„ciii ało”
Zajmowałam wtedy wschodnią część domu. Wszystkie moje okna wychodziły na pola uprawne i niewielkie polanki, których cielisty odcień przypominał mi wczesne, kobiece piersi. W moich oknach mieszkała przestrzeń. Jedynie z oddali można było dostrzec zwartą ścianę drzew. Umościł się tam lasek dzielący dwie niewielkie wsie i legendarny dom wampirzycy, którą straszono nas w przedszkolu.
Jakaś część mnie nadal przeczuwa jej istnienie. Tym razem jednak drzewostany rozrosły się we mnie, a potworzyca, od czasu do czasu, wyłazi zza mojego serca.
Dwa pokoje z łazienką i ukrytym w ścianie przejściem do małej sypialenki dawały mi oddech i miejsce dla treści, która była wtedy moim cieniem. Wszystko miało głębię, wszystko było refleksją i poezją. Dziś wspominam to jak odlot, cudowny odlot. Nie miałam wtedy ciała, choć tak bardzo je czułam.
Skupiłam się w myśl i odczuwanie.
Zmrużyłam oczy na wszystko inne.
Znajomy lekarz wystawił mi zwolnienie ze szkoły.
Nie wychodziłam z domu przez dwa tygodnie od tego …zdarzenia. Siedziałam za grubymi zasłonami, po osiemnastej dopiero marszcząc je w dwie ciemne kolumny i uwalniając oczy domu zza ciężkiego materiału. Otwierałam je na oścież.
Przetrzymywana jak zakładnik wiosna wpadała wtedy do dużego pokoju jak oszalała. Między książki narożnej biblioteki, między żeberkowe oparcia krzeseł… Siadałam pod oknem, przy chłodnym grzejniku i słuchałam wiatru w leszczynie, dostającej już piętra domu, które zajmowałam.
X. przyjechał do mojego domu po raz drugi w piątek, po upływie dwóch dni od pozostawienia mnie babci. Zjawił się tym razem niemal jak swój. Nie obawiał się S. Oczywiście krzyknęła do niego przez drzwi – Kto jest?!- ale wiedziała na pewno, że to on, bo zdecydowanie była łagodniejsza. Okna warsztatu wychodziły na mały parking, a ona idealnie zapamiętywała samochody i przynależnych im kierowców. Wystarczyło, że usłyszała melodię obciążanego oponami żwirku parkingowego i już była za sprytnie nieprzezroczystą zasłonką. Na posterunku.
– Wszedłem bez przeszkód. Twoja babcia powiedziała gdzie cię znajdę. Spory ten wasz doooo…
– No hej…- przerwałam mu i przylgnęłam do ciepłej, lnianej koszuli.
Przestał mówić i podniósł mnie. Przywarłam wszystkim co moje do jego mocnego brzucha i oplotłam go nogami. To było takie proste. Takie dobre. Kochaliśmy się po pokojach. Gorącą wiosnę miałam na całej sobie. Przyniósł mi ją na skórze.
Tym razem opiłam się jego skroplonego w słodką ślinę oddechu. Przed przyjściem do mnie zjadł jabłko. Wyperfumowało mu ślinę. Piłam ją jak sok. Dziś dopiero rozumiem, jak bardzo potrzebowałam wtedy silnych soków ze wszystkiego co żywe. X był życiem. Przyszedł do mnie z bezwiednej codzienności, z życia, które tak po prostu się toczy…
– Bo co właściwie się z Tobą dzieje, mała?- zapytał, gdy zasypiałam na miękkim dywanie sypialenki. Leżał tak, żeby otulić mój zwiotczały embrion w swoim skuleniu.
– Nic wielkiego, trochę boli i trochę mi odbija- mamrotałam.
– A szkoła? Masz notatki?
– Przyjeżdżają nauczyciele, do tego co pilne i czego sama nie ogarniam.
– Serio? Kto im płaci?- rozemocjonował się, poczułam jak ucieka z jego ciała pomiłosna senność.
– Nie mówmy o tym, jakie to ma …- urwałam nerwowo.
Nie lubiłam tematu pieniędzy. Mieliśmy je od zawsze. Gdy byłam mała, wstydziłam się, że mam lalkę, o której wtedy marzyły dziewczynki. Kiedyś wzięłam koleżankę na przechadzkę po łące, by przeprosić ją za to, że mam tak drogą zabawkę. Pytania X. krępowały mnie. Moja codzienność była poddawana wątpliwościom, gdy o nią pytał. A mnie tak łatwo było wprowadzić w poczucie winy…
Czułam się winna, że jestem, że mam, że mam, a nie umiem mieć, że nie pasuję do tych, którzy mają, ale też do tych, którym brak…
– Ale to coś, co ci jest, nazywa się jakoś?
Oddychał mi w kark. To, co mnie zraszało było słodkie, ale też niespokojne.
– Lekarze nie wiedzą co mi jest- wyszeptałam- większość z nas coś ma, coś niewyjaśnionego…
– Was? W rodzinie? W sensie…- zamyślił się. Wykorzystałam to, byłam już czujna. Przejęłam kontrolę.
– Tak. Generalnie nie do końca łatwo nam żyć- męczyłam się, ale mówiłam na tyle mocno, by nie poczuł mojego strachu.
Nie wiedziałam jak zamknąć w zdaniu całe moje życie, a nie zamierzałam mówić więcej. Leżeliśmy nago zwijając się w sobie jak ślimak w skorupkę, jednak ja nigdy nie byłam dość naga, by wyciągać wszystkie opowieści z siebie i wpuszczać w nie tlen, a co najgorsze: światło.
X. nie przestawał. Interesowała go babcia, jej dziwny sposób komunikowania się ze światem, jej niepokój pomieszany z agresją i warsztat…
– W lodówce mam koktajl malinowy- wstałam urywając śledztwo- napijmy się.
Poza S. nie było w domu nikogo. Poszliśmy do kuchni nie przejmując się nagością. Babcia i tak obsadzała warsztat i jego okolice. Kochaliśmy się brudząc szyje nasionkami malin spomiędzy zębów. Najfajniej było gdy X. trzymał mnie dłoniach i przyciągał do siebie w znanym sobie rytmie. Wtedy nauczyłam się tego, że młodych mężczyzn można odwieźć od trudnych tematów.
Ciałem.
Którego nie miałam.
Którego nie czułam tak jak powinnam.
Którego używałam, by mieć poczucie bezpieczeństwa. Gdy robiło się zbyt niespokojnie, rzucałam je na pożarcie i dawałam oddech uczuciom.
Tak mi się wydawało. Dziś wiem ile razy moje emocje dostały w tamtym czasie… pięścią w serce. Ode mnie samej.
Zasypialiśmy gdzie popadło. Odgłos karetki obudził nas skulonych pod kuchennym stołem. W pustych polach, na końcu wsi- ryk alarmu- burzył ściany, zabijał spokój leszczyny. Zerwaliśmy się.