„sklepik szpitalny, przypływ witalny”
– O losie!!! Ten biedny, zakochany starzec dopiero teraz przedarł się przez tę śnieżycę! – Zach ze zmartwieniem zrelacjonował na głos to, co w tym momencie rozgrywało się przed nim na parkingu szpitala. Siedział już dobrych kilka minut w aucie, przeglądając się w pustce, która dopadła go znienacka i nie chciała uwolnić. Cała ta sytuacja z Noemi i tak realny lęk o to, że może jej nie być- wybiły go z rytmu i odebrały siły. Poczuł to dopiero teraz, gdy wyhamował pod szpitalem.
Nie tylko autem. Samym sobą także.
Aż poczuł w duchu spaleniznę dociśniętych nagle do oporu- wewnętrznych hamulców.
Od jakiegoś czasu nosił z tyłu głowy -cucące go i powściągające w podobnych okolicznościach pytanie:
– A co stanie się z nią, gdy mnie nie będzie? Nie będę miał wówczas na to wpływu…przecież…
Pytał siebie do skutku, wiedząc, że po którymś tak postawionym pytaniu- zostanie znieczulony. Ludzki umysł bowiem broni się przed przeciążeniem emocjonalnym na wiele sposobów. Jakże Zachary chciał dziś polegać na czułych mechanizmach obronnych!
Nie zawiódł się i tym razem. Podobnie, jak w temacie ojca; nawałnica pytań sugerujących powrót do zdrowego, choć bardzo chłodnego rozsądku – pozwalała Zachowi odciąć się i znaleźć w niebezpiecznym dystansie do swojego serca.
Ucinał myśl, serce oszukiwał siłową, optymistyczną mantrą.
Świat powstał bez mojego udziału i nie ode mnie zależy, czy się ostoi- mówił sobie w koło-dopóki dopóty nie zmienił treści, która wypełniała mu umysł.
Udało się.
Ludzkim zwyczajem, dopuścił do głowy tylko jeden, dla siebie najłatwiejszy do strawienia przebieg wydarzeń i zgodnie z nim układał resztę myśli i planów.
Czyli?
Wnioskując z rozmowy z ciotką M. spodziewał się, że Noemi i jej babcia od jakiegoś czasu są już w odwiedzinach u Gajki. Zakładał, że świeżo odtruta ciotka ledwie kontaktuje- tonąc w mętnej rzeczywistości szpitalnej. Nie wziął pod uwagę natury owej niesubordynowanej pacjentki, nie mającej zamiaru przedłużać stanu trzeźwości i bycia pod nadzorem. (Co było przecież nieznośnie ze sobą związane). Do tego także zignorował fakt, że spod jego domu pod szpital- podróż to zaledwie chwila, a ze wsi zasypanej śniegiem- nie dość, że trudniej, to i o wiele dalej.
Z powyżej wspomnianego powodu- trzyosobowa ekipa z zasypanej wsi dotarła dopiero teraz.
Ale są! Pan Jan dotarł!
Zakochany jak szczeniak- pomyślał o nim Zach, przyglądając mu się przez zasypywaną gorliwie przednią szybę garbusa. Ledwie zaparkował, gdy oni podjechali i zatrzymali się dokładnie naprzeciw niego. Pan Jaś właśnie otwierał Sophie przednie drzwi. Po minie dostojnej staruszki widać było bezdyskusyjnie, że wyczekuje tychże kurtuazji i zadowala się nimi.
– To ja tu poczekam- oświadczył pan Jaś i przysuwając się intuicyjnie do maski auta oznajmił całym ciałem, że wolałby zostać na parkingu.
– Jak wolisz, możesz też wewnątrz szpitala… Jest bar i sklepik, Jasiu…- Sophie wyczuliła wzrok mówiąc to. Troszczyła się, było to bardzo odczuwalne. Była też spięta z innych powodów, stremowana nawet- można by rzec.
– Poczekam tutaj, dobrodziejko- odparł rozpływając się, pomimo dyscyplinującego mrozu, po czym wsiadł do samochodu, zatarł dłonie i włączył silnik. Wyciągnął z plecaka książkę ofiarowaną mu przez Sophie i zniknął dla świata.
Była to „Szosza” I. B. Singera. Słowa pisane okazały się być dziś bardzo gościnne. Od pierwszych sekund patrzenia na nie, poczuł się prowadzony za rękę w głąb opowieści. Odrzucił niełatwą myśl, co to brzęczała mu przez chwilę blisko głowy. Drażniła niczym natrętny owad, domagając się sprecyzowania celu wizyty w tym miejscu. Podsuwała możliwe odpowiedzi, zbyt wścibskie- za co łajało pana Jasia jego jasne serce.
Wciąż jednak bardzo bolały go plecy. Potrzebował odosobnić się przynajmniej od niewygodnych myśli, skoro nie udało się, jak na razie, odciążyć ciała… Podjął walkę z grzeszną dociekliwością i wygrał ją.
Poranek był trudny emocjonalnie. Najpierw sekretna pomoc Gajce, teraz podróż na prośbę Sophie. Ot, wolny dzień- zażartował sam z siebie. Na szczęście- pomyślał- na chwilę odrywając wzrok od linijki wsysanego tekstu- Noe milczy jak grób. Nie zdradzi mnie nigdy, żem tam rano był, tego jestem pewien. Nie chciałbym urazić Sophie, ani złamać tajemnic łączących mnie z panią Heleną.
Pan Jaś zdawał się nie do końca dostrzegać stan, w jakim znajdowała się dziś jego sympatia. Był nad wyraz spokojny o Sophie. Zach jednak wyczuł z daleka, że babka Noe szykuje się na „starcie”. Bynajmniej nie w roli napastnika. Sprawiała wrażenie ofiary z dobrze odszytą, białą flagą w dłoni. Jak zawsze- Sophie kroczyła z wysoko podniesionym czołem. Kapitulowała bowiem także na swoich zasadach.
Trudno było ocenić- z kim, z czym, w jakiej sprawie wojować musi Sophie. Ale niewątpliwie zwarła szyki. Powściągała gesty i twarz, a sylwetkę trzymała w napięciu mięśni, jak w zbroi. Nosiła głowę prościusieńko, patrzyła mocno.
Ktoś, kto jej nie zna mógłby pomyśleć, że to reakcja na mróz i napastliwy śnieg. Ale ustalmy- w zachowaniu Sophie nigdy nie szło o zewnętrzne mrozy i zawieje…
Kształtowało ją to, co znacznie głębiej ukryte. To, co zmrażało w niej kręg po kręgu i paraliżowało nitki żył.
Noe ściągnięta do żywych skostniałym wzrokiem babki- wyłoniła się z tylnego siedzenia i stanęła niemrawo, jak gdyby nie była pewna, czy poza wnętrzem auta jest na czym postawić stopy. Wyglądała inaczej. Odświętnie, jakoś tak szlachetnie i zamożnie, jak nie ona. A może taka w głębi ducha właśnie jest? Może taka bywa w swoim domu, gdy jej nie widzę? – zadał sobie pytanie- patrząc na przebijające spod dystyngowanego berecika dziewczyny- pokaźnie kolczyki.
Przecież nie miał pojęcia jak Noe nosi się pod sukienką utkaną ze strachu.
Jaka jest, gdy przez kilka dni pod rząd może poczuć się swobodniej? Gdy nie pochłania jej świat nieprzewidywalnej matki?
Tymczasem- co do jednego Zach był absolutnie pewien.
Jego przyjaciółka nie trzymała dziś formy. Zmartwił się. Była raczej blada, nieobecna, stała niepewnie. Dobrze zrobił, że powstrzymał się od natychmiastowego ujawnienia, choć pragnął wyskoczyć i porwać ją na rozmowę w cztery oczy.
Ale to przerwałoby obserwację. Wszyscy weszliby w role i szczerość uciekłaby do pierwszej, napotkanej mysiej dziury.
On i Noe- odegraliby nudne kuzynostwo, które łączy siatka wzajemnie oferowanych sobie przysług. Pominęliby kurtuazyjnie, jak mocna nić tajemnic omawianych wspólnie- splata już ich serca. Nie daliby ani sobie, ani postronnym odczuć, że od jakiegoś czasu boją się siebie stracić.
Pan Jaś- odtańczyłby oddanego pracownika Sophie, nie wtajemniczonego, Boże broń, w sprawy swoich państwa.
Sophie- jak zwykle- stałaby się bogiem i wszechwiedzącym sędzią. W jej przypadku trudno powiedzieć, czy byłaby to kreacja, czy nadal ona sama. Podczas gdy inni kulili się w sobie- zdawało się, że ona po prostu robiła się jeszcze nieco bardziej ośmielona i brała świat za swoje dzieło.
A ludzi, rzecz jasna, za jeńców.
Nie było więc sensu dopadać Noe przy świadkach. Tylko konspiracja wyjawi prawdę- powiedział sobie w myśli i uśmiechnął się przysłuchując się sobie w roli tajniaka.
Śnieg zacinał tak, że nikt z przebywających na parkingu nie rozglądał się, a raczej wszystkie siły skupiano na tym, by czym prędzej schronić się pod dachem szpitala. Był bezpieczny, bo Sophie i Noe postępowały dokładnie jak wszyscy inni chcący jak najszybciej uciec z dworu. Patrzyły sobie na usta i próbowały coś ustalić naprędce.
– Idziemy- rozkazała Sophie.
Noe raczej czytała gesty babki niż cokolwiek usłyszała z jej koordynujących słów. Wiatr wył i wymiotował śniegiem.
Sophie ruszyła zdecydowanym krokiem. Noe za nią.
Tak było bezpiecznie. Bez pytań.
Pantomima posłuszeństwa.
Tak idą owce na rzeź- pomyślał zaniepokojony Zachary. Czuł, że Noe trochę obawia się tu być. Albo, że nie do końca wie co tu robi… Zaskoczyło go to zachowanie i poniekąd zbijało z tropu, bo jakże różniło się od klimatu w jakim w jego towarzystwie, zdeterminowana Noemi odwiedzała matkę!
Odczekał chwilę i ruszył za nimi z wolna- zmumifikowany szalikiem i czapką uszatką był trudny do identyfikacji.
Z niechęcią stawił czoła mroźnemu wiatrowi.
Ogrzewany hol szpitala przyniósł mu pociechę. Rozejrzał się.
Osobliwe zjawisko…
Dopiero teraz mógł w pełni zaobserwować szyk, którego obie zadały nie na żarty! Noe i Sophie siedziały całe wytworne z płaszczami posłusznie przewieszonymi przez kolana, tuż przy sklepiku szpitalnym. Zajęły jeden jedyny plastikowy stolik z parą takichż krzeseł. Reszta okoliczności prezentowała się podobnie, trochę jak nie z tej opowieści. Obie sączyły przez rurkę soczek z kartonika! Chyba pomarańczowy… Na domiar zaskoczeń- między babką i wnuczką TOCZYŁA się trudna rozmowa. Rozmowa! Zupełnie wyrównana w siłach z obu stron!
Nie był to monolog Sophie, ani nerwowe tłumaczenia Noe- jakich wiele już słyszał. Zadał sobie pytanie- czy był tak nieuważny, czy może jest świadkiem ujawniającej się właśnie, nowej cząstki Noe?
No i co je tak wzięło od wejścia?
A teraz co znowu? Noe zatrzymało teraz osłupienie, zadumanie? – nie wiedział, jak ocenić nagle rozlane milczenie. Obie przerabiały coś mocno i czuł, że opracowywały każde słowo- zanim dały mu się wyklarować. Sophie marszczyła brwi, ale nie była wroga. Patrzyła mocno we wnuczkę. W głąb Noemi. Czy wiedziała, że znajdzie tam coś tak ciemnego, tak gęstego i tak zaskakująco silnego?
Nieopodal sklepiku swój początek brała nitka poczekalni. Z samego holu widać było tylko niewielki jej skrawek, dalej już ciągnęła się bocznym torem, z dala od oczu wchodzących i wychodzących z budynku. Na widoku Noe i Sophie były więc tylko dwa rozpoczynające ją krzesła i ludzie na nich wyczekujący naprzeciw siebie. Zach, nie spuszczając wzorku z kuzynki, a jednocześnie udając zafrasowanego wyłącznie sobą pacjenta, przesmyknął obok. Wyprosił miejsce na brzegu. Uprzejmy pan z niekontrolowanym grymasem bólu zwolnił mu je bez wahania. Było kilka wolnych krzeseł, a do gabinetu i tak wchodzono według kolejności zjawienia się na izbie przyjęć. Zach usiadł więc tak, by niezauważenie wgapiać się w swój żywy punkt obserwacyjny. Obok niego siedziało kilkoro ludzi oczekujących na doraźną pomoc. Rozbitkowie z wiosek i miasta; ze zwichniętą kostką, bolesnym barkiem, zatruciem, którego nie dało się opanować domowym sposobem- uprawiali w skupieniu nadzieję na to, że może izba przyjęć wpuści ich w podwoje oddziałów szpitalnych choćby na jedną noc, bo śniegu końca nie widać … a drogi niepewne…no i boli, boli…
Zach oddzielił się od szmeru rozmów poczekalnianych, by wyłapać słowa padające z ust Sophie.
Zrobił to tak skutecznie, że dosłyszał nawet moment, w którym cisza dotąd przycupnięta pośrodku rozmowy kobiet- spłoszyła się nagle po ptasiemu.
Za przestrach ciszy odpowiadała Sophie.
– No, a jak się czujesz teraz? – staruszka zapytała miękko, ale niepewnie. Trochę jakby było jej wstyd okazywać opiekuńczość. Inna rzecz to fakt, że mogło nie układać się jej dobrze w ustach to, co wymawiała tak rzadko…- osądził w myślach Zach.
Za to Noe była o wiele śmielsza, choć Zach nie wiedział wtedy, że tak naprawdę nigdy całkiem nie opuszczał jej chaos i podskórna niepewność.
Czemu nie idą do Gajki? – zastanawiał się i nadstawiał uszu.
– Pytasz o to co z mamą, czy o to co w szkole? – odpowiedziała babce pytaniem na pytanie. Mówiła sucho, ale zdecydowanie. Nie unikała patrzenia, nie unikała też bycia widzianą.
Wydawało się też, że dziewczyna naprawdę chce podjąć się tej trudnej rozmowy.
Jest zła na Sophie? A może po prostu źle się czuje… – Zachary kombinował. Nie poznawał Noe. Nie wiedział, czy jej zachowanie przypisać sile życia, czy mocom autodestrukcji. Wzmocniła się, czy może biegła właśnie w ogień?
Zdawał sobie sprawę z tego, że w obu przypadkach mogłoby wyglądać to identycznie.
– Co do tego, co przydarzyło ci się w szkole, to w ogóle nie ma o czym mówić- prychnęła Sophie.
Jak dla mnie ta diagnoza jest śmieszna, nic nie warta- podkreśliła, cedząc ciężkie, a gorzkie słowa.
– No tak- wnuczka skwitowała to martwym tonem.
– Coś chcesz dopowiedzieć, moja Noe? – staruszka udawała, że nie dała wnuczce powodu do urazy, choć zlekceważyła ją dosłownie przed chwilą.
– No. Po prostu nie wiem po co mnie o cokolwiek pytasz- rzuciła.
Sophie zamilkła. No doprawdy! Starała się dziś być bezkrytyczną babcią o jakich piszą książki i smędzą wiejskie baby. Ale nie umiała, no! To dziwne dziecko nie pozwalało jej na to. Z trudem powstrzymała ripostę. Nie czas na to- powtarzała sobie. Jest misja do wykonania. Odpowiem innym razem temu zgnilcowi! Odpowiem!
– A dziś jak się masz? Po tym wszystkim…- zapytała z innej beczki, tłumiąc kpinę z tego rozbestwionego Golema.
– Jak znalazłaś mnie w szafce? – Noe zadrżał głos przy ostatnim słowie, więc upiła go sokiem. Nie chciała i z jakiegoś powodu nie mogłaby w tym momencie okazać przy babce słabości, za którą to uważała każdy ludzki swój odruch- karany srogo od dzieciństwa.
Babka odpowiedziała jej bez zwlekania.
– Lula była niespokojna od rana, więc szukałam źródła jej poruszenia. W końcu zaszłam do Heleny. Nie było jej. Wszczęłam poszukiwania i znalazłam ją czuwającą przy twojej mamie. Noo a ciebie tooooo wiedziałam, gdzie szukać, skoro tak sprawy się miały… – zapowietrzyła się.
– Jak się miały?
– No jak to jak?!- zirytowała i wbiła węgle oczu w Noemi. To stworzenie dziwaczne będzie mnie teraz odpytywać! Dobre sobie! – pomyślała z odrazą, ale mięśnie twarzy przyczesywała dla niepoznaki. Nie chciała wybuchać. To nie był czas na takie rarytasy, jak gniew. A miała, oj miała ochotę rzucać słowami i przedmiotami! Oj miała! Będzie jej byle barachło stroić fochy!
– Moja Noe, zostawmy to- powiedziała z fałszywą przymilnością i dodała – mam na myśli, naturalnie, zachowania twojej matki. Przecież wiem, jak to wygląda i jak się kończą jej wybryki…
Dziewczyna zamilkła. W jednej chwili brzuch rozszarpało jej dzikie zwierzę. Tak nazywała ten rodzaj bólu. Używał na oślep kłów i pazurów, gdy dopadał jej trzewi. Nikt nigdy nie reagował, gdy padała ofiarą jego ataków. Zwierzę wydawało się być niewidzialne dla wszystkich innych poza nią. Nie było więc nikogo, kto by dzielił z nią to przerażenie.
Ale.
Dziś poza bólem poczuła także gniew.
– Jeśli wiesz, to czemu…? – zapytała cicho dławiąc się najważniejszym w jej życiu pytaniem. Nie doceniła walczących w nim dwóch sił: wyzwoleńczej i obciążającej. Mogło wyzwolić z niej prawdę o tym, co od lat spotyka ją przy matce i co jest owiane zobojętniałym tabu rodzinnym. Ale.
Było też TAK ważne i TAK dużo ważyło, że przycisnęło jej język tonami wstydu i strachu.
Nie dokończyła.
Osierociła swoją wściekłość, wzięła za rękę upokorzenie.
Sophie upozorowała wrażenie, że nie dosłyszała strzępu pytania wnuczki i ruszyła z mocną narracją, która miała pogrzebać poprzednią żywcem i odciąć jej wszelkie drogi powrotu. Zrobiła to z niewzruszoną miną. Uznała, że tak będzie dobrze dla ich wspólnego dobra. Zmienić tor rozmowy.
Na porzuconym torze niech sobie gniją dziwaczne dylematy.
Byle nie pod jej nosem.
Nie na jej oczach.
– Zanim pójdziemy tam, gdzie mamy pójść, chcę o czymś powiedzieć- staruszka odezwała się tak tajemniczo, że Zach niebezpiecznie wychylił się w stronę holu. Zaryzykował, by wszystko wyraźnie usłyszeć. Siedział teoretycznie blisko Sophie, ale w takim miejscu, że nie mogła go zobaczyć nie obracając celowo i z całej siły – głowy w swoje lewo. Takiej potrzeby nie miała na szczęście. Jednakże Noe- wystarczyłoby, żeby spuściła wzrok z babki i zaczęła się przyglądać wąskiej szyjce korytarza wprowadzającej na izbę przyjęć… Szczęśliwie, rzadko kto przychodzi do szpitala zwiedzać go z zaciekawienia.
Noe była spięta, ale pewna swego. Pewna swego smutnego żalu, który dziś przybrał taką postać, że Zach słuchając go i przypatrując mu się- poczuł dumę.
– Nie pytaj mnie tylko jak się czuję! – zirytowała się Noe. Ostawiła pusty kartonik po soczku z komicznym hukiem! Jak na taki lichy przedmiot- było to dość teatralne. Zach aż ukrył usta w dłoni, żeby nie parsknąć śmiechem. – Czuję tak- powiedziała patrząc w babkę jak lufa w zwierzynę- że nie ma dla mnie ciała, w którym mogłabym czuć się dobrze. Chcę się pozbyć tego, które mam i tego wszystkiego, rozumiesz?!- powiedziała mocnym sykiem z żalem pokazując biżuterię, którą jeszcze rankiem zakładała z poczucia obowiązku i wstydu. Sama nie wiedziała skąd w niej taka siła, skąd tak jasne uczucie złości, braku zgody na ciało, na całe jej życie… na te pieprzone błyskotki rodowe!!!
Paliły ją w szyję. Rozdrażniały uszy.
– Noe, Moja Ty Noe …- Sophie westchnęła mrużąc lisie oczy, ale też obnażając przy tym usta zebrane w ironiczny dziubek. Noemi dobrze wychwyciła klimat tej zakłamanej niby to pieriedyszki.
Była pewna, że babka słodzi jej z politowaniem.
Poczuła mrowienie na czubku języka. Gniew umocnijł jej dłonie i owinął się wokół mięśni żuchwy.
– Nie twoja! Z całym szacunkiem, ale mnie nie ma dla nikogo- cisnęła stwierdzeniem odważnie, prosto w rozjaśnione z trudem czoło babki.
Zachary patrzył na to podziwem, dopóki wzrok nie rozhuśtał mu się się niespokojnie na trzęsących się kolanach kuzynki. Od pasa w dół, w ciele Noemi królował strach. A więc nie było tak różowo, pomyślał karcąc się za naiwność. Znał Noe z samookaleczania i regularnego zbliżania się do śmierci, a gotów był uwierzyć w jej nagłe ozdrowienie, głupi. Wytężył wzrok. Skontrolował jej dłonie. Po huknięciu soczkiem nie zaczęła się ranić. Uff.
Jak wyjedziesz, nie będziesz mieć już na to wpływu, jak wyjedziesz nie będziesz …- trzeźwił się swoją psychologiczną modłą.
Sophie zwiesiła głowę. Nie ukrywała pogubienia. Nie chciała użyć nacisku, nie potrzebowała teraz awantur i zerwanej rozmowy. Zależało jej na jako takim porozumieniu, by mogły zrobić to, po co tu przyszły. Gdyby zaczęła mówić co myśli- zdmuchnęłaby tego bachora w pył. Przecież już to wie.
– Rośniesz w siłę Noe- zabrzmiała za mocno. – Zawsze to czułam, że rośniesz, gdy pojawi się na horyzoncie…- nie dokończyła.
Wzięła oddech, poprawiła chustę i kolczyki. Zaczęła raz jeszcze ze spokojem.
– Cieszę się, że nie zajmujesz się przesadnie swoim ciałem, moja mała. Kobiece ciało ściąga mężczyzn, a oni ściągają na młodą kobietę swoje narządy. Penis, moja Noe, to przedłużacz Diabła! – zasyczała złowrogo nachylając się nad blatem stolika i skracając dystans z wnuczką. – Będzie cię wabił chwilową przyjemnością by potem przybić do ziemi dziećmi – jak kulą u nogi przyciśnie cię żebyś wiła się jak robak na szpilce! Aż uschniesz!!! – powiedziała energicznej, tłumiąc gniew, z którym należałoby, według niej, to powiedzieć.
Nie mogła go uwolnić, bo zalałby wszystkie inne jej słowa. Ale ulżyła sobie.
Orację zakończyła uderzeniem pięścią w plastikowy stół i natychmiastowym skontrolowaniem ułożenia chustki i kolczyków. Zupełnie jakby była przekonana, że od jej małe piąstki zatrzęsła się ziemia i naraziła jej strojną postać na szwank. Zach znów poczuł jakiś absurd nadmiarowych środków ekspresji i tym razem to z powodu Sophie ukrył usta w dłoni.
Ta to zawsze miała gadane- podśmiechiwał się, nadal analizując jej hasła na temat penisów. Ucieszył się, że roztrzęsione nogi Noe nie powstrzymały jej od riposty.
– Dobrze wiesz, że coś mi dolega- oznajmiła, celowo prowokując babkę. Nie liczyła na to, że raptem Sophie spojrzy na nią z empatią i zaprosi do swoich współczujących ramion. Bynajmniej. Tym razem Noe chciała po prostu nie dać jej spokoju, na którym najwyraźniej bardzo zależało babce. – Nie odwracaj kota ogonem, że to wszystko głupota- zarzucała, patrząc w czarne oczy staruszki. – Kolejny lekarz zaleca dokładne badania, a ja sama…- tu na chwilę zawahała się, czy wolno jej użyć tak obnażającego słowa.
Mimo wszystko dokończyła:
– A ja sama PRZECIEŻ czuję, że coś mi jest i mam dość lądowania na pogotowiu – wypowiadała chłodne, obojętne wręcz skargi, jak gdyby modliła się do jakiegoś Boga mieszkającego wewnątrz wiecznego lodowca. Nie czuć w nich było wrogości, przychylności ani rozżalenia. To były skargi kogoś z oddali, ukrytego za bezpieczną fortyfikacją emocji zabijanych jeszcze przed ich zrodzeniem.
Gdyby pozwoliła sobie na żal, rozedrgała by się od pasa po czubek głowy i musiałaby się ukryć- pomyślał Zachary. Musiałaby znaleźć szafkę, w której mogłaby przeczekać niepokój i otumanienie, które w tym stanie ją brało we władanie.
Bo tym co najtrudniej znosiła Noe- była świadomość, że nie ma wokół niej nikogo, kto wystarczająco by ją słyszał, wystarczająco widział i czasem ze względu na nią powściągnął samego siebie.
Chodziło wyłącznie o tę część siebie, która rani innych.
Która czasem chce zabić.
Gdyby tylko ktoś PRZEZ WZGLĄD NA NIĄ zechciał…
Dopuszczenie do siebie żalu, pozbawiłoby ją tej zlodowaciałej zbroi, w której walczyła teraz z babką. Świadomość braków i porzuceń- położyłaby ją na łopatki z tym jednym, nigdy nie uszanowanym, nigdy nie zaspokojonym słowem na ustach: CHCĘ.
Nikomu niepotrzebnym. Wstydliwym.
– To nie ląduj na pogotowiu, jak masz dość! – Sophie skutecznie wyrwała wnuczkę z rozmyślań ostrym nakazem. Spod czarnych rzęs wyrzuciła w stronę młodej grad kamiennych spojrzeń.
– I daj nam żyć w spokoju Golemie! Mogłabyś iść do któregoś z naszych krewnych, nie brak nam lekarzy w rodzinie! Poszłabyś i dowiedziałabyś się, że nic ci nie jest! – Sophie sarknęła pod nosem. Roznosiło ją na samą myśl o dolegliwościach wnuczki, która nie mogła tygodnia przeżyć bez ściągania na siebie uwagi i plątania w to rodziny. Hańba- wrzeszczały jej myśli.
Hańba!!!
Noe skuliła się, zupełnie jakby usłyszała nie tylko to, co wyszło z ust babki, ale także to, co w jej głowie podnosiło larum.
Sophie wiedziała już, że niepotrzebnie podniosła głos, przecież wiadomo było jak Golem zareaguje. Ech… Nie teraz, nie czas na to…- pouczyła samą siebie.
Wzięła oddech, poprawiła twarz i chustę. Zmiękczyła gesty. Czuła, że zreflektowała się w porę.
– No dobra, nie po to tu jesteśmy – mówiąc to wyciągnęła rękę do Noe. – Zawrzyjmy pokój.
– Domyślasz się po co tu jesteśmy, oczywiście…- zawyrokowała wnuczce życzliwie, a w zasadzie pobłażliwie.
Zach nadstawił uszu najwyraźniej lekceważąc wyrazistość swojej ekspresji, bo wychylił się teatralnie w stronę podsłuchiwanych kobiet. Musiał wyglądać na kogoś, kto spada z krzesła, bo gdy Noe nieoczekiwanie spojrzała w jego stronę, miała wzrok pełen zaniepokojenia i troski.
ROZPOZNAŁA GO!!!
Ale co za ulga!!!
Niepotrzebnie się obawiał. Nie pozostawiła na nim uwagi ani wzroku. Może niewielkie zmieszanie zostało gdzieś pod jej powiekami- pomyślał zawstydzony i wdzięczny, że nie narobiła rejwachu. A dziś przecież miewała na to siłę. Mogłaby okazać wściekłość za to tajniactwo.
Sophie cofnęła dłoń. Noe dała jej do zrozumienia, że nie podchwyci pojednania aż tak spektakularnego jak publiczne podanie babce dłoni. Dzieciak ohydny, perfidny!
– Domyślam się, babciu- odpowiedziała zniecierpliwionej Sophie, która to zaczęła już poprawiać do perfekcji chustę wokół głowy. Próbowała ukryć nerwy, wpuściła je w dłonie a te zajęła odkręcaniem wierzchnich warstw chusty i zakręcaniem na nowo. Mimo tychże zabiegów, Noe czuła jej furię, którą dziś z jakiegoś dziwnego powodu babka próbowała zamaskować.
– Chcesz pójść ze mną do X. Leży tam, gdzie leżała mama- odpowiedziała babce spokojnie, szkląc oczy i czując ból zaciskającego się przełyku.
Przełknęła ślinę głośno a boleśnie.
– Tak. Chcę byś tam poszła. Goldbergowie i tak uznali mnie za zdrajczynię- wyznała gorzko i wyjaśniła: – Bez uprzedniej rozmowy ze mną uznali, że na pewno to ja wygadałam ci wszystko…. Zadzwonili mi po prostu oświadczyć jaki jest wyrok ich osądu w mojej sprawie- zakpiła. – Skoro więc tak, to niech im niewidzialna siła sypie pieprzem w majtki. Tak! – podekscytowała się i zerwawszy się z plastikowego krzesła, w jedną dłoń chwyciła swoje wierzchnie okrycie, drugą zaczęła machać pospiesznie na wnuczkę – Pieprz im w majtki! Chodźmy do twojego X.! – nakłaniała.
Noe nie podniosła się na znak rozemocjonowanej babki.
– Spotkałam ich, gdy wychodzili z OIOMU, podczas gdy ja na niego wchodziłam do mamy. Rodzice X. i ja- byliśmy w błędnym przekonaniu co do tego kto tu kogo odwiedza. Ja myślałam, że byli za moimi plecami u mamy na prośbę ojca, a oni sądzili pewnie, że ja u byłam u X.
– Tak było. Wydzwaniali do mnie z pretensjami, że wiesz o X. ode mnie- wyznała Sophie.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś, że z nim źle? Ja od zmysłów odchodzę! – dziewczyna wydusiła z siebie pytanie tak krwiożercze, że odebrało jej zdolność spokojnego oddechu. Serce jej zgłupiało, ciepło uderzyło do głowy. Nogi roztańczyły się w strachu jeszcze mocniej.
– Bo zagrozili mi, że zgłoszą sprawę twojej mamy, to jest Gajkkkkii o pobicia…no…także…
Etna prawie wypluła dawno ostygłą lawę rodzinnych tajemnic. Sophie poniosły emocje, także w tych tematach, w których powinna być trzeźwa o każdej porze dnia i nocy. Na szczęście nie dokończyła zdania, choć była świadoma, że i tak powiedziała za dużo.
– Dość tego! – Zach podszedł zdecydowanym krokiem i zwrócił się do Sophie. – Proszę jechać do domu. Ja zajmę się Noe. Poradzi sobie bez cioci. To jej bardzo osobista sprawa.
Noe zaskoczona nagłą zmianą scenariusza nie mniej niż babcia, widząc Zacha w akcji poczuła znów nagły przypływ odwagi. W czasie, gdy Sophie nieudolnie walczyła z Zacharym o przejęcie kontroli nad wnuczką, ona oddała się rozmyślaniom nad tym, jak zmienna bywa jej pozycja w rozmowach z rodziną.
Rozważania na temat relacji wymagają nierzadko więcej siły niż samo ich przeżywane … Wnioski bowiem do jakich można dojść pojawiają się bez ostrzeżenia i zdarza się, że nie dają wyboru. Często wymuszają podjęcie działań, które podpalą stary świat robiąc miejsce nowemu.
Noe właśnie przyłapała się na dzierżawieniu takiej siły, która aż rwała się, by zacząć buszować w odczuciach i wspomnieniach.
Tonęła w myślach.
Szukała prawidłowości w skrajnym jej traktowaniu. Przypomniała sobie, że Sophie okazała jej czułość, kiedy to dziewczyna- sikając raz za razem w majtki na schodach- nie była już w stanie się z nich ruszyć i odmawiała babce współpracy. Gdy nie mogła już do niczego się zmusić- jej słabość okazała się nagle jej siłą, wokół której babka błąkała się bezradnie. Chodziła wokół niej na palcach, by w końcu wezwać pana Jasia na pomoc…
Albo wtedy, gdy prosiła babcie o sukienkę, w której mogłaby przemawiać na pogrzebach. Sophie wiedziała, że wnuczka zacznie to robić dopiero po jej śmierci. Czy ta trudna świadomość końcówki życia- skłoniła ją do tego, by mówić do Noemi wówczas nie tylko czule, ale z szacunkiem? Ogromna przewaga życia, które stało otworem przed wnuczką, podczas, gdy jej przysłaniało już perspektywę?
Każde spotkanie z X. przy Sophie odbywało się w podobnie pokojowej atmosferze. Czyżby słabość kochania przydawała jej godności w oczach rodziny? -zastanawiała się. Czy miało znaczenie to, że w stronę X. płynęła z jej serca porywista rzeka nie do zatrzymania…?
Czy wyczuwali, że przy Nim zdobywa się na najlepszą siebie i jest gotowa na niejedną wojnę, by to w sobie DLA NIEGO utrzymać?
Gdy była z X.- babcia nie widziała w niej Golema. Nawet jeśli tak o niej mówiła, Noe czuła od niej coś innego. Wyczuwała respekt. Nie była pewna jakim cudem, ale to on umożliwiał jej sięgnięcie po wewnętrzną siłę i korzystanie z niej w utarczkach słownych z rodziną. Respekt, który jej okazywali, pozwalał jej ochronić w sobie godność, której nie zauważała w sobie w innych sytuacjach. Zupełnie jakby potrzebowała na to pozwolenia rodziny, ich pierwszego kroku. Ich szacunek dawał jej prawo do życia i walki.
Paradoksalnie- dobro, króre jej okazywali, pozwalało jej stawiać im odpór.
„Dzięki X. staję się silniejsza, po brzegi kobieca. Gdy mnie opuszcza- każdy może w mój smutek i milczenie może wsadzić swoje strachy, po to by prześladować je we mnie. Bez X. jestem jak pojemnik na wiatr i z powodzeniem noszę w sobie wichury rodzinne.” – Noe zapisała to w dzienniku po wizycie u X. na oddziale.
Było to bardzo trafne. Rodzina bała się jej wrażliwości. Oczekiwano, że nauczy się nakładać na nią maski, tak jak robią to oni. Szydzili więc nie z niej, ale ze swoich znienawidzonych cząstek rozpoznawanych w jej przezroczystej naturze. Jeszcze inni bali się tego, że Noe nosi w sobie- tak dobrze znane im poddaństwo. Poniżali je w niej, choć sami byli poniżani za to samo przez resztę.
Ale wtedy Noe jeszcze tego nie rozumiała. Łapała szyderstwa w klatkę swoich żeber i karmiła nimi serce, sądząc, że nigdy nie dostanie dla niego innego pokarmu.
Była też Gajka, która nie chciała wybaczyć córce dwóch przewin.
Tego, że nadal żyje.
I tego, że żyje w ogóle.
– To ja już pójdę, paluszku – babcia pogładziła ją po głowie bez uprzedzenia, wyrwawszy Noe z rozmyślań. Ich treść nie pomogła jej przyjąć tych nagłych czułości. Stanęła na równe nogi i kiwnęła tylko staruszce na tak, że dobrze, że niech idzie…
– Pamiętaj- Sophie podniosła pouczający palec, prawiąc- żaden człowiek nie da ci tego, czego w sobie nie masz, Noe. Ten X. to jak i jego matka i ojciec i reszta przed nimi- to perz nie ludzie. Tego się nie pielęgnuje, to się tępi! – krzyknęła odchodząc. Powtórz im to!
Po chwili wróciła jeszcze do stolika, by na spokojnie założyć płaszcz. Otuliła się szalem i oczywista, poprawiła chustę próbując wygonić z sobie wściekłość na małolatów.
– Dodam jeszcze- podeszła raz jeszcze do stojących jak słupy młodych- że ten cały X. jest jak pieróg. Może i wielu się przypadnie do gustu, ale nie ma w nim nic nadzwyczajnego. Pomieszanie z poplątaniem. Ziemniaki i ser, jak u byle dziada na stole!!! Pozwolił żebyś nic nie wiedziała!!! To zdrajca, kłamca, nic niewart… Pieprz mu w majtki!
Wykrzyczała swoje w stronę Noemi i poszła.
A więc załatwiła przy okazji swoje rachunki- pomyślała Noe.
Zach bez słowa okazał kuzynce uczucie. Patrzył miękko i wskazał jej drogę wolną na oddział. Sam niósł za nią płaszcz, szal, berecik i torebkę- snując się wiele kroków za nią.
Potrzebowała teraz przestrzeni na powstającą z martwych odwagę i kobiecość. Wiedział to. On z kolei potrzebował też patrzeć, jak odchodzi nie oglądając się za siebie.
Przyzwyczaić oczy do oddalającej się małej Noe.
I dotykać płaszcza, który wcześniej obejmował ją w pasie.