gdy tylko zacznę pisać, będę wrzeszczeć. Do czerwoności gardła, do spękania żyłek napędzających krew do oczu. Będzie to wrzask tak bardzo ukryty w środku, że rozerwie mnie kiedyś na ulicy w biały dzień. Posypią się z moich rąk drobne zakupy, wypadnie z plecaka pomadka do ust i pióro wieczne. I brzuch, zdecydowanie on, oberwie najbardziej. To z niego wyjdzie podpalony lont. Tam też rozochoci się eksplozja i powędruje we wszystkie inne strony mojego świata, to znaczy ciała.

Padłam na kilka godzin pod kaflowym piecem, który, niczym zła wiedźma, przyciągnął mnie i skruszył mi prawą rękę.
W nocy przebudza mnie ból sponiewieranego nadgarstka, ale ten sam ból odbiera mi przytomność po niedługiej chwili. Nie wiem, że mnie nie ma. Nie potrzebuję wiedzieć, że jestem.
Śnię intensywnie. Nie zadaję sobie nawet pytań, czy jestem na haju, czy umieram z bólu… poddaję się temu, co jest. Jest mi dobrze z tą uległością, bo daje mi wytchnienie. Odkąd pamiętam, takie chwile uwalniały mnie ode mnie samej. Takie, gdy już nie mogłam nic poza byciem, bo pokonały mnie emocje, ból, połamana kość. Czasem wino.

A więc jestem w odlocie od siebie, swojej woli, wszelkich musów, poglądów, oczekiwań.
We śnie biegnę na czterech łapach. Wszystkie kończyny mam sprawne, choć noszę w zwierzęcej głowie ludzki ból, przez co jakąś część zmysłów wciąż wysyłam w stronę kaflowego pieca i dłoni.
Wokół mnie las, a jest on przepastnie dziki.
Przepastny, bo wydaje się nie mieć zarysowanych granic.
Dziki, bo dzieje się w nim co chce… a ja nie mam co do tego wątpliwości, że nawet kora mijanych drzew pęka w znanym tylko sobie języku korzennych przypowieści. To, co wydaje się uspakajającym szumem spośród korony drzew, może być klątwą. Dobrze to czuję.
Wszystko płoży się, plecie, posykuje. Paprocie przy moich łapach skręcają się, zamykając w sobie mrok. Biegnę przed siebie w leśną, dziką noc. Dyszę. Widzę swój owłosiony brzuch, gdy schylam łeb pod siebie.

Jestem wilczycą i jestem w ciąży. To fascynujące, jak dobrze mi ze świadomością obojga tych faktów. Nie przeszkadza mi pamięć ludzkich potyczek z piecem kaflowym. Trochę wiem, że gdzieś jako człowiek cierpię, ale bardzo też jestem tu i wchodzę łapą w drogi mrówek.

Wypatruję niebezpieczeństw, jestem gotowa na atak, choć ledwie zipię. Jestem pewna, że użyję ostatnich sił, by zwyciężyć cały, wrogi świat. Nasłuchuję powietrza. Wypatruję innych stworzeń. I mam w głowie jedną myśl: nic nie stanie się mojemu dziecku. Nawet jeśli mnie rozszarpie coś większego ode mnie, moje dziecko ocaleje. Nawet jeśli spłonie cały las, ono zostanie pośrodku pogorzeliska, nietknięte. Wytrzeszczam oczy, pokazuję kły w ciemność budzącą grozę.

Jestem gotowa ocalić wszystko, co moje!

Budzę się mokra. Pot zrobił swoje, ale też posikałam się, jak przypuszczam- zapewne kilkukrotnie.
Można tak żyć, pomyślałam. Ten stan między omdleniem z bólu, a przebudzeniem- to mógłby być mój stan, mój dom, mój kraj, moja stolica i bijące źródło pośrodku niej. Nie zasnęłam przecież, za to zmieniłam adres świadomości. Ból stał się ukojeniem w cierpieniu, zagłuszył coś, co dopadło mnie i chciało zeżreć od środka. Obudził też we mnie nowe życie, nakazał je chronić.

Kto by pomyślał-jakimi ścieżkami chadza nasza podświadomość… powiłam wilcze dziecię.

Wstaję. Ciągnę ciężką rękę za sobą. Wchodzę do wanny. Zimna, tylko zimna woda! Ciepło odebrałoby mi trzeźwość.

Wzięłam sporo środków na ból. To było zawsze takie proste. Wystarczyło dobrać się do pokoju mamy. Łyknęłam kilka kapsułek, po których to drzwi domu, który zostawiałam o świcie za sobą- migotały w kilku kolorach. A im dalej byłam, tym mocniej jeden kolor zalewał drugi. Potem kilka razy ściemniało mi w oczach, ale to tylko ból.
Tylko on.
Wyjechałam do miasta taksówką. Kierowca próbował zadawać zbyt wiele pytań, więc zaczęłam na jego oczach uciekać w głąb umysłu. Na zewnątrz wyglądało to podobnie do utraty zdolności rozumienia i mowy.
Odpuścił. Ile razy można pytać w puste oczy? A ja byłam już bardzo głęboko.

Nie wiem, jak dotarłam do właściwej drogerii. Chodniki Wrocławia miały wężową skórę, a ja stawiałam stopy między tym, co wydawało mi się połyskiwać, jak wężowe ciało.
Znalazłam krem, o który kobiecość Sophie ocierała swój rozgrzany grzbiet dłoni. Patrzyłam na nią teraz, słońce wypełniło chustkę owiązaną wokół jej małej głowy.

– Cokolwiek się stało- stawiała mocne słowa nie patrząc na mnie znad litanii nad słoiczkiem kremu- Noe, marsz do dyżurki. Panie powiedzą co masz z tym zrobić i gdzie iść. Zrób co ci każą. Nie komplikuj i ani słowa o tym! Masz mi wrócić przytomna. Masz działać.

Tak zrobiłam. Cofnięta w rozwoju, nie umiałam wyjaśnić co mi się stało. Nadgarstek dostał gips, ja schowałam wstyd i ból bardzo głęboko. Dobrą godzinę paliłam pod szpitalem papieros za papierosem. Koło mnie stał jakiś chłopak, o coś pytał, ale w głowie miałam młynek, który mielił jego słowa i pozwalał letniemu wietrzykowi roztrząsać go po okolicy.

Przez kolejne dni pracowałam dużo z dziećmi. Używałam kredek zamiast długopisów, gdy tylko zrozumiałam, że są to dzieci, których świat traci barwy. Postanowiłam pokolorować im naukę, by kojarzyły ją jako coś, co dodaje im przyjemności. Zapomniałam o winie, o nadgarstku, a Sophie żyła kremem i powracaniem do zdrowia. Powoli nabierała żywotności i planowała powrót do domu. W ciepłe wieczory spacerowałam swoją ukochaną ścieżką, którą czekała na mnie wyciągnięta jak ogrzany kot, gdy tylko opuściłam naszą posesję. Mogłam z niej obejrzeć tyły naszej wsi, układającej się do snu. Nasłuchiwałam psów biegających szczęśliwie po polach, gdy wreszcie można było wziąć solidny, psi oddech i rozbiegać się, bez zagrożenia opadaniem z sił od upału. Lubiłam też nocne ptaki. Nie było już ich widać, za to słychać dzięki temu- o wiele wyraźniej. Skupiałam się na tym jak przechodziły z jednej tonacji w drugą, jak zarażały się muzykowaniem, otwieraniem wnętrza swoich gardeł przed światem.

A ja milczałam w środku. Czytałam książki i nie pamiętałam nawet słowa. Słuchałam muzyki i nie słyszałam jaki był jej rodzaj. Kasety były tym samym szumem, a radio otumaniało ciszą, nawet pogłośnione.

Jadłam cokolwiek. Marniałam.

– Hej, Noe! To Ty? Wszędzie Cię szukam!

Czy ja naprawdę usłyszałam człowieka spomiędzy ptasich rozmów? Odwróciłam się w stronę domu. Ktoś biegł przecinając pole ziemniaków i zmierzał do jak najszybszego przecięcia swoich długich nóg z polną ścieżką.

– Jestem, jestem Noe! Rozumiesz, już jestem!

– X. to tyyyy?- ledwie wyszumiałam z siebie to imię, którego nie mówiłam już kilka tygodni przed samą sobą… Stał przy mnie, pachniał jak on, dotykał mojej głowy, twarzy, obcałowywał uszy, szyję, ramiona.

Jak dobrze, że noszę koszulki na cienkich ramionkach, pomyślałam. Tyle dostępnego ciała na przywitanie. Zlepiliśmy się. Ptaki poczuły jeszcze więcej mocy w gardłach. Usłyszałam sowę, uśmiechnęłam się cała do świadomości, że ona tu gdzieś jest.

– W aucie mam koc, poczekaj tu, pobiegnę. Pościelimy tu sobie. Popatrz na niebo, Noe. Jest dokładnie takie, jak wtedy, gdy się żegnaliśmy. – A będę mógł u was spać, mam szampanaaa – krzyczał z oddali, szczęśliwy jak nigdy. Ja stałam uśmiechnięta, drżałam na myśl, że może to tylko sen. Ale nie wyszłam z siebie z radością, nawet, gdy X. przybiegł z kocem i koszem pełnym zagranicznych smakołyków i alkoholi. Uśmiech i dostępne ciało- to wszystko, co miałam.

– A co z Twoim nadgarstkiem?
– Po prostu kładź ten koc, X. Bez pytań, żadnych pytań. Chodź…