„Pokaż zegarze co się marzy Marze”

Coś wyszarpuje mnie ze snu i wrzuca do niespokojnego łóżka.

Szukam siebie gorączkowo, oddzielając cienie od półcieni wokół mojej głowy.
Nie ma już bramy przed domem Morfeusza, za którą mogłabym się zatrzasnąć, by przechytrzyć rzeczywistość. Boleśnie zastaję siebie na jawie, w rozedrganym ciele. Zupełnie nieprzygotowana do świadomego istnienia.

Zanim podniosę powieki wiem już, że dławię się oddechem. Postanawiam więc nie nabierać zbyt dużo powietrza i jakoś spożytkować to, które jeszcze we mnie tkwi i rozpala mi bolesne ogniska w piersiach.
Podobno są tacy, którzy oddychają bezwiednie… Podobno… Zawsze staram się ich sobie wyobrazić, gdy toczę walkę na śmierć i życie o to, by ciemne szpony mojego wnętrza nie udusiły mnie żywcem.
No niestety.
U mnie bezwiednie pojawia się wyłącznie tornado w narządach i tych procesach, co to u innych ludzi realizują się w ciszy, w tle ciał.

Dotykam czoła, policzków, przecieram oczy.
Gałki pulsują mi od gorąca, a powieki wręcz przeciwnie- trzęsą się z zimna.
Wytężam zdezorientowany wzrok. Próbuję znaleźć wyjście z labiryntu zamglonej głowy.
Udaje się.
Wyliczam. Opowiadam sobie to, co udaje mi się ze sobą ustalić.

Jestem w domu rodzinnym, po swojej stronie domu. Biorę minimalny wdech i kontynuuje: a dokładniej- jestem w dużym pokoju, w tym, w którym lubię teraz sypiać. Zachary wyjechał do Lublina, do dziadków od strony swojej mamy. Pożegnać się… ale wróci jeszcze.

Jestem w domu, w swoim pokoju- powtarzam na głos na wydechu.

Zaczynam lepiej rozpoznawać kształty. Noc oswoiła mój wzrok.
Naprzeciw wezgłowia mojego łóżka- ściana.
Ta ściana stoi tu od stu lat, brzemienna w komin. Kto wpadł na pomysł, by powiesić na nim drewniany zegar i poddawać czas zmiennym temperaturom?
Dziadek? Czyżby ustawił raz na zawsze zmiennocieplne relacje naszego domu z czasem?

Zegar milczał od trzydziestu minut.
Podniosłam głowę, by upewnić się, że wystarczająco wyraźnie widzę jego tarczę.
Jest jakaś… Trzecia Trzydzieści.
Zachary wyjechał do dziadków, pożegnać się…- szepczę.

Reszta mieszkańców dużego pokoju stoi w ciszy, wpatrując się w przyślepe przebłyski kinkietu zawieszonego tuż nad progiem łączącym moje dwa pokoje. Ciężko nazwać to światłem, to raczej wspomnienie latarni morskiej zza wielu, wielu mgieł.
Obrus na stole zaniemówił na czas nocy, podobnie jak zasłony w niewidomych oknach i nieoświetlone grzbiety książek. Siadam na łóżku. Badam otoczenie.
Wszystko byłoby dobrze, zwyczajnie. Tak przecież ma być: meble zastygają w godzinach nieużyteczności, książki zapominają słów i nagle robi się miejsce dla tego wszystkiego, co pozbawione blasku.

Fortepian- o tej porze to tylko ciemna bryła zabierająca przestrzeń snom. Tak… Noc odbiera głos instrumentom, osobowość meblom i wewnętrzne życie sprzętom.

Byłoby wszystko jak należy, gdyby nie to nieuchwytne, duszące powietrze wewnątrz i na zewnątrz mnie…
To tylko panika, ona nie istnieje- mówię na głos, ledwie utrzymując sylaby na języku. Mam nadzieję odstraszyć przeciwnika demaskując go.

Przegonić tak dobrze znany mi STRACH.
Zachary wyjechał do … ków, poże…się..-mamroczę, jak mantrę. Kaleczę słowa. Próbuję siedzieć całkiem prosto, jak najmniej uciskać brzuch.

Nie umiem powiedzieć samej sobie, czy STRACH obudził mnie w środku nocy, czy może nad ranem. Niejednokrotnie przecież, o podobnej godzinie kończył się mój sen w dzieciństwie. Ale bywało i tak, że o takiej porze mogłam dopiero próbować się położyć, kiedy to mamę wreszcie powaliły pastylki poddane wodospadom alkoholu.

Uciekam STRACHOWI, oszukuję go. Siedzę sztywno, wgapiam się w ścianę.
Zachary wyjechał do dziadków, pożegnać się…, ale jeszcze wróci- pocieszam się.

Nie mogę sobie przypomnieć historii tego ściennego zegara, a coś przymusza mnie, bym jej dociekała. Nie pamiętam, ile ma lat. Wiem, że był ważny dla dziadka. Nie mam jednak pojęcia, dlaczego. Za to pamiętam niestety, ile lat trwa zrywanie mnie z łóżka po zaledwie dwóch, trzech godzinach snu.

Zbyt długo.

Złoszczę się na siebie za ten wniosek. Każda bezsenność topi moje serce w żalu kierowanym do mamy, w której jednocześnie nie chcę widzieć żadnych win…

A ponieważ je widzę…

Przychodzi do mnie smutek i zabiera miejsce wszystkiemu innemu. Kładzie się na zmierzwionym obok mnie posłaniu, wlewa się w odciśnięty w poduszce krater po czyjejś głowie.
Dotykam poduszki, jakbym wsunęła dłoń smutkowi pod głowę. Wszystko jest wilgotne, a poszewkę można wyżymać do zlewu… Wiem, że to nie mój pot. Myślę ciężko, myślę… mały wdech, wydech.
I odruchowo, chcąc przetrzeć dłonią oczy- wyłapuję jej zapach zebrany z zapoconej poszewki i wącham swoje palce, a potem zalewające ramiona- włosy. To ten sam zapach! Ten ktoś leżący tu- wcierał siebie w moje włosy…
Myślę…
Zapach nabiera kształtu, konkretnych oczu, sylwetki. Widzę tę twarz, czuję dotyk tamtych dłoni…!

ON TU BYŁ!!!
Był…
TERAZ GO TU NIE MA!!!

Dopiero teraz dotarło do mnie, że przecież X. spał tu ze mną. A ja zajmuję się zegarem, kominem… smutkiem i strachem, głupia!

Nie ma go! Znów go nie ma!!! Uciekł, dlaczego znów…?! Jak to zrobił w taki śnieg?!!!

Raz, dwa, trzy. Wdech, wydech.

Zrywam się na równe nogi, zapalam lampkę nocną. Dopadam okno, które jeszcze chwilę temu stało w ścianie za zasłoną STRACHU, niewidzialne dla mnie. Otwieram je na oścież, połykam mróz. Nieoświetlony śnieg sypie się z nieba niczym deszcz niedopalonej materii po pożarze.
Już wiem wszystko. Wiem, gdzie jestem, kim jestem i co się wydarzyło poprzedniego wieczora.
Pani Beata, mróz, nachalny śnieg wsypujący się za kołnierz X., te kilogramy ciast weselnych pozostawione w kuchni…Jego przeraźliwie chłodne dłonie – wyliczam na głos.

Zwieszam głowę ku ogrodowi, koncentruję się na ledwie widocznej huśtawce ogrodowej, pokonanej przez śnieżną zamieć.
Zbieram myśli, układam jedną obok drugiej, niczym kostki lodu, podczas, gdy włosy mi bieleją. Śnieg wewnątrz domu odzyskuje swój kolor i blask, po czym spływa po mnie zorientowawszy się, że zwabiłam go w okolice ciepłego kaloryfera.

To dobra kąpiel. W upłynnionym śniegu. We krwi zimy.
Czuję, że do nóg i rąk wraca siła, ale i cel.
Zostawiam ciemną śnieżycę za sobą. Zamykam okno, zostawiam zapaloną przy łóżku lampkę.
Wychodzę na korytarz, kieruję się w stronę części domu zamieszkiwanej przez mamę.
Idę boso, jak po szpitalu, z nadzieją, że X. gdzieś jednak jest…

Chcę dobrze czuć podłoże.

Drzwi są uchylone. Jestem czujna, spinam mięśnie ramion i karku. Czuję, że używam słuchu bardziej, niż wszystkich innych zmysłów. Chcę dosłyszeć niebezpieczeństwo zanim ono usłyszy moje kroki. Kilka razy w życiu -uszy puszczone przodem przed całym ciałem- uratowały mnie…uratowały moje ciało, ocaliły myśli.

Salon bezpieczny.
Jest cicho, cieniście. Latarnie wiejskie widoczne stąd- nie mają szans, by zawitać u mamy. Ona nie uchyla zasłon światu. Wiszą tak, jakby próbowały objąć źrenice okien i unieszkodliwić je. A nuż świat zajrzałby, a nuż zechciałby się przyjrzeć…

Ernesto śpi z małymi w fotelu. Skradam się, by nie przerywać kocich snów. Wsuwam się do kuchni przez niewielką, wolną przestrzeń niedomkniętych drzwi. Wciąż patrzę w stronę kotków. Uspokaja mnie spokój tego miejsca- dopasowany kształtem do ich puchatych grzbietów. Spodziewam się, że mama jest w swojej sypialni, odcięta przez jakąś skuteczną mieszankę substancji. Nie zagraża zwierzęcym, czujnym snom.

Gdyby była dziś niebezpieczna, Ernesto nie pozwoliłaby sobie stracić czujności w pobliżu jej sypialni. Nie oddałaby się wypoczynkowi i nie dałaby przyzwolenia małym, by zasnęły tu w naturalnej bezbronności.
Musiało więc być całkiem dobrze, pomyślałam.

Zaczynam wierzyć także w to, że i ja nie muszę się kryć. Oddycham swobodniej, uwalniam trochę kark od napięcia. Czuję kłujący ból szyi.

Nie zaglądam do mamy, jeszcze nie. Najpierw X…

Nie pozwalam sobie myśleć, że mamie coś mogłoby się stać. Że ta cisza to nie sen, ale jej sen ostatni… STOP.
NIE! Teraz X… Teraz ON- mówię swojemu wyrywnemu sercu- uzależnionemu od myślenia o Gajce, gotowemu osaczyć jej każdy ruch, opleść ją znerwicowanymi żyłami.
Stop, teraz X.

Jestem w kuchni, odruchowo zamykam za sobą drzwi, w razie gdybym mogła zrobić coś, co zbudzi mamę lub koty. Podnoszę głowę i najpierw dziwi mnie zapalone światło nad stołem i kuchenką, potem radosne chichranie w kącie, we wnęce między kredensem a ścianą.

– Ciiii!- ktoś dał sygnał do zamilknięcia i natychmiast zrobiło się zupełnie cicho.

Dopiero teraz rozglądam się w pełni świadomie i widzę w szczegółach kształty, odległości i barwy. Gdy czuję, że kark spina mi się samoistnie, spłycam też oddech i nastawiam uszu. Jest spory bałagan i choć niepodobny do tego, który zostawia po sobie mama w szale…moje ciało nastawia się na przeczuwanie ataku.
Robię szybki rekonesans. Pudełka i papiery po gościńcu weselnym owszem, porozkładane w nieładzie, ale to raczej ferwor, niż ślepa furia Gajki- oceniam.

Wiem, że muszę tam podejść. Mój niepokój, ale i ciekawość zebrane nagle w jedno- nie dadzą mi tak po prostu stąd odejść. Próbuję ruszyć nogą, zginam kolano, żeby zrobić krok. Udaje się, więc potem już po prostu poruszam się naprzód- gotowa zobaczyć coś, co nie przychodzi mi do głowy, coś czego nie umiem przewidzieć.

Dzieci? Ale które? Czy ktoś odwiedził nas, gdy już spałam? Wnuki Helenki? Może one…- przemyśliwuję.

Przytulone do siebie, dwie, niepodobne we wszystkim postaci- ukryły twarze wewnątrz wzajemnego uścisku. Nieruchome, nieme i niepewne- pomyślałam, dopóki nie usłyszałam zduszonego śmiechu. Podeszłam całkiem blisko. Na ziemi leżały tekturowe tacki z niedogryzionymi kawałkami ciast. Zanim weszłam, uznaniem tej dwójki cieszyły się najwyraźniej resztki przekładańca z kolorową masą i owocami. Widać było, że porzucono je w popłochu, dosłownie przed chwilą. W całej kuchni pachniało słodkim grzechem deserowej rozpusty.

– No nie! To Ty!!! X.! – wybuchłam przyjrzawszy się z bliska bluzie, którą tak dobrze znam. Wciąż zapominam, że jest tak drobny już… Tak szczupły…- pomyślałam. W czapeczce z daszkiem i tym embrionalnym skuleniu- wyglądał przez chwilę jak chłopiec.
Obie twarze podniosły się i rozszalały w rechocie. Umorusane kolorową masą, z wyszczerzonymi zębami przeplecionymi pesteczkami kiwi i malin wygryzionych łapczywie z ciast i ciastek. Dłonie nie inaczej- oklejone cukrem przerobionym na wszystkie możliwe, przyjemne wizualnie sposoby.

Złapali się teraz za ręce i śmiali do siebie, nie mogąc przestać.

– Ciociu?! Ty też w tym spisku?!- zapytałam, nie wiedząc o co pytać. Nie rozumiałam tego co zaszło. Ucieszył mnie widok radosnego X., ale ciocia M. ubabrana w cieście i euforii- akurat taki widok wcale nie musiał oznaczać nic pozytywnego, nic zdrowego.

– No co? – zaczepnie zapytała szczęśliwa jak nigdy Mara- przyszliśmy się objeść, gdy nikt nie widzi! Mieliśmy nadzieję, że nas nie przyłapią, więc albo jesz z nami i milczysz, albo musimy cię unieszkodliwić! – dodała i śmiała się dalej.

Nigdy nie widziałam tak beztroskiej cioci Mary. Psociła jak mała dziewczynka, a temu wrażeniu pomagało jej zupełnie niespodziewane uczesanie na cebulę.

Zaniemówiłam. Nie znałam klucza do takiego zdarzenia. Brakowało mi w pamięci podobnych sytuacji, z których mogłabym skorzystać. Nie wiedziałam nawet jakich użyć słów. Gdyby nie radość, że X. nie wyjechał- uciekłabym od ciotki.

Na szczęście mój chłopiec wstał z podłogi, pokonał sporym krokiem rozrzucone pudełka i objął mnie.

– Wstałem około drugiej wściekle głodny- wyjaśnił miękko, gładząc mnie po włosach- spałaś mocno, a mnie jedyne co przyszło mi do głowy to te kilogramy łakoci od pani Beaty…

– A ja szłam do łazienki na piętrze, bo czułam, że od uderzeń gorąca strasznie ode mnie czuć. Nie mogłam zasnąć mając pod nosem samą siebie, taką cuchnącą padliną- obrazowo tłumaczyła ciocia M. wstając i zbierając się do wyjścia. – No, nie będę wam przeszkadzać…tak się tu w sumie napatoczyłam…- zmieszała się naszą czułością.

Wydobyłam się z objęć X. i stanęłam przy cioci.

– Zostań. Zrobię herbaty- zaproponowałam i wskazałam miejsce przy stole. Ukrywałam przed nią zamęt panujący w moich emocjach. Tak naprawdę wolałabym, by sobie poszła.
Nigdy nie liczyłam na to, że ciocia M. wniesie coś dobrego do mojego wnętrza. Zwalczała mnie dość konsekwentnie, więc trudno mi było wejść w festynowy nastrój, który stworzyli sobie w środku nocy z moim X.
Potrzebowałam tylko jego. On był początkiem i krańcem wszystkiego, czego chciałam się teraz złapać. Po tamtej dawce STRACHU, która kradła mi tlen i rozum- chciałam się znieczulić.

Tak bardzo cieszyłam się, że NADAL TU JEST, że udało nam się obezwładnić jego rodziców i Sophie, by być razem, dopóki się da. Nasze choroby dobrze się złożyły w czasie. Jego rak i moje- nie wiadomo co, a jednak nie pozwalające żyć…

Muszę tez przyznać, że gdzieś bardzo skrycie pragnęłam też, by ciocia mnie polubiła. Wyjęłam więc filiżanki. Zaparzyłam zielonej herbaty w imbryczku przywiezionym przez tatę z Turcji i stawiając go na ceramicznej podstawce- spojrzałam na moich nietypowych gości.

X. usiadł naprzeciw cioci M. zahaczając wcześniej głową o rozłożysty, nisko zwieszony żyrandol. Korona cesarska wyrzeźbiona w brązie- zadała mu ból. Napiął usta w złości i w syku. Próbował schować słabość gdzieś pod skórę, ale zdążyłam już nauczyć się jego mimiki chorobowej. Wiedziałam, co oznacza szybkie przysiadanie gdziekolwiek i zapadanie się we własnych myślach.

Chciał być z nami, ale na ten krótki moment nie był w stanie.

Był wyczerpany.
Spragniony słodyczy i zabawy po nocnym przebudzeniu- oddał się pragnieniom. Ale to nie działało już jak dawniej. W tym stanie -spełnienie tęsknot z jednej strony nasycało go, z drogiej eksploatowało jego niespokojne ciało i uczucia.
Pragnienia należą do życia, a ono ulatywało z niego- nie czując się w obowiązku przydawać mu sił na realizację tęsknot… Zamierzało raczej zabrać je ze sobą.

Patrzyłyśmy z ciocią jak X. zawisł między światami.
Milczałyśmy.
Przez chwilę znajdował za kotarą zmęczenia. Między życiem a ścieżką ku niebytowi. Między pragnieniem wciąż odnawiającym się jak woda w fontannie, a totalnym brakiem sił.

Nalałam cioci herbaty z imbryka, sobie także. Usiadałam na rogu stołu starając się nie angażować X. Nie patrzeć nawet za wiele w jego stronę, dopóki…

– Jak to teraz wygląda? Uczysz się w domu? – niepewnie zapytała mnie ciocia. Bardziej grała na czas niż naprawdę przejmowała moją codziennością. Tak to poczułam.

– Tak- odpowiedziałam, chowając oczy w kubku z nadzieją, że znikam cała. Nie chciałam z nią rozmawiać. Nie umiałam. Nie byłam pewna jej intencji. Podejrzewałam, że ciocia- podobnie jak ja- wolałaby tu zostać sama z X.

Po raz pierwszy w tym momencie, który zmusił nas do towarzyszenia sobie- zaczęłam rozmyślać o tym, jak podobne jesteśmy do siebie i jak bardzo za sobą w związku z tym nie przepadamy.

Żebraczki klęczące u suchych, matczynych serc. Z niekończącą się, trującą nadzieją, która nigdy ma nie zaznać ukojenia.
Nie mogące na siebie patrzeć, gardzące sobą nawzajem. Od zawsze czułam niechęć cioci Mary do mnie. Gdy tylko znalazłam się w jej otoczeniu- syczała na mnie i przepędzała niewybrednymi epitetami. Tolerowała mnie tylko wtedy, gdy mogła tym zyskać coś u swojej mamy.

Ale coś stawało się właśnie dla mnie jasne. W tej przypadkowej chwili przy stole- utwierdziłam się w przekonaniu, że patrząc na mnie- ciocia Emka widzi siebie- jakiej widzieć nie chce.

Ja z kolei, patrząc na nią- widzę swoją żałosną przyszłość. Widmo cioci snującej się za zniechęconą jej widokiem Sophie- uświadamiało mi, że nie da się wypracować matczynego zainteresowania, przywiązania i miłości.

Nie da się wychodzić miłości u matki.

Sytuacja między mną i ciocią wydaje się być beznadziejna, jednak dziś połączyło nas coś nowego. Coś spoza nas, spoza naszych serc. I na szczęście- spoza tego domu.

Spotkał nas X. – młody, bardzo chory a wciąż piękny mężczyzna.

Obie czekałyśmy, aż poczuje się lepiej i nagrodzi nas swoim ciepłym głosem i dobrym spojrzeniem.

– A co ze szkołą muzyczną? Ćwiczysz w domu? Zaliczasz to jakoś? – egzaminowała mnie surowo. Wyczuwałam, że nie potrafi utrzymać udawanej sympatii. Wyraźnie rozkoszuje się dyscyplinowaniem mnie.

– Tak.

– Nie masz ochoty ze mną gadać?!- przycisnęła podirytowana, po czym ze wstydem spojrzała na X.
– No co- zmiękła i udała, że patrzy na mnie łagodniej- nadal się tak źle czujesz? – zapytała niby życzliwie, choć gorycz i absmak oklejały jej każde słowo kierowane do mnie.

– Nie wiem- burknęłam.

Zrobiłam to celowo. Poczułam dziką satysfakcję lekceważąc ją. A masz jędzo za te wszystkie szturchania! Nie mam chęci mówić ci czegoś, co obśmiewasz pokątnie dla chorej radości Sophie!

Oczywiście tego jej już nie powiedziałam. Patrzyłam, jak wyostrza się jej twarz, wydłuża nos i usta zamieniają się w ostrza skalpela.

Zmilczała. Nic dziwnego, bo X. wrócił do sił.

– O to tyle złości? – zapytał ciepło i chwycił mnie za dłoń pod stołem. Popatrzył na ciocię, potem na mnie. Mara nie odpowiedziała. Zarumieniła się i napełniła pustą filiżankę X. herbatą.

– Pij. Już lepiej się czujesz? – zapytała serdecznie szukając jego oczu, a mnie serce aż podskoczyło w buncie. Dla mnie nie miała ani takiego spojrzenia, ani czułości w głosie!

– Tak, już tak- X. odpowiadał miodowym, słodkim głosem. Uspokajał nas, nie wiem, czy robił to dla nas, czy dla siebie.

– Jak długo tu możesz zostać? – ciocia pytała niepewnie, jakby bała się odpowiedzi.

– Ile zechcę. Dostałem zgodę rodziców i pani Sophie.

– Nie wolisz być z rodzicami, albo w szpitalu?

– Wolę być z Noemi- odrzekł cicho, miękko i ścisnął moją dłoń pieszczoną pod stołem ukradkiem.

Za oknem zapiał kogut. Wieś przecierała oczy jasnymi wstęgami świtu na niebie. Noc dostawała kolorków- jak twarz cioci Mary przy X. i powoli wycofywała się. Wszystko wskazywało na to, że zbliża się dzień, że szala przechyliła się już na jego jasną stronę.
Śnieg znów przyznawał się do bieli. Sypało.

Spojrzałam na twarz cioci. Była smutna i coraz ciemniejsza. Poczuła się odtrącona, gdy X. okazywał mi zainteresowanie. Dopiła herbatę duszkiem i wstała uderzając się w czubek cebulowego kucyka o koronę cesarską, której leniwe światło zakołysało się po raz kolejny od nieuważności ludzkiej.

Wyszła bez słowa, jak zdradzona kochanka. Nie dając nam szans na reakcję. Zresztą, ja nie miałam na to ochoty, a X. nie zdążył zebrać słów, by ją zatrzymać. Byli przecież kolegami od potajemnych psot. Zmieszał się, zaniepokoił.

Wciągnął mnie na ławkę obok siebie. Przytuliłam najpierw jego bluzę, potem poczułam żebra i dreszcze, które go niemal nie opuszczały.

– Jak myślisz mała, co się stało cioci? – zapytał, błogosławiąc moje czoło ciepłym oddechem.

– Nie wiem, nie jestem pewna…- odpowiedziałam niechętnie- ona choruje, czasem jej głowa płata figle… może to to? Sama nie wiem.

Nie chciałam zdradzać tego, co zauważyłam. Jak niby schorowany X. miałby to naprawić? Zakochać się w cioci Marze? Zatopić ją pocałunkami i swoim słabym ciałem?
W tym jednym czułam się od niej mniej przegrana.
X. zależało na mnie na pewno bardziej niż na niej.

Milczał. Czy czuł, że dzieje się więcej, niż chcę wyrazić słowami? Pewnie tak.

– Podejdę tam później, gdy będzie stosowniejsza pora- powiedział i trwaliśmy w sennym uścisku. Zdrzemnęłam się.
X. popadł w zadumę ogarniając jednym ramieniem mój sen, drugim dźwigał do ust kubek z herbatą.

Śniłam przyjemnie i baśniowo, że chodzę boso po łące, którą chwilę wcześniej zasiał tata.
Obudził mnie krzyk Sophie i spięte mięśnie przedramion X. wokół mnie.

– Po coś tam polazła?! Jak to znalazłaś?! Natychmiast zwróć na miejsce, ty, ty dybuku!!!- jak opętana wywrzaskiwała babcia.

Czułam, że muszę biec.
Uwolniłam się ze sztywnego uścisku i nie rozumiejąc co robię- pobiegłam do dużego pokoju nie bacząc na osłupiałego X. Zapaliłam wszystkie światła i bez wahania skierowałam się ku zegarowi wiszącemu na kominie.

Jego oszklone drzwiczki były otwarte!
Usiadłam na dywanie. Zaraz, zaraz… Nie umiałam połączyć tych wszystkich przeczuć i domysłów, które właśnie splatały się w wydarzenie.

Poczułam, że ktoś patrzy na mnie spomiędzy moich wspomnień i kiwa głową ze zrozumieniem. Ktoś, kto lata temu schował w zegarze pistolet, na wypadek, gdyby kiedyś nie dało się już żyć…

– Oddawaj to, ty szelmo!!!- Sophie skrzeczała głośno, nie bacząc na to, że cały dom ludzi potrzebuje jeszcze spać, nim zatraci się w dniu.

Zeszłam po schodach na dół, będąc pewna kogo zastanę w dramatycznej scenie.
Nie pomyliłam się.
Płacząca ciocia M. siedzi na własnych stopach w korytarzu i przyciska sobie do skroni pistolet dziadka. Nad nią wściekła Sophie wymachuje i wyzywa wniebogłosy.
W końcu wyłania się X., który musiał zejść tam chwilę przede mną, po to, by najwyraźniej-ułożyć jakiś plan działania w kuchni dziadków. Podchodzi do zalanej łzami cioci M. i ku zdziwieniu babci- po prostu odbiera pistolet, po czym oddaje go na ręce Sophie.

Siadam na najniższym stopniu, gdy oto mój chłopiec zamyka w objęciach ciocię M. i płacze nad nią i razem z nią. Tych dwoje, którzy kilka godzin wcześniej chowali się jak łobuzerka w ocukrzonych objęciach… Teraz łykają gorzkie łzy.

Sophie uderzyła drzwiami zamykanej w gniewie kuchni, rodzina cioci Helenki i ona sama- pochowali się za drzwiami swojego mieszkania. I tylko mama nie poruszyła się nawet na piętrze.

Gdy zdałam sobie z tego sprawę- pobiegłam do niej. Leżała spokojnie, nawet pochrapywała. Ufff. Po prostu mocno śpi- pocieszyłam się.

Nie zdążyłam wrócić na dół. W połowie schodów był już X. i ciocia M.
– Twoja ciocia zaśnie dziś z nami, musimy mieć ją na oku. Pościelę jej w pokoiku obok nas- powiedział ledwie dysząc. Starał się wspierać ramieniem kobietę, która osuwała się z wycieńczenia emocjonalnego.
Poczułam złość. Nie odezwałam się.
Wróciłam do łóżka nie myśląc celowo o tym, co z nimi wszystkimi będzie. Nie chciałam zastanawiać się, o co chodziło cioci M. z tym pistoletem.

Mam was tak dość, wszystkich! – powiedziałam na głos i zasnęłam, nie wiedzieć, kiedy, bardzo głęboko.

Śniłam o wiosce zamieszkiwanej przez smutne i zastraszone dzieci. Codziennie rano napychały się ciastkami, by przetrwać do snu, który jako jedyny dawał ukojenie ich strachowi. Stałam przed wejściem do tej wsi i płakałam, że nie będę umiała z nimi jeść ani spać.
Że dla mnie nie ma nawet takiego ukojenia.

Obudził mnie dotyk X.
Zaskakująco ciepły.
Zachłanny.
Nie pytał, czy może dociekać granic mojego ciała.
I dobrze, że nie pytał- pomyślałam i rozlałam się po łóżku.

W uniesieniu wraca do mnie na chwilę dziadek, przetrzymujący broń w starym zegarze- na wypadek, jak to nazywał niby żartem- „gdyby życie go przerosło.” Potem, ku zdziwieniu X. zaczynam szeptać i szybko tłumię moją modlitwę: Zachary wyjechał do dziadków, do Lublina, ale wróci, ale wróci, ale jeszcze do mnie wróci…
X. nie zrozumiał co mamroczę. Na szczęście utonęliśmy w sobie.

Rano, po raz pierwszy, odkąd przyjmowałam nauczycieli w domu- nie wstałam na czas, który sama sobie wyznaczyłam. Sophie skorzystała z okazji, że nie czatowałam przy wejściowych drzwiach i nie wpuściła nauczycielki francuskiego, udając, że nie widziała jej nigdy dotąd. Uśmiałam się- słysząc te przepychankę na argumenty prowadzoną- rzecz jasna- przez małe szybki w drzwiach. Szłam wtedy leniwym krokiem do kuchni i nie zamierzałam reagować.
Unosiłam się kilka metrów nad ziemią. Szedł za mną X. i tego dnia czuł się wyjątkowo silny, choć nie odpoczywał nocą.

Kiedy zaparzałam nam poranną kawę, mama wyszła z łazienki. Wydała mi się całkiem trzeźwa, pogodna. Nie rozmawiałyśmy, ale patrzyła lekko. Jak bardzo się myliłam pokazał mi jej kolejny ruch- pochylenie się nad zlewem kuchennym i picie prosto z kranu. Zachłystywanie się i nerwowy kaszel.
Spojrzałam jak filiżanka stojąca przy zlewie zamienia się w kilka porcelanowych odłamków.
Mama nie zauważyła straty. Przeszła po szkle.

Szczęśliwie była nadal senna. Wróciła do sypialni sycząc i klnąc na aktywną w unikach Ernesto, doświadczoną już ponad przeciętnie w niechcianych zbliżeniach z panią tej części domu.

Widok czujnego, nieufnego kota rozdarł mi brzuch bólem. Musiałam zabełtać swoimi myślami tak, by składniki koktajlu skojarzeń i wspomnień- były nie do rozpoznania.

I stało się coś osobliwego.
Zaczęło się we mnie myśleć samo. Zdumienie? Zaniepokojenie? Rozważałam jak to możliwe, że po przebudzeniu myśl o zegarze nie dawała mi spokoju, choć nie umiałam nawet zbyt daleko pójść za tą myślą. I jakim sposobem, kilka godzin później- ciocia, chwilę wcześniej szczebiocząca jak skowronek- z nagła, jakby zaprogramowana idzie wprost do zegara i wyciąga pistolet, na wypadek „gdyby życie ją przerosło”?

Poczułam dreszcz na plecach na samą myśl o tym, że jakimś cudem moja myśl zaraziła ciocię Marę i wykluła się w jej głowie, jak choroba z podchwyconych zarazków.

Moja myśl przemieniona w jej czyn.
Przeraziła mnie wizja, że nasze myśli krążą tu i próbują wzajemnie się dopaść, wyrodzić na kimś podatnym.
No i, że ja także, być może, realizuję cudze zamierzenia…

Kradzież broni dziadka.
Depresyjna skrytka w zegarze mieszkającym na zmiennocieplnym kominie.
Konwulsje cioci Mary.
Jeden wyraźny, wściekły komentarz Sophie- do tej ponurej histerii.
I jeden serdeczny, ale czy nie histeryczny uścisk X.?
No bo któż lepiej niż on, rozumiał tamtego ranka, do czego może prowadzić chęć przyspieszenia ulgi?

Na szczęście nikt nie ucierpiał.
Bardziej, niż cierpiał dotąd.

A moje całe dotychczasowe, nastoletnie życie opowiedziała pełna obaw na widok mamy, czarna kotka Ernesto.