„Duchy”
Egzaminy zdałam w natchnieniu. Była to opieka przedziwnie obojętnego ducha, który wpuścił we mnie uczucie nadczujności na dopełnienie obowiązków i znieczulenia na nie jednocześnie. Przebiegałam „na placach palców” przez fortepian, a skrzypce niemal same zmusiły mnie do współpracy. Poszło lekko i w pół śnie. Fortepian stał zawsze bokiem do komisji. Kątem oka fotografowałam minę dyrektora szkoły muzycznej i kilku profesorek, których mięśnie mimiczne zawsze stawiały do pionu -nawet moje domniemane winy. Ile można z tym Szopenem, ile można zaciskać się w pasie, ściskać włosy w kok, unieruchomić własne uda spódnicą?- pytałam siebie w myślach, odhaczając kolejną pięciolinię.
Już wtedy wiedziałam, że w moich strojach zawsze będzie kieszonka, przez którą wlecą nieoswojone ptaki. Wprost w moje włosy, rzęsy, piersi… Przede wszystkim czułam, że moje gesty nigdy nie pozwolą na sztampę, że nawet jeśli oddam się muzyce, to będę potrzebować tym mocniej- wolności dla moich ramion, bioder i stóp.
Nadchodziły wakacje, a ja miałam za sobą kilka zgubionych pospiesznie kilogramów i wygląd dziewczynki z sierocińca. Szczęśliwie w nieszczęściu, jedynie w takiej odsłonie nie przeszkadzały mi piersi. Zmniejszały się na tyle, że dało się o nich nie myśleć. Gubiły się w bluzkach, uwielbiałam to. W nagrodę, w uszach nosiłam kolczyki ze szmaragdem od S. Pamiętam, że sprawiały wrażenie, że moje oczy mają odcień zielony. W jakimś sensie uważałam je wówczas za nadzwyczajne, magiczne. Było w tym coś religijnego. Dziś wiem, że były mi domem, czymś, do czego z chęcią zwracałam swoje emocje. Miałam niewielkie potrzeby, wystarczyło, że miałam coś, co kojarzyło mi się z najmniejszą choćby formą opieki. Babcia była taką dobrą migawką w moim sercu. I dziś wiem, że ocalałam dla tej efemerydy wskrzeszanej w sobie każdego dnia.
X. przyjechał zmęczony. Od jakiegoś czasu spotykaliśmy się, by, między innymi, móc odłożyć swoje mózgi na półkę i odpocząć od przymusu myślenia. Byliśmy dla siebie zbawieniem, gdyby nie to, że ciągnęło nas do siebie, zamęczylibyśmy się intelektualnie. X. zaczął właśnie zdawać z sukcesem egzaminy. Nosił w plecaku cały magazyn suplementów i buteleczek z sokami własnej roboty. Z selerem naciowym na to, z buraka na to. No w porządku, ale nie myślmy już o tym- mówiłam- nie myślmy już w ogóle…
Pamiętam tamto zmęczenie ciała i głowy. Obłąkanie też zrobiło swoje. Wiosenne szaleństwa wymęczyły mi nawet skórę. Nosiłam plasterki gęsto klejone wszędzie tam, gdzie odzież przylegała za mocno do mojej skóry. Pękałam w szwach, choć szczuplałam, co zwracało uwagę X. a mnie szkoliło w wymijających odpowiedziach.
– Pijesz za dużo kawy- X. diagnozował od dłuższej chwili moje trzęsące się dłonie.
Leżeliśmy na podłodze w pokoiku z fortepianem. Za starym instrumentem zawsze był kawałek wolnej podłogi. Przykryłam go grubym chodniczkiem, sprzedawanym przez Cyganów regularnie wyposażających wtedy wiejskie domy. Do dziś nie wiem co wynieśli w tym czasie dwaj, którzy weszli do dziadków, gdy ja rozwodziłam swojego ducha nad odcieniami dywaników. Nawinie dając się ponieść trosce sprzedającej kobiety, nie zwróciłam uwagi, że jej druhowie właśnie szabrowali warsztat dziadków. Zobaczyłam tylko jak wybiegają z domu, gdy ja wnosiłam doń pod pachą, opłacony już, butelkowy chodniczek. Transakcji dokonałam przed domem, przy starej gruszy, która podpowiedziała mi kolor…
– Zdaje się, że studiujesz prawo, a nie medycynę. Co ci do moich rąk?- odgryzłam się, ale miękko. Zasypiałam. Były to te urocze momenty, gdy sen po prostu wygrywał ze mną. Lubiłam to. Zalewał mi głowę i nie dawał innej możliwości. Zupełnie jak czuły kochanek. A był to czas ciągłych walk w moim życiu, ciągłych pogwałceń samej siebie. Ciało i umysł miałam rozciągnięte do granic możliwości. Czasem tęsknię do tego zużycia.