„Za(ch)kary”
Sufity szpitalne mówią o nas prawdę. Jest w nas takie miejsce, gdzie utrzymujemy przy życiu nasze nic. Czystą, bladą taflę. Nie ma tam sił, nie ma wiary, nie ma nadziei, nie ma uczuć ani poczucia czasu. Na szczęście nie ma też tego, co przynosi najwięcej frustracji: nie ma pragnień.
Potrzebujemy tego miejsca. Potrzebujemy być i nie potrzebować niczego. A co za tym idzie, nie czuć zagrożenia, że czegoś bardzo potrzebnego nie dostaniemy.
Jest idealnie, pomyślałam nie odrywając wzroku od sufitu. Zawsze tu wracam. Na moją bladą drogę donikąd. Nie tylko wtedy, gdy ląduję w szpitalu. Wracam w nic, gdy tylko mam siłę odrzucić wszystko, a to znaczy: przede wszystkim samą siebie. Zrzucić siebie z siebie. A jest tego trochę… Pamiętliwe ciało i myśli uzależnione od bycia w czujności. Przeforsowane odczuwaniem.
Może powinnam powiedzieć: robię to, gdy już nie mam wyboru? Gdy bycie tu i teraz, a jednocześnie w tym wszystkim, co już się stało, do tego z lękiem o to, co stać się może… JEST NIE DO WYTRZYMANIA?
Tak, biada każdemu, kto zacznie oddychać świadom tego kim jest i co przeszedł- zanim nie wyuczy się niekłamanego spokoju.
Ów spokój był mi nieznany. Biada więc mi była…BIADA.
– Teraz poczujesz lekkie ukłucie, będziesz widzieć coraz mniej wyraźnie i zaśniesz sobie spokojnie- drobna kobietka zakomunikowała mi łagodnie.
– Nie ma sprawy, pani anestezjolog- wymamrotałam i nie było mnie jeszcze bardziej i bardziej… bardziejjjj..ejjjj…
…
..
.
Gdy odetną ci świadomość, istniejesz jak zwierzę, prawdziwie. Możesz polegać tylko na swoim ciele. Na jego instynktach, nauce, którą doświadczenie i odruchy- wpoiło w nie. Nie możesz już pogubić się we własnych myślach. Działasz wprost: zabiją mnie albo zabiję ja. Ewentualnie mogę jeszcze uciec. Wszelkie operacje i składanie kości pod narkozą, tym właśnie było dla mnie. Ucieczką. Odwiedzinami w moim miejscu NIC.
.
..
…
Z bólem wróciłam do życia.
Jesienne słońce matowiało, ale zaczęło sprawiać mi ból. Wyczekiwałam pochmurności, chciałam ukryć się za kotarą niepogody. Przemykałam ulicami i zamykałam się w zacienionym pokoiku. Na adapterze dziadka, który w szoku zabrałam ze sobą opuszczając niespokojną babcię, puszczałam płytę Elli Fitzgerald i siadałam nad książkami.
Dzień po zabiegu, na życzenie taty, który nie przyjechał, a zadzwonił i to „załatwił” – wróciłam na stancję. Nauka jest najważniejsza! Zachary podjechał i zgarnął mnie serdecznymi gestami, oferując kawę u siebie. Zgodziłam się. Upiekł tak dobre bakaliowe ciastka, że po powrocie na noc do swojego łóżka, trzęsłam się z nieopisanego wrażenia. Koktajl emocji: smutku, że dawniej takich nie jadłam, z taką ilością serca… Radości, że je jadłam… Tęsknoty za tą chwilą, gdy zaczynałam dopiero gryźć i czuć te niespodziewaną słodycz…rodzynkowo- troskliwą…
Wiedziałam, że życie musi dopaść mnie w ustalonym przez tatę rytmie. Mieliśmy to już przetrenowane.
Lekcje tańca mogłam odpuścić, za to ciągnęłam bolesną nogę w różne inne strony. Pochłaniała mnie nauka. Mogłam setki razy powtarzać słówka, ćwiczyć zadania z fizyki, czytać o czymś zupełnie nie pojętym w materiale na dany rok szkolny. Odlatywałam w nikomu niepotrzebną budowę Turbiny Peltona, albo wyobrażałam sobie, że jestem krwinką czerwoną i obserwuję wszystkie procesy, które mnie dotyczą. Odczuwam całą sobą i ani myślę przestać czuwać nad koncepcja całego organizmu, w którym żyję.
Zachary wpadał codziennie. Nauczyliśmy się chodzić na spacery nawet nocą, gdy mózgi parowały nam od przyswajania wiedzy. Zach szedł indywidualnym tokiem, przeskakiwał lata uczelniane w mgnieniu oka. Czułam, że jego czas obok mnie gaśnie.
Przypominały mi się słowa babci: „Tyle jest rodzajów pokarmu, ile w nas jest głodów”. Dotąd nie wiedziałam, że potrzebowałam kogoś takiego. Brata, dalekiego kuzyna, kogoś, kto rozumie, że tęsknota to bezmiar, którego czasem lepiej nie rozdrażniać. Zachary wiedział, że są we mnie i w nim pytania pułapki. Próba odpowiedzenia na nie, mogłaby nas pozbawić instynktu, tak potrzebnego do przetrwania.
Od tego dnia, gdy babcia… straciła czujność nad swoją stratą i uśmierciła żywą po brzegi Klementynę… nie byłam w domu. Wyjechałam z Zachem i, jak się okazało, naszym wspólnym wujem Jakubem. Jeszcze tego samego wieczora. Jak w panicznej ucieczce, schowanej pod grobową miną.
Babcię- ciotki zapakowały do auta i zawieziono ją do szpitala. Na tym skończyły się moje wieści o niej. Zach mówił, że wie od swojego taty, że babcia jest już w domu, że jest wszystko okej…ale nie dzwoniłam. Nie pisałam. Nie pytałam nawet samej siebie, co myślę o tym wszystkim.
Wygasiłam w sobie ten wątek.
Ale nadszedł ten dzień. Jesień zdecydowała za mnie. Sobotni poranek obudził mnie podmuchem wiatru, który otworzył przemocowo, uchylone na noc okno.
– Odwiozę cię na weekend do domu- Zachary stał w moich drzwiach radosny.
Nie tęskniłam za domem. Nie czułam nic, dla własnej ochrony. A skoro nie czułam potrzeby, by tam jechać, nie widziałam też przeciwskazań. Zachary zapakował mój plecak i walizkę do bagażnika swojego garbusa i ruszyliśmy.
Kocham te pola, pomyślałam, gdy tylko wyjechaliśmy za miasto. Kilometry pól ubranych w poplon, zawsze mnie rozczulały. Szeptały: jesień, dom, kawa, książki, kamienie i proch. Umiałam z tego obrazka wyciąć to, co było niewygodne. Skupiałam się na tym, za czym naprawdę było mi ckliwie.
– Wiesz, że jeździsz autem, które Hitler stworzył? – zapytałam, nie schodząc wzrokiem z widoków rozlanych po dwóch stronach asfaltowej wstążki, którą się ciągnęliśmy.
– To nie do końca tak, chyba się jakoś pod ten projekt podłączył, albo go zlecił komuś. On raczej sam tego nie skonstruował- zaśmiał się Zach- z tego co pamiętam- dodał- to miało być autko w cenie motocykla, a więc na każdą kieszeń. Coś jakby socjalne…
W radio leciała muzyka plemienna, bardzo pociągająca dla moich nóg. Wyobraziłam sobie, że tańczę, ale ta myśl zabolała. Miałam już zdjęte szwy, ale noga bolała jak diabelska duma na widok aniołów.
Szlag, nie ma jak sprawnie uciekać, gdyby…
– Gdzieś czytałam, że garbus miał być idealnym autem dla rodziny z trójką dzieci. Chciałbyś mieć dzieci?
– Chciałem z Ewą- odpowiedział błyskawicznie.
– Przykro mi.
– Mnie też…
Do końca studiów zostało Zacharemu niewiele, potem miał mi zniknąć z oczu. Smuciła mnie ta myśl, ale oczywiście była do „opracowania”. Od lat umiałam już przestawać czuć. Nosiłam w sobie piękne, zbiorowe mauzoleum, w którym tylko układałam rządkiem trumienki po ludziach. Nie wszyscy umarli fizycznie, ale wszyscy umarli dla moich emocji. To było moje miejsce NIC. Tam mogłam spojrzeć na imiona ludzi, którzy kiedyś burzyli we mnie krew, budzili tęsknoty. Teraz mogłam powtarzać ich dane, jak hasła mijanych plakatów i nie poczuć nic.
Moja słabość przekuta w siłę.
Na taką siłę było mnie wtedy stać. Ułomną.
Życie w odcięciu od tego, co niepokoi. Słaba siła, czyli taka, która wybrzydza w walkach, których się podejmie.
Pociesza mnie myśl, że spotkałam wielu takich dorosłych, więc jak na nastolatkę, nie było to najgorsze z możliwych wyjść. A, że za drzwiami tych ewakuacji wewnętrznych zawsze stała śmierć, to już inna rzecz…
– Nie chcę żebyś wyjeżdżał. Musisz?
– No mam swoje plany, a co?
– Nie wiem. Jakoś głupio, niewygodnie.
– Wiesz- powiedział łagodnie i spojrzał na mnie. Odwróciłam głowę i spojrzałam na jesienne sukienki, które rowy naciągnęły na siebie niechętnie jakby. Było jeszcze sporo śladów gorącego lata. Przesuszone zioła usychały wraz z kolorami, co nie dawało poczucia zbliżającego się marazmu. Przebijała też zielona trawa gdzieniegdzie i latało sporo ptaków. Mrużyłam oczy. Bolał mnie wzrok.
– Nie mam sił na ciebie spojrzeć… tak zewnętrznie i wewnętrznie nie mam sił. Bolą mnie oczy- tłumaczyłam drżąc- i boli mnie to, co widzę.
Mówiłam i wbijałam paznokcie w dłoń, gdzie tylko się dało.
– Do diabła, Noe, co ty robisz?! – krzyknął i zahamował- co robisz z tą ręką!!!
– Bez obaw, wysprzątam ci samochód- skomentowałam na chłodno.
– Na serio sądzisz, że o tym mówię?- odpalił podirytowanym smutkiem.
Zatrzymaliśmy się na wjeździe do lasu. To zły pomysł, pomyślałam. Zapewne gdzieś za krzakiem pracuje lokalna, bułgarska prostytutka. Skoro nie stoi blisko drogi, jest zajęta…
Zachary zgasił silnik. Wyjrzałam za okno. Pełno opakowań po prezerwatywach i zużyte chusteczki… No dobra, czyli muszę mówić…
– Przepraszam. Wyjęłam pokrwawioną ręką chusteczki z kieszeni sztruksów. Zielone sztruksy i plamy krwi nie wyglądają razem dobrze. Zachary miał minę odpowiednią do widoku. Wpatrywał się we mnie z rezygnacją.
– Noe, czy ty sobie nie radzisz z żadną emocją?
– Z jakąś sobie radzę- zakpiłam.
– Zaczęłaś kaleczyć się na myśl, że wyjadę?
-…
– Nie musisz mówić, przecież mam oczy.
– Mógłbym zostać, ale jako kto? Kuzyn, który się tobą opiekuje?
– Nie mam nikogo, nie mam nawet siebie…jedź. Jestem zła na siebie, nie na ciebie.
– Jeszcze tu trochę zostanę…
– We mnie jest coś tak okropnego, odrażającego…- mówiłam i pękałam od środka, jak nabrzmiały owoc. Owoc goryczy, pogubienia.
– Nic takiego nie zauważam, Noe…
Zachary męczył się, silił szczerze, by mnie podnieść z groty, w którą wpadłam. Siedziałam i zaciskałam ze wstydem poplamione ręce. Kątem oka oboje zauważyliśmy kołyszące się auto w oddali. Polany nie od tego są, nie po to tu zostały stworzone…- myślałam cicho. Przynajmniej zarabia, miałam nadzieję.
Nie wiedziałam, dlaczego czułam to, co czułam. Rozdzierało mnie od środka, wywalało, jak guz, jak jakaś pieprzona kula po postrzale, która nagle żywi się moim smutkiem i rozsadza mnie całą. Nie chciałam tracić Zacharego, a jedyne, co nas łączyło to cisza i spacery po godzinach nauki. Rzadko uczyliśmy się razem, (to jest w jednym pomieszczeniu), ale wiedziałam, że gdy skończę, będę mieć czego się chwycić. Kogo…
– Wstyd mi, bo nie wiem tak wielu rzeczy o tobie. Czuję… jakbym cię wykorzystywała, jakbym przylgnęła do ciebie siłą, jakimś podstępem.
– Jestem tu z własnej woli i zauważ, że to ja proponuję spotkania, spacery, rozmowy… hmmm… no może nie do końca rozmowy…hmmm- Zachary jąkał się chcąc opisać relacje z chroniczną niemową i autystopochodnym tworem, jakim byłam. Wybuchliśmy śmiechem, prawdopodobnie dosięgły nas te same wnioski. Sytuacja była chwilami beznadziejna. Tandem, który tworzyliśmy, był bardzo trudny do nazwania i powtórzenia.
– Widzę, że to, co się z tobą dzieje, nie zapowiada ci świetlanej przyszłości- powiedział przez uśmiechnięte zęby. Piękne, duże i białe.
– Dziękuję ci bardzo- odpowiedziałam tym samym. Czułam absurd tej sytuacji. Jak mówią: i śmieszno i straszno.
To był śmiech przez łzy, których nie umiałam za nic ulać z oczu, choć serce regularnie posypywałam solą.
Zachary złapał mnie za lewą dłoń. Popatrzył na mnie, na schwytaną kończynę i znowu na mnie.
– No co? Miałem ją pod ręką…- wyjaśnił.
Rozbawiło mnie to. Rozjaśniłam wzrok. Bolał mniej.
– Gdyby sprawy miały się inaczej, zostałbym. Może nawet byłbym z tobą do końca życia. Ale wiem jedno, Noe. Jestem dla ciebie nikt niezbędny. Krewny na ratunek. Nie przeczę, że mnie lubisz, cenisz, ale przecież widzę w czym rzecz. Ty kochasz tego, no… co przychodził do ciebie, ten kudłaty…
-Nikt niezbędny? Co ty pleciesz! – musiałam przerwać niebezpieczny monolog, zanim moja pamięć eksplodowałaby pustką po… Wyrwałam rękę, zasłoniłam wzrok kurtyną oburzenia i nieprzepuszczalności.
– No to powiedz- Zachary patrzył przed siebie, czasem w moją stronę, ale zawieszał wzrok na wygrzebującej się zza krzaków, poprawiającej ubranie i makijaż prostytutce. – No powiedz, czy związałabyś się ze mną, czy… miałbym dla ciebie jakieś znaczenie, gdybym został jako ktoś więcej niż kuzyn, więcej niż daleki krewny?
– Nawet tak nie myślę, Zach. Ani razu tak nie pomyślałam o tobie… A ty? – wiedziałam, co zobaczę, gdy odwrócę wzrok. Minął mi niepokój na temat wskrzeszonej pamięci po X. Nadszedł w jego miejsce kolejny. Wiedziałam, że już po tym wszystkim, co dawało mi życie przez te kilka tygodni.
Zachary płakał. Mówił trzeźwo, miał kamienną twarz i płakał.
Wyszłam z samochodu, zrobiłam kilka kroków naprzód, po czym gniewnie wróciłam jeszcze po swoje rzeczy i ruszyłam przez pola do mojej rodzinnej wsi.
Zachary siedział nadal nieruchomo, patrzył w jakąś dal.
Do dziś nie wiem czym były jego dale.
Dosyć tego wszystkiego, pomyślałam. Nie wiedziałam czego mam dość, ale czułam, że mnie to przerosło.
Mijałam polne kamienie, rude trawy, dławiłam się jesienny powietrzem. Na moje nieszczęście byłam trzeźwa jak żenada.
Zoperowana noga zalała się bólem.