„ciemne, zimne gwiazdy”
Jak widać, można żyć higienicznie i w związku z tym- pozbyć się samego siebie w sposób przypominający przecieranie twarzy wacikiem. Ewa kochała życie. Zdaniem jej chłopaka, to niemożliwe, by podniosła na siebie rękę. Prędzej uwierzy, że to ja ją zabiłam. Mówił w stresie, wymieniając, z jego punktu widzenia, podobnej rangi absurdy. Zabicie Ewy przeze mnie było na tej samej półce, co jej niechęć do życia. Bo przecież żył z nią i wiedziałby najlepiej…
– Niby tak…- głośno myślał ciemnowłosy student…- niby się wie…ale… każdy tak w zasadzie mówi…
Na nic były te uwagi. Policja już nie zajmowała się ani mną, ani nim. Wypytano nas, na ten czas, o wszystko, co było potrzebne. Mieliśmy dostać jeszcze wezwania na policję, ale dziś to wszystko…Północ minęła.
Ciała denatki już dawno nie było. W miejsce małej, ekologicznej i ekonomicznej kobietki, pojawiło się kilkanaście osób. Skończyło się jedno życie, pomyślałam, a zwabiło tym faktem stado innych…
Było w tym zjawisku coś z życia lasu. Zobaczyłam obrazek znany mi z filmów przyrodniczych, gdy to zwierzęta „zwąchują” trupa i zaczynają krążyć wokół niego. Potrzebują z jakiegoś powodu poprzebywać z jego ostatecznym położeniem.
Ja i student z czarną czupryną zostaliśmy wypchani naturalną siłą tłumu poza kuchnię, jednak żadne z nas nie wróciło do siebie. Utknęliśmy w wąskim gardle korytarza, w połowie drogi do swoich pokoi. Powoli „doczuwałam” się suchości w ustach. Trochę wirowało mi w głowie. Minęły już godziny odkąd poszłam zrobić sobie coś do picia.
– Ty, Noe, a może masz na coś ochotę? Szłaś przecież po coś do kuchni… – zagajał student. – Mam w pokoju jakieś soki, owoce…jakbyś…
Ta wizja przyniosła ukojenie językowi suchemu jak wiór. Pragnienie było tak silne, że bez słowa poszłam w stronę studenckiego pokoju. Minęliśmy otwartą kuchnię. Skupiłam się na narzeczonym Ewy. Za nic dziś nie przypomnę sobie jego imienia. Wysoki, szczupły blondyn. Ciemny blondyn, spod ciemnej gwiazdy- pomyślałam wtedy. Nie wiem dlaczego.
Wydało mi się podejrzane i nieczyste to, że użył mnie do swoich zapewnień na temat narzeczonej. Mijał mnie raz, dwa razy w tygodniu. Niemal nie przebywaliśmy na wspólnych przestrzeniach. Mogłabym powiedzieć o nim chłopak z rowerem, sportowy typ, ktoś bardzo powściągliwy, pachnący wiatrem- w związku z każdą wolną chwilą poświęconą wysiłkowi fizycznemu poza domem.
Skąd zatem jego przekonania na mój temat? A nawet pewność?
– Noe? Słyszysz mnie? Usiądź, proszę.
To był taki miły pokoik. Pełen książek. Całe dwie ściany zabudowane regałem. Materac w kącie, jakby spanie było zaledwie skrawkiem studiów. Pościel poskładana w kostkę, jasne, pastelowe zasłony i ściany. Ja nie zmieniłam w swoim pokoju nic. Nawet nie przemalowałam ścian. Biało- brązowy, czyli ścienno- meblowy, ciężki nastrój… A on… rozpalił u siebie słońce. Było mi tu ciepło i jasno. Przytulnie, choć nie było niemal nic poza zasłonkami i książkami. Stolik pod miskę z owocami tworzyło kilkanaście książek w dwóch rzędach. Siedzieliśmy po jego dwóch stronach, na poduszkach. Pojawił się też dwulitrowy, wymarzony sok.
– Ale miękko i jak grzeje!- uśmiechnęłam się.
– To puchowe, prawdziwe, od babci… ze wsi.
Mówił to takim głosem, jakby teraz też i jego gardło wyścielił puch ze wsi, która, ewidentnie, mając jakiś geograficzny zapis, przede wszystkim leżała blisko jego serca.
– Zrobiło się sentymentalnie, co? Tak gadam o wsi, jakby kogoś, ciebie, miało to obejść…- speszył się i próbował poświęcić nienaturalną ilość uwagi przełknięciu soku pomarańczowego.
Naturalnie zakrztusił się i próbował jak najszybciej zdusić także i ten ludzki odruch. Gdy już odzyskał spokój, powiedział:
– Noe, Ewa zdradzała go ze mną.
Popatrzyłam w jego wyraźną twarz. Potem w stronę okna. Nie dało się nie zauważyć… Niebo pełne gwiazd wsunęło się w każdy prześwit zasłony. Zamknęłam oczy i poczułam, że gwiazdy wysypują moje całe ciało.
– Wybacz, że to mówię, ale potrzebowałem…Noe? Noe!!! Halo!!!
Nie mogłam otworzyć oczu. Gwiazdy przebijały mi się przez skórę, ale było mi coraz chłodniej. Przestawałam słyszeć. Czułam za to coraz wyraźniej.
Teraz mnie „zwąchała” leśna zwierzyna.
Szarpała mnie, wreszcie gdzieś wywlekła. I tam gdzieś daleko poczułam wreszcie ciepło. Gwiazdy schowały się pod skórę.