„Więc teraz serca mam dwa, smutki dwa”

Gdy tylko Sophie opuściła szpital, wyobraziłam sobie, że śnieg natychmiast równomiernie oprószył jej odświętną chustę, którą to tak starannie okalała swoje włosy. W mojej wizji szła teraz pospiesznie do samochodu pana Jasia w pierzastej czapie z chłodnych płatków. Przez większość drogi patrzyła na wyścig ścigających się przed jej oczami ciemnych, skórzanych kozaczków. Zostawiała nimi maleńkie odciski na śniegu. Być może przypomniała sobie, że dotąd to E., jej nieżyjący mąż- dbał o nie, kremował i czyścił na przekór mrozom. Być może nawet pozwoliła sobie za nim zatęsknić.
I oczywiście- od razu to przerwać.
Albowiem tęsknota to spacerowanie wstecz, a na to dziś Sophie nie mogła sobie pozwolić.
I powiedzmy, że chodziło o minusową temperaturę.

Ostrożnie a zarazem zdecydowanie stawiała kroki odpędzając od głowy wszystko, co mogłoby ją spowalniać. Wreszcie, niby lekka od całego ciężaru istnienia, dotarła do celu jakim był pan Jaś ukryty szczelnie w puszce zaśnieżonego auta. Zabielona Sophie, wystylizowana przez zimową aurę, wsiadając- zapewne zatrzasnęła drzwi auta. Wiadomo, soczyście bluźniła przy tym na Zacharego i na mnie. Nie oszczędzając Stwórcy- zwyczajowo wplątała go w swój gniew wymyślając nowe i można być pewnym, że z pewnością twórcze- obelgi.

Sophie nie brała pod uwagę tego, że Bóg mógłby wziąć stronę kogoś innego niż ona. Nawet jeśli Mu to zarzucała, miałam wrażenie, że tak naprawdę nie dopuszcza do siebie myśli, że ktokolwiek ma większe prawo dostępu do Stwórcy niż ona.

Fantazjowanie na temat babci pomogło mi podjąć działanie. Udało mi się skutecznie wyrazić swój plan milczeniem. Zachary nie dopytywał, nie dziwił się niczemu, przeczuł co zamierzam.

Myśląc o Sophie, ruszyłam przed siebie. Nie wiedziałam, czy Zach celowo zwalniał kroku, czy może ja szłam tak wartko.
Choć, jeśli mam to ocenić- była to wartkość rzeki błądzącej po przypadkowych korytach. Trochę przestraszonej, trochę nie radzącej sobie z siłą, która ją popycha naprzód. Stąd ten pęd przed siebie- po omacku.

Nie wiedziałam, dokąd idę w tym momencie. Ale też nie wiedziałam przecież dokąd zmierzam.

Jedno jest pewne; zapragnęłam pozbawić się wszystkiego, co przed wyjazdem z domu narzuciła na mnie Sophie.
Kozaki, płaszcz, berecik, biżuteria. Byłam pewna, że muszę pokonać drogę do X. boso.
Chciałam spotkać go bez tych ceregieli, które, zdaniem babki, pewnie miały zakryć wstyd, który wyłazi mi nawet na skórę i wpełza w rzęsy.
Wstyd, który jest tak uparty, jak dziecko, które zawsze zdradzi sekrety rodziny w najmniej odpowiednim momencie. Wstyd, który mówi za mnie od lat.
Nie chciałam uciszać go cudzym złotem.

Intuicyjnie skręciłam w korytarzyk, który biegł w przeciwnym kierunku do OIOMU. Weszłam do pierwszej napotkanej sali chorych. Chciałam na moment zejść z oczu Zacha, by zebrać myśli i przypomnieć sobie po co tu jestem i jaka chcę być dla X.

Odkąd Zachary rozjaśnił mi czym w rzeczywistości było spotkanie Dawida i Estery Goldbergów przed drzwiami OIOMU- wiedziałam, że wreszcie tu przyjdę, że będę chciała zapytać X. jak to możliwe, że odszedł ode po to by obcować z chorobą. By oddać się jej w pełni, nie zostawiając mi miejsca. Ale dziś to Sophie zadecydowała o wizycie w tym miejscu. I zamierzałam z tego skorzystać. Jednak na swoich prawach. I Zach, kochany Zach- nawet nie wiedział, że bardzo mi to ułatwił odsyłając babcię do domu.

Przy niej- musiałabym z krwią i potem odsłaniać każdy skrawek samej siebie. A teraz, przy snującym się za mną Zacharym- po prostu byłam. Mogłam być.

Przypadkowa sala, do której weszłam rozmyła mi się w tło. Na pierwszym, ostrym planie złapałam puste łóżko i wolny taboret obok niego. Nie zamierzałam wnikać w szczegóły. Rzuciłam głuche „dzień dobry” i korzystając z pomocy żeliwnego stołka, schyliłam się i rozpoczęłam oswobadzanie. Pozbyłam się kozaczków. Postawiłam je obok stóp, po czym złapałam za biżuterię i zorientowawszy się, że Zach nosi moją torebkę, płaszcz i resztę- wrzuciłam kolczyki i naszyjnik do prawego buta.

W rajstopach stało mi się o wiele pewniej. Poczułam zimną podłogę szpitalną. Pomyślałam, że system szpitalnych korytarzy jest jak układ krwionośny zmarłego, oddanego do chłodni. Ten niepokojący zielonkawo- błękitny kolor żył… ten chłód, ten dziwny zapach…

Z bólem chwyciłam kozaki w jedną dłoń i zebrałam się do wyjścia. Przez chwilę zasmuciła mnie myśl, że z napięcia odezwą się wszystkie dawne złamania. Ale zatrzymało się na dłoni, a tyle umiałam ukryć głęboko. Nie skrzywić się nawet ruszając obolałą ręką.

Pestka- pocieszałam się i dopingowałam.

Zach mignął mi mijając otwartą na oścież salę, w której się schroniłam. Nie zatrzymując na mnie wzroku- poszedł dyskretnie dalej. Byłam pewna Zacha i tego, że mnie nie zagadnie, że pozwoli mi działać po swojemu. Gdy tak przeszedł niby cień- poczułam wdzięczność i radość, że jeszcze jest…Bo dzięki temu i ja chwilami istniałam bardziej.

Ułożyłam plan w głowie. Chciałam jak najszybciej pójść na OIOM i zmierzyć się z pielęgniarkami i samym X. Byłam gotowa zawalczyć o wejście, o zobaczenie go…

– Jesteś.

Głos dobiegł z zamglonej sali, którą zamierzałam właśnie opuścić. Nie obejrzałam się jeszcze. Nie byłam pewna, czy to nie przypadkowe mamrotanie w gorączce. Ktoś mógł pomylić mnie z członkiem rodziny albo pielęgniarką.

– Noe, to ty. Widzę cię przecież- upominał się głos. – Co ty z tymi butami…? – pytał.

Był bardzo cichy i wydobywał się z trudem. Ale już wiedziałam. Wiedziało moje serce, które w tej chwili powędrowało do uszu, do gardła i próbowało uderzać w łopatki od wewnątrz.

Nie mogłam zignorować tego gongu. Podciął mi nogi, wycisnął szczypiącą łzę z oka i rzucił na kolana.

– Noe!!! – krzyczał słaby głos. – Jesteś cała?!

Uderzyłam policzkiem o mroźne, żylaste gumoleum.
– X…- mówiłam do siebie jego imię szeptem, to on, to on tu jest…X…

Zachary, którego ciągnęło do rabinatu, z miejsca zrealizował się jako posłaniec Boży. Zjawił się bezszelestnie, jak na skrzydłach by po raz kolejny podnieść mnie z nizin i przywrócić ciągowi dalszemu wydarzeń.

Stałam prosto, wytężałam wzrok. Przytrzymywał mnie ciemny posłaniec w grubym swetrze.

– Po prostu podejdźmy tam- Zach wskazał na łóżko wciśnięte we wnękę przy oknie- a jak powiesz, że jest okey, to sobie pójdę na jakiś czas- obiecał spokojnie.

– Dobra- zgodziłam się.

– Chcesz boso?

– Tak. Weź tylko ze sobą moje kozaki, bo tam jest…

– Wsadziła tam złote kolczyki i naszyjnik- doniósł cichy, żartujący sobie teraz- głos. Głos mojego X…

Staliśmy przy nim. PRZY NIM, przy moim X.!

Słyszałam go, ale nie mogłam dostrzec. Oczy szwankowały i wiedziałam, że nie jest to skutek upadku. Nie był silny. Za to silny był strach. Tak bardzo bałam się zobaczyć kim teraz jest. Kim jest beze mnie, gasnący na łonie choroby, chodzący po tych mroźnych korytarzach, szurający kapciami od matki- po tych martwych podłogach…

Zachary przyniósł mi ten sam ciężki, toporny taboret, przy którym czułam się pewniej, niż przy chłopaku, którego jeszcze przed chwilą tak pragnęłam zobaczyć. Usiadłam. Poczułam uderzenie świetlówek w obu oczach i zmusiłam się, by widzieć.

X. siedział przede mną na szpitalnym łóżku. W dresie szarym i smutnym, z maleńkim jeżykiem w miejscu ukochanych przeze mnie długich włosów. Miał dobrą twarz i ciepłe oczy. To się nie zmieniło. Znalazłam trochę spokoju w tym, że musiał mieć się o wiele lepiej, niż wtedy, gdy go nie poznałam na OIOMIE… Ale…
Zeszczuplał jeszcze bardziej. Próbowałam nie widzieć przeraźliwie krótkich paznokci u palców jego dłoni i wysypu małych siniaczków na skąpo odsłoniętych fragmentach ciała. Mimo to patrzyłam. Nie używałam wzroku, choć powrócił do mnie. Patrzyłam żalem. Czułam, że nigdy nie pozbędziemy się smutku, który wylał się między nami w tej chwili.

– Przynajmniej wiem skąd pomysł na krótkie włosy- powiedziałam cicho i spojrzałam w jego oczy. – Nie mogłeś mi powiedzieć ostatnio? Przecież zrozumiałabym… Wtedy w lesie, gdy tak kaszlałeś…zakopywałeś w ziemi…no wiesz… tyle krwi poszło ci z nosa…- przypominałam i wypominałam.

Za oknem zagęściły się opady śniegu. To już nie był śnieg, to niechlujnie połamane tafle lodu uderzały w ziemię. Nasłuchiwaliśmy przez chwilę tej małej zagłady.

Wreszcie X. spojrzał na stojącego za mną Zacha. Ten z miejsca zrozumiał i odszedł w ciszy w odmęty szpitala.

– Bałem się – powiedział z trudem przełykając ślinę i schował wzrok na swoich stopach otulonych grubymi skarpetami i zabawnymi, kolorowymi papuciami.

– Czego się bałeś? – wyszeptałam.

Nie wiedział co ze sobą począć. Oddychał niespokojnie i choć siedział jak półżywy- jego oddech szalał ponad miarę. Próbował na mnie spojrzeć, ale zdołał podnieść wzrok tylko na wysokość kolan. Wbił go teraz w jedno z nich, zasłonięte spodniami w kolorze ciężkiego, zimowego dymu znad wielorodzinnej kamienicy. Jego uda, łydki, stopy – były tak blisko mnie. Ale patrzyłam na nie jak na fikcję, która kiedyś była mi bliska.

Jak na chłodne obrazy dawniej uwielbianego filmu, który dziś nie może obudzić żadnej z rozbudzonych wtedy tęsknot. Moje serce tak oto wyrażało swój gniew i żal za porzucenie. Udawało przed X. nieznajomego, niewzruszonego przybysza.

– Niosę same konflikty- zaczął znów, bardzo cicho. – Nie byłem w stanie zatrzymać wojny między twoją babcią, a moimi rodzicami. Noemi… Wybacz mi. Nie chciałem przysparzać ci więcej niż masz…- dokończył z trudem.

– Nie przysporzyłeś mi więcej, tak jak planowałeś- odezwałam się chłodno. – Za to udało ci się zabrać więcej niż dałeś mi przez ten cały dobry czas między nami- strzeliłam w niego, jak w postać na strzelnicy. Bezlitośnie.

Wstałam, poczułam znowu ziąb podłogi. Upokorzenie, żal, gniew- wszystko to stało teraz boso przy jego łóżku. Nie umiałam wtedy tego nazwać, ale czułam, jak łka moje gardło, jak szarpie mną uwięziony w brzuchu duch. Zrobiło mi się niedobrze, słabo, krew odpływała z policzków w znajomą mi czeluść nieistnienia. Byłam gotowa zejść przez tę cholerną kostnicę podłogi pod ziemię…
Skierowałam się w stronę wyjścia.

– Jeśli wyjdziesz, wstanę i wyjdę z tobą, Noe- powiedział cicho. Płakał. – Zamieszkam pod twoim domem w namiocie. I tam umrę- wykrztusił wraz z bolesnym kaszlem.

– Jesteś głupi- powiedziałam cicho, nie odwracając się do niego.

– Wiem. Dlatego do mnie pasujesz. Ty też jesteś głupia, bo nie uwierzyłaś, że cię kocham- odpowiedział.

Przodem do wyjścia, tyłem do X. boso. Uklękłam i usiadłam na swoich stopach. Popatrzyłam w sufit, przebiłam się wyobraźnią przez spękaną na nim farbę. Potem już z łatwością przedostałam się wyżej z modlitwą. Uniosłam ręce do góry i zapytałam:

– Czy to prawda? Czy pozwalasz, żeby ON umierał?

Ktoś z pozostałych, leżących chorych wcisnął guziczek i wpadła pielęgniarka.
Zdziwiona stanęła w progu z pytającym wzorkiem.

– Proszę się nie martwić, wszystko dobrze- powiedział X.

Wstał bardzo ostrożnie i podszedł do mnie. Ukląkł za mną i objął mnie mocno. Splótł dłonie na moim brzuchu.

Wzniósł twarz ku górze. Poczułam na włosach jego roztrzęsioną, uniesioną brodę.

– Czy pozwalasz, by nie wierzyła w moją miłość? – zapytał i wybuchł tym samym śmiechem, który otwierał dawniej przed nim moje całe ciało.

Dobrym, jasnym, lekkim.
Było mu łatwiej roześmiać się, bo X. pytał tylko sufitu.
Ja pytałam Boga.

– Świry – rzuciła zbita z tropu pielęgniarka. – Opanujcie się, bo nie jesteście sami- dorzuciła i wyszła ze współczująca miną. Wiedziałam, że nie karci poważnie X. Był pod niepokojącą ochroną. – Cicho bądźcie przynajmniej, jak już musicie tak pajacować!

Jej ironiczny rozkaz dobiegł do nas z pokonywanego już zawodowym półbiegiem korytarza. Te kobiety zawsze są gdzieś pomiędzy, pomyślałam i pozwoliłam się rozchmurzyć radości X. Położyliśmy się na podłodze. Na tej śmiertelnej gumie w kolorach naczyń krwionośnych nieboszczyka. To X. pociągnął nas ku niej. Czuł się tu całkiem swobodnie, a mnie szybko zrobiło się zbyt chłodno.
Wsunęłam się w zarys jego ciała- sobą. Przylgnął do mnie od tyłu i oddychał mi do ucha. Nasze zgięcia nóg pasowały do siebie jak dawniej, jak zawsze…

– Jak długo? Ile? – zapytałam.

– Nie chciałem wiedzieć.

– Co teraz? – zapytałam.

– Zaszantażuję czymś rodziców. A ty, poradzisz sobie z babcią? Słyszałem wtedy…

– Wiem. Usłyszałeś ostre słowa mojej babki i stchórzyłeś- cisnęłam.

– Nie ze względu na siebie, ale ty z nimi zostaniesz…

Gładził mnie po rękach. Studiował opuszkami moją skórę. Wiedziałam, że zatrzymuje się tam, gdzie zostały zgrubienia od poszarpanej paznokciem dłoni, przedramienia… Ukradkiem zaglądał pod włosy, niby całując szyję.

– Nie jest dobrze Noe? Jest bardzo źle z tobą, co?

Co miałabym odpowiedzieć? Poczułam jego łzy we włosach. A w drzwiach przystanął smutny cień Zacha.

– Z babcią już załatwione- powiedziałam- To ona mnie tu przywiozła, nie Zach. On mnie odwiezie i chyba właśnie to musi być już- oznajmiłam i próbowałam się podnieść.

X. trzymał mnie w żelaznym uścisku przez chwilę jeszcze. Odrętwiałam.

– Wróć jutro, obiecaj. Jak tylko możesz… ja z rana zaskoczę rodziców ultimatum, że masz być…do końca. Jasne?

– Dobrze.

– Jeśli jednak się rozmyślisz i nie będziesz chciała patrzeć na mnie… nie przyjeżdżaj jutro. To dla mnie będzie znak- mówił sztucznie, nerwowo, jak o wyborze koloru bluzki, a nie naszym byciu razem. Zrozumiałam tę sztywną gadkę. Sama nie byłabym w stanie pociągnąć tego w pełni poważnie i trzeźwo.

– Przyjadę. Na pewno.

Mówiąc to, wzięłam jego dłoń i pocałowałam.

– Ale potrzebuję wiedzieć co ci jest i ile mniej więcej…

Zwolnił uścisk. Wstałam.
Zach wpatrywał się we mnie z bólem. Trzymał moje okrycia i te cholerne kozaczki… Wyciągnął je w moją stronę.

– Nie- powiedziałam. – Założę przed samym wyjściem stąd, na holu.
Pożegnałam X. nie szukając jego ust ani oczu.

Próbowałam nie pomieszać tych dwóch światów, tych dwóch mężczyzn. Obecność Zacharego oddalała we mnie chęć wpłynięcia ciałem na X. Żeglowania po nim.

Chciałam już siedzieć z kuzynem w aucie.
Poszliśmy przed siebie. Gładka podłoga prowadziła mnie w kierunku wyjścia, otrzeźwiała nieprzyjemną temperaturą.

Zachary złapał mnie pod ramię, gdy tylko opuściliśmy salę, na której choroba uwięziła X.
Z rozpaczy przywarłam do ciemnego Zacha. Chciałam umrzeć, wyć, krzyczeć, bić.
Ale miałam siłę tylko na to, by nasłuchiwać jak jego oddech podróżuje po ciepłym swetrze.
Zach był moim jedynym domem. Czułam zapach tego domu i chciałam w nim zostać.

Po chwili oderwałam się od niego ze wstydem. Zajęłam się wsuwaniem kozaków, przywracaniem biżuterii na miejsce. I nagle kątem oka zobaczyłam stojącego na korytarzu, przyglądającego się nam -X.

Zamarłam.
Wyczuł to i zniknął w kryjówce swojej Sali.
Bardzo smutny.

Nigdy potem nie mieliśmy już o tym rozmawiać. Nigdy potem też X. nie zapytał mnie skąd wiedziałam, że umiera. Ani on sam ani babcia- nie powiedzieli mi o tym jak dalece strawił go rak.

Nie umiem inaczej tego wyjaśnić. Po prostu czułam, że śmierć zaistniała między naszymi ciałami.
Miałam nadzieje, że odwiedzając dziadka, a teraz X.- zabierze w końcu także i mnie.
I ubolewałam, że wciąż jestem przez nią pomijana.
Pomyślałam wtedy, siedząc przy łóżku X., że śmierć na pewno jest kobietą. Pożądliwie pochłaniała urodę mojego chłopca o dobrych dłoniach i oczach.

Sporo blasku już odebrała.
A wciąż było dla kogo oszaleć.