„p(a/o)mięta bela materiału”

Sophie marszczyła czoło tylko z dwóch powodów. Jednym z nich było głębokie zamyślenie, drugim dotkliwy ból fizyczny, którego nie dało się ukryć na zewnątrz.
W chwili, w której patrzycie na Sophie wraz ze mną, jest ona daleko w głębi swojej głowy, ale też, gdy chwyta sosnowy stół i targa go kamiennymi schodami- z domu wprost do ogrodu- odzywa się ból pleców i rąk. Uruchomiła więc Sophie oba impulsy do pogłębienia bruzd na czole.
Zamknęła oczy. Ściągnęła ku sobie prawy i lewy kraniec czoła.

Zawyła w środku stawiając drewniane nogi stołu w trawie. Rozedrgały się jej dłonie i ramiona. Kolana ukryła pod długą, ciemną spódnicą z lnu, dlatego nie wspomnę o ich wstydzie i słabości.
Zwróciła uwagę na pohukiwanie gołębia grzywacza. Był coraz głośniejszy, jakby przesiadał się z gałęzi na gałąź, by być świadkiem jej upokorzenia z coraz to mniejszej odległości.

Jestem starą, żałosną wdową, pomyślała.

Przyniesienie kilkukilogramowej beli garniturowego materiału z warsztatu, nie stanowiło już wysiłku. Nie pamiętała też w jaki sposób wzdłuż domu dociągnęła przedłużacz i kiedy podłączyła żelazko. Stała teraz otoczona trawą i drzewami owocowymi. Wprost pod starą jabłonią i melodią z gołębiego brzucha, zaczęła prasować metr po metrze.
Rozprostowany materiał ulewał się zza stołu, układał fałdami na trawie i gniótł od nowa. Miał być tego dnia, aż do zachodu słońca, tyle razy, ile by się dało- prasowany w tę i nazad…

Krok od Sophie, na taboreciku stała ciemna kawa w filiżance, pita dosłownie po kropelce. Obok niej wielki dzbanek wody z cytryną i miętą. Szło dobrze. Przestawała myśleć słowami, skupiała się na odcinkach materiału. Najpierw gładziła go dłonią, potem rozgrzanymi plecami żelazka. Po kilkudziesięciu razach, nie musiała już wiedzieć co robi. Robiło się samo, a gołąb niby coraz bliżej, a jakby po nim samo echo…

Pionowa fałdka skóry tuż nad nosem stała nieruchomo, na znak, że Sophie dryfowała myślami dalej i dalej za horyzont teraźniejszości. Gdyby miała na nosie okulary, spadłyby wprost na materiał zwany tenisem.

– O czym Pani tak myśli, pani dobrodziejko?

Pocałunek złożony na małej, zasuszonej dłoni musiał sprawić panu Jasiowi przyjemność. Podpatrywałam tych dwoje staruszków zza przemęczonego już jaśminu cioci H. Usiadłam na plecaku i nie mogłam nadziwić się jak bardzo niepokoi mnie ten gołąb. Nie byłam nawet znużona godzinnym marszem na przestrzał jesienniejących pól. Ale bałam się czegoś obłędnie i nie umiałam tego nazwać.

Bardzo lubię słowo napięstek, pomyślałam patrząc na tę teatralną scenę. Oznacza dokładnie to samo co nadgarstek, ale jak dużo więcej niesie ze sobą!
Napięstek mieści w sobie też możliwość zaciśnięcia pięści w gniewie, nawet tak malutkich, jak piąstki babci Sophie.

Nadgarstek jest poczciwy. Garść mąki, garść ziaren… i ten fragment dłoni tuż nad garścią, który spokojnie się tej garści przygląda. Beznamiętnie, bezwolnie. Nie pasowało mi to do tego zajścia, a tym bardziej do babci, której piąstki zaciskają się często.

Dużo kosztowało Sophie przypłynięcie wpław myślami do ogrodu. Nagle poczuła chłodną już ziemię pod bosymi stopami, ciepło od żelazka krawieckiego i wilgoć szlachetnego pocałunku na powitanie. Pan Jaś to dobry człowiek, oddała mu uśmiechem co tylko mogła.

– Pytał pan o coś? Ja przepraszam, niech pan wybaczy, zamyśliłam się…- powiedziała zawstydzona. Nie wiedziała co zrobić z ucałowaną dłonią. Wsadziła więc w kieszeń spódnicy i spróbowała zmienić twarz na bardziej codzienną.

– Pytałem właśnie o to, co widać było dobrze, mianowicie o czym pani dobrodziejka tak myśli?

– A co pan Jasio wyskoczył z tą dobrodziejką? – mruknęła.

– Ano zaczął ja czytać te Panią Walewską od pani dobrodziejki i jakoś tak mi podpasował taki sposób grzeczności.

-No i brawo! – odpowiedziała już znacznie pokrzepionym tonem- Jeśli to napoleońska aura, to popieram pana Jasia!

Pan Jaś przystanął obok tak jakby nie stał. Zawsze starał się być cieniem pomocnym, życzliwym, niekrępującym.

– Nie wiem jak to panu powiedzieć, byłam tak jakoś bardzo daleko w ciszy. Zupełnie mnie świat nie obchodził- odpowiedziała lekko podniecona, jakby właśnie wróciła z podróży i mogła pokazać pamiątki.

– Cisza to ciekawe zjawisko. Niestety, czy zauważa pani, że cisza zanika? Kiedyś…- zaczął i roześmiał się w głos- gadam, słyszy pani, jak starzec!

– Ano faktycznie! -przytaknęła Sophie- brakuje tylko: „za naszych czasów” – odegrała teatralnie tę frazę i roześmiała się do pary ze swoim rozmówcą.

– Ale wie pan, cisza jest jakby dyrygentem ducha. Dobrze jest go słuchać, bo można usłyszeć swoje wewnętrzne melodie i usunąć fałszywe dźwięki.

– Nie umiem tak ładnie mówić, droga pani, ale to prawda. Nazwałbym to prościej, ale tak jest w punkt, jak mówią, w dziesiątkę. Ja…- zaczął poważnie- przyszedłem pani powiedzieć, że wiem, co tu zaszło. Tak mi przykro. Nie mam na myśli, rzecz jasna śmierci pana dobrodzieja, małżonka świętej pamięciii…

– Święty on nie był. Może i nie pił, ale dziwkarzem mu się zdarzało …- zażartowała ostro.

– No wiadoma mi sprawa- odpowiedział, zwyczajowo zawstydzony rubasznością babci- Ale jasna sprawa, że nie śmiałbym ocenić… Mam na myśli to, co potem, że dom Cyganie spustoszyli…

– No cóż, mieli powody, że tak powiem. Pomścili coś ważkiego dla siebie. Nie zabrali nic, tylko narozrabiali. Od razu wiedziałam, jak tylko otworzyłam drzwi domu po pogrzebie, że to nie kradzież, to tylko wymiar sprawiedliwości.

– I pani dobrodziejka tak się na to godzi po prostu… kto by pomyślał, jak dobre serce…

Sophie wybuchła śmiechem. – No doprawdy, kto by tak o mnie pomyślał! Toś mnie pan rozbawił- wejdzie pan na kawę do mnie i makowca mam…- zachęcała rozluźniona… coś tylko z tym muszę zrobić…

Wskazała na belkę materiału- na wpół rozwiniętą i wylaną na trawę swobodnymi falami, a w połowie nadal na miejscu, ciasno zawiniętą. Złapała się za głowę i obmyślała plan uporządkowania tego, co, gdy trwało, przynosiło ukojenie… teraz było chaosem: stołem na łące, przedłużaczem długim jak wąż z Edenu i tym biednym tenisem, który do końca życia miał służyć mu na garnitury. Mu … Jemu… niech przeklęte będzie jego imię, że umarł! – pomyślała.

– Wszystko to w mig wniosę, niech pani już gotuje wodę na kawę… i tak bez butów? – zapytał, bo dopiero, gdy skierowała się w stronę domu i zaświeciła jasnymi kostkami pięt- zorientował się, że Sophie stała boso cały ten czas.

– Nic to, nie ma co gadać- odpowiedziała pospiesznie nie odwracając się nawet- wymyślam, bo muszę, ale często sama siebie nawet nie mam sił zrozumieć!

Poruszyłam się, gdy babcia zniknęła w domu. Pan Jaś natychmiast odwrócił oczy w moja stronę.

– Czemuś tu siedziała Noelka tyle czasu?

– Widział mnie pan?

Rozprostowałam kolana, zarzuciłam plecak i podeszłam się przywitać.

– A co się z rączką stało? – zapytał stroskany, podnosząc ją do oczu.

– Nieeee niech pan nie całuje! Dzień dobry, jak zdrowie? – zabrałam szybko dłoń i przerzuciłam nas na inny temat.

– Po co pytasz, jak truchlejesz? Nie chcesz widzieć babci, skoroś się ukryła panienka. Ja to rozumiem, widać jest powód – uspokajał mnie tym czymś w oczach, co odczytywałam w mig. – Zagadam babcię, a ty leć na górę. Dziś jest spokój, nie bój się, powinnaś mieć spokojną noc. Z góry dziś cisza tylko… To znaczy… no wiesz Noelko… co ja ci będę… Idź już dziecko… Idź, może coś przegryź. Masz coś? – zapytał wstydząc się, że musi pytać.

– Tak, mam. Dziękuję. Nie liczyłam, że na górze coś będzie.

– Pani Sophie zawsze na koniec dnia daje mi jakieś ciastka i chleb świeży, mogę… zostawić w umówionym miejscu…
– Nie trzeba, proszę zjeść ze smakiem.

Złapałam dłoń pana Jasia i potrzymałam przez chwilę. Nie umiałam spojrzeć mu w oczy.

– Dziękuję- wyszeptałam, po czym schowałam się w jaśmin i odczekałam, aż Pan Jaś wniesie stół i zamknie za sobą drzwi babcinej kuchni, które mogłyby mnie zdradzić.