„Pszsz(czoły)”
Pszczoły dręczyły głowę pana Jasia. Pracował w ogrodzie od świtu, a chustka chroniąca go przed słońcem, roztaczała zastanawiającą woń, której pszczoły namiętnie ulegały. Siedziałam w otwartym oknie i koiłam wzrok postacią leszczyny od samego czubka jej zielonej głowy, po miejsce, w którym wynurzała się pniem nad ziemię ogrodu. Śledziłam ten pszczeli, natrętny obłoczek i cierpliwie doglądającego drzewek pana Jasia. Z góry wszystko wyglądało lekko. Gdybym zaufała swojemu szaleństwu, zeszłabym po leszczynie kilkanaście metrów w dół, jak po piance. Właśnie tak się czułam. Lato było dokładnie w takim momencie, w którym każdy kolejny świt mógł zwiastować już jesień. Jednak nadal nosiło lnianą szatę i stawiało miękkie kroki po okolicy.
Było upalnie, a zaduch ze wszystkiego wyciskał sens. Nagrzane pola uprawne oddawały, co miały i fiołkowały powietrze dusznymi, a jednocześnie rześkimi perfumami żniw. Uwielbiam te ciepłe wydechy ziemi- myślałam szemrząco pod nosem. Czułam ich pierwszy tego dnia powiew, gdy zjechały się ciągniki i kombajny na najbliżej sąsiadujące z nami pole. Święto- pomyślałam- bo cóż dziwić się wszelkim plemionom i narodom, że okres żniw od lat czczono wyjątkowo, niezależnie od geografii i religii? Zbiory, porody ziemi… To wielka feta, gdy stworzenie zastawia swój stół. Stworzenie stwarza i obdarowuje tym okolicę- czy potrzeba większego dowodu na doskonałość ręki, która to uczyniła?
Codzienne zaczepki Sophie zmuszały mnie do porannych rozmyślań o wiele skuteczniej niż Psalmy czytane już niemal z pamięci. Przytyki i pytania niby w próżnię- przylatywały do mnie przy wspólnym gotowaniu, czasem przy porządkach. Starałam się, by Sophie nie została ze swoimi obowiązkami po tym podupadła na zdrowiu. Miała więc sporo sposobności, by nakłuwać mi ducha, nie dać mu sflaczeć. Od uszczypnięć i nakłuć zrywał się na równe nogi i gryzł pazury myśląc i bacznie sam siebie obserwując. Z czasem działało to jak szczepionka. Zasiane zarzuty o bezbożność- utwierdzały mnie tylko w odwrotnym przekonaniu. I byłam wdzięczna Sophie, gdy tylko mijał mi dyskomfort zwierzyny łownej.
To za jej sprawą każdego ranka stawały mi przed oczami ludzkie wydmuszki. Nazywaliśmy tak z dziadkami ludzi o przestrzennych duszach, w których jest miejsce na wszystko, tylko nie na duchowość. Nie chce być inaczej- myślałam szorując kolejny garnek po dojrzewającej kaszy- ten typ człowieka niemal zawsze jednak usilnie stara się stworzyć pozór pobożności- raz po raz gimnastykując swoje ciało obrzędami, powinnościami religijnymi… Miałam to teraz przed oczami: zaprzęgnięte do religijnej pracy ciała- a w środku pozostawione samym sobie-nieme i głuche duchy- obijające się od powłoki, jaką daje im sylwetka kolaborująca z ich obumieraniem. Bo duch, do którego się nie mówi, zapomina mowy, ale też traci zdolność wszelkiej myśli i odczuwania. Staje się w końcu ziarenkiem zeschłym, które, niczym w grzechotce, dzwoni w wyspecjalizowane w „teogimnastyce”- członki.
Nie chciałam stać się wydmuszką. Wiedziałam, że ludzie tacy głośno krzyczą, a nic nie mówią. Niczego ze sobą nie niosą, a dla samych siebie i świata są kłopotem, sfinksem duchowym. Ani to oswoić, ani przyswoić.
Ernesto leżała na moich stopach. Od czasu do czasu strzygła uszami, gdy kombajn mocno już wgryzał się w jęczmień. Poczułam dym. Za chwilę moje uszy opętał odgłos uciekających pszczół. Głośna chmura szumu, narkotycznie wypełniła okolicę. Zastanawiałam się, czy opustoszały wszystkie ule? Co się stało?
Nie trać wiary w słońce, Noe- powiedziałam sobie i z lękiem ruszyłam w stronę drzwi.
Na dole zastałam popłoch kilku duchów dziadka i jedną spiętą babcię. Wietrzyli parter i cały dym wypuszczali z biegiem wiatru na ogród. Nie zwracali na mnie uwagi, krzątali się- chcieli sprawić wrażenie, że wiedzą co robią. Czułam, że czmychają po omacku przed zagrożeniem, a pani Basia i pan Jasio dotarli do sedna kłopotu i ratują sytuację.
Gryzło mnie w gardle, łzawiły oczy i lekko odlatywałam. Ale stałam zmuzułmaniona. Nie patrzyłam, nie słuchałam, nie pomagałam w krzątaniu.
-Idźże stąd, no już!- Sophie wyniosła ugaszoną poduszkę i przewiesiła na poręczy schodów prowadzących do domu- zaraz coś ci będzie od tego, znając …
– Co się stało?- zapytałam kierując się do ogrodu.
– No się głupio pytasz?!- krzyknęła w złości- mama, a co?!
Czy miałam znowu pomyśleć, że winy mamy to moje winy? A może moje były w oczach Sophie jeszcze większe?
W ogrodzie znalazłam spokój pod jabłonią. Ciocia Helena już tam siedziała. Szłam w jej stronę i byłam zdumiona, że z daleka jest już starszą panią. Miałam nadzieję, że podchwyci temat, zaczęłam więc:
– Słyszałaś, że mama…?
– Ciiii, słuchaj pszczół, uciekły stąd jak Izraelici z Egiptu. Były cięgi dymu i niepokój…- szeptała.
Pamiętam jej szept i szum oddalających się pszczół. Potem śnił mi się las i znowu biegłam na czterech łapach przez dziką roślinność. Tym razem podążałam za dużo większym stworzeniem ode mnie. Był to bardzo duży wilk. Ten wilk był moją matką.
Obudziłam się z lękiem. Ciocia podśpiewywała coś pod nosem i grzebała w ogródku. Ze ściśniętym żołądkiem zbliżyłam się do domu.