„Pokłosie”

Czasem śni mi się, że A. podkłada ogień pod mój dom. A potem stoi i patrzy. Jak dziecko, któremu mama odmówiła cukierka, a ono rzuca się na ziemię, wali głową o posadzkę i krzyczy „nienawidzę cię!”. Deformacja to przypadłość dziecięca. Zachowania nieadekwatne do sytuacji. Gdy matka stawia granice, w sekundę staje się bezuczuciowym potworem, gdy jest zła, dziecko widzi w niej mordercę. Czasem, na szczęście nieczęsto, dziecko postanawia pozostać w takim stanie na resztę dorosłego życia. W miejsce niepokoju zaprasza nienawiść i chęć bezdennej zemsty na duchach, których już dawno nie ma i reszty świata, poza starym dzieckiem- nie są w stanie obchodzić. Duchy robią straszny tłum, nic więc dziwnego, że stare dzieci, nieskłonne do zmian, pozostają osamotnione i niczym kwiatek przelewany regularnie wodą, sczezną od stania po szyję w jadowitej ironii, która, tak buźkę szkraba, jak i starego dziecka, czyni niemiłosiernie odpychającą.
Dzieciństwo to ciężki czas dla każdego. Najgorzej jednak jeśli pozostajemy dziećmi przefarbowanymi na dorosłych. Każdy papier mówi o tym, że mamy swobodę działania. I tylko wewnętrzne ostrzeżenia zasyczą wnikliwym, że czas wrócić do przedszkola i ze spuszczoną głową pozwolić sobie ograniczyć ilość zabaw i słodyczy.

Do dziś mam wrażenie, że duchy nigdzie nie mają się tak dobrze, jak w domu dziadków. Dawniej, najbardziej lubiłam te, które wstawały z babcią S. Zapach kawy gotującej się na kuchennym blacie ściągał mnie w dogodnej chwili na dół. Najpierw stawałam za drzwiami. Przytulałam policzek do drzwi, a nosem i ustami starałam się wchłonąć to, co przeciskało się przez szczelinę w między drzwiami a futryną. Powietrze było uperfumowane i ta woń kładła mi się jak aksamit wewnątrz nosa i gardła. Miałam wrażenie, że czuję jej smak na ustach.

S. otworzyła drzwi z nagła, lecz w zamyśleniu. Zarówno jej, jak i moje myśli, pochłaniały teraz najgłębsze treści z wnętrza głowy, niczym korzenie drzew w lasach łęgowych- trwałyśmy w tym, co nas żywi. Ale teraz łagodnie i bez problemu spotkałyśmy się w tym, jak gdyby był to nasz naturalny stan. Ja dotknęłam wilgotnych przemyśleń S., a ona moich. Stało się to dzięki duchom, jak zwykle, bez udziału ciał. W nieuchwytnej przestrzeni splotły się nasze melancholie.

– No jesteś, tak coś przeczuwałam… Znowu się skradasz mała Noe? Co nowego, co dobrego? – babcia szybciej umiała zostawić swoje łęgi i wydawało się, że zupełnie codzienna krząta się teraz po kuchni.

– Nic nowego chyba… ja na kawę, można? – przekraczałam próg ostrożnie, nie chciałam zgubić tej atmosfery, którą przywołałam do siebie podczas samotnych chwil.

Sophie chwyciła żeliwny imbryczek przez lnianą szmatkę. Za kremowy stosik, uprasowanych i złożonych na cztery ściereczek, z pewnością odpowiadały duchy. Jak wytłumaczyć to, że kiedy bym nie zeszła do kuchni dziadków, zawsze była ich ta sama ilość- gotowych i nietknięcie świętych? Przy całorocznie rozpalonym -pod niezliczone potrawy-piecu kuchennym, to wielki cud. Duchy Sophie odnajdowały coś ważnego dla siebie w kuchennych tradycjach.

Porcelanowe filiżanki również podały nam duchy. Tym razem były to duchy z trzewi starego kredensu.

– Musisz wiedzieć- szeptała po raz wielotysięczny- że ten kredens i ta porcelana są rodziną od pokoleń. Rozstały się…

– Tylko na czas wojny i przeczekały głęboko w ziemi – dokończyłam, czym wywołałam sytość zadowolenia u babci.

– O to to! No to siadajmy. Leję do samego czubeczka. Aj! A może chcesz posłodzić sezamkiem? – babcia wyraźnie dumna, że może mnie tym zaskoczyć, sięga do prawej kieszeni swojej czarnej sukienki i wyciąga dwa opakowania sezamkowych tabliczek. Jedna folijka jest już tknięta i brakuje w niej cieniutkiej, sprasowanej tabliczki sezamowych nasionek.

– Czy są? – sięgam z ciekawością, ale zawieszam gest i przyglądam się Sophie, czy to nie jakiś test.

– Są, jest oficjalne zdanie rabina. Stary Fischerman, w związku z tym dorzucił dziadkowi kilka opakowań do opłaty za płaszcz. Wczoraj podgryzłam sobie jeden plasterek. Ale to kompletne opakowanie jest twoje. Możesz sobie je nawet zabrać ze sobą!

Babcia mówiła o sezamkach jak o złocie. Widząc moje zaniepokojenie, sięgnęła po swoje trzy tabliczki i jedną z nich połamała w małych dłoniach, by wrzucić je hurtem do gorącej od zagotowanej kawy- filiżanki. Zrobiłam to samo. Marny to był słodycz, ale wtedy czułam go intensywnie. Rzadko jadałam coś słodszego niż pieczone jabłko.

– Dobrze poszło nam wczoraj, wiesz? Dziadek sprzedał z powodzeniem garnitury i te żakiety z ostatniej belki tweedu i tenisa. Jestem bardzo zadowolona.

Sophie gładziła jedną dłoń o drugą i zamyślała się. Czy zwiedzała teraz w pamięci skrytkę na pieniądze, którą odkryłam dawno temu i nie śmiałam się przyznać? Czasem zaglądałam tam tylko po to żeby zobaczyć, jak dziadkom idzie interes. Było mi łatwiej to zrobić niż zapytać. Dziś, przed zejściem na dół, zajrzałam na strych. Stara skrzynka skrywała pokaźną nadwyżkę. Byłam szczęśliwa razem z babcią. Dziadkowie pracowali w warsztacie krawieckim wszystkimi swoimi umiejętnościami. I szyły z nimi ich duchy.

Czasem widząc dziadka tańczącego z centymetrem na szyi i kilkunastoma igłami wbitymi w fartuch, widziałam jak jego duchy tańczą z nim. Na przykład taki duch dzieciństwa. Bogaty, najedzony, opity tłustego mleka od krowy. Stąpał na pulchnych stópkach i przypominał dziadkowi dziecięce wierszyki.

A potem, gdy nabożny E. siadał nad posiłkiem w przerwie pracy i skłaniał głowę do modlitwy, duch pamięci ciął jego zmarszczki nożem. Myślałam wtedy: zostaw ten nóż i daj dziadkowi żyć, nie przywołuj tamtych wydarzeń, daj zapomnieć o zmarłych rodzicach, o tych tysiącach zagłodzonych, wychudłych, upokorzonych…
Ale duch pamięci chodził z nożykiem od twarzy dziadka do twarzy babci i pogłębiał ich zmarszczki podczas dziękczynienia. Gdy tylko zaczynali szeptać modlitwę, w powietrze wnosił się proch wielu pokoleń wstecz. A duch pamięci wypełniał cały dom i wyciskał łzy spod powiek dziadka.

– Czy ty, naprawdę już, każdą zupę musisz dosolić łzami? – komentowała Sophie. Nie spuszczała oczu z twarzy męża przez cały czas trwania wspólnego posiłku. Jakby bała się, że jej E. kiedyś posunie się dalej i wpadnie w szloch, którego nie da się już zatrzymać. A przecież czuła, że w nich czeka jak wulkan, właśnie taki zniewalający płacz. Płacz świata, płacz ducha pamięci.

– Nie dręcz, ty też płaczesz- mówił nieśmiało, sam siebie uciszając wielką łyżką transportującą ciepłą zupę wprost w drżące usta.

– Ja tylko jak ktoś umiera…- udawała hardą babcia.

– Ale – licytował się E.- upychasz wtedy cały swój płacz, przesadnie jak na jedną żałobę, przecież wiem, moja Soph…

– Nie mów, nie mów więcej!

I teraz wchodził duch pajacyk. Miał na celu zabawienie i ogłupienie. Często był to żarcik albo opowiastka o jakimś kliencie dziadka, którego babcia, nie pracująca do południa w warsztacie, nie miała okazji posłuchać. Duch pajacyk irytował ducha pamięci dotąd, aż ten się całkiem usunął.

– A był dziś u mnie człowiek przystojny, a i w głowie tłusty, moja Sophie. Mawiał do mnie z elegancka, niegłupio. Powiedział mi, że Goldman kupił lasy pod Jaworem. Nawet zapraszał w jego imieniu, ale coś powątpiewam. Goldman przecież urażony na każdego, kto mu prawdę darmo powie. A ja zwykłem mówić mu, jak wiesz, co myślę o jego zachowaniach…

Tym sposobem duch pajacyk spacerował po jadalni dziadków, dając im poczucie chwilowego wyzwolenia. Pili potem kawę, dziadek nawet z kawałkiem ciasta lub chałki, a babcia podskubywała skromnie, dogadując opowieści swoje smaczne, ale pikantne, dla przeciwwagi, komentarze.

Babciu, czy mogę mieć do Ciebie prośbę? – pomyślałam, że spróbuję ducha pieniędzy spomiędzy dłoni S.

Kawa nam stygła, a spody filiżanek odsłaniały jasny sezam między ostatnimi kroplami napoju.
Babcia nadal, co chwilkę zacierała małe łapki z zadowoleniem na myśl o zysku. Duszek pieniężny musiał jawić się Sophie jako słodki, a sprytny dzieciak. Uśmiechała się z matczyna, a jednak z dumą wielką i ukontentowaniem na myśl o nim.

– Ano mów…

– Uszyłabyś mi odświętną sukienkę, najlepiej granatowo- szarą?

– A z chęcią, ale podejdź do dziadka pod wieczór niech zdejmie miarę. Jaka okazja?

– Chciałabym napisać w niej moją pierwszą przemowę pogrzebową, gdy już Ty…

– Rozumiem, gdy już umrę. Czyli coś miękkiego, ale trzymającego fason? Czy myślisz już o tym tak poważnie, jak należy?

– Bardzo, babciu.

– To dobrze, bo ja kompletuję swoje pośmiertności. Powoli zbieram się do snu, moja Noe.