„Nad wodami”

– Czy myślisz, że mogłabym poczuć się wolna?
– Zaryzykowałbym, że jesteś wolna, Noe.
– Czuję się spętana.
– Przez kogo? Przez co?
– Przez samą siebie. To chyba najgorsze z więzień; własne kraty żeber.
– Więc masz na myśli ciało?
– Wiesz, ja chyba wszystko już skrzyknęłam przeciwko sobie.

Mówiłam to spokojnie, ale wewnątrz ledwie świszczała we mnie mała strużka oddechu. Zupełnie nie mógł znaleźć sobie we mnie miejsca. Przeciskał się jak przerażone zwierzę- byle uciec, byle znaleźć drogę ucieczki. Ucieczki na oślep.
Brałam oddech za oddechem. Desperat gonił desperata. Tonący brzytwy się chwyta, korzystałam z takiej przestrzeni powietrza, jaką udało mi się wyszarpać z atmosfery. Ciężko powiedzieć jak dawno nauczyłam się zastygać i w zupełnie niezauważenie dla innych sposób- walczyć o życie.

W środku płonęło, grzmiało, rozpadały się fundamenty mnie. Na zewnątrz siedziałam nad jeziorkiem, opierając oliwkowe od słońca plecy, o nagie plecy X.

– Siedzimy na pomoście, jak w komedii romantycznej, ale nas wzięło! – zaśmiałam się i w mgnieniu oka puściły mi spięcia w plecach i piersiach. Czułam jak X. trzęsie się ze śmiechu.

– Masz rację, wydajemy się sobie tacy mądrzy i nietuzinkowi, a tu taka chała… – zanosił się śmiechem.

-Wychodzi na to, że miłość- szczebiotałam- jest potwornie kiczowata!

– Albo bardzo trudna, Noe- sposępniał…

– Ej, co jest? – wstałam i poszłam do oczu X.

Te jasne włosy naznaczą mój los na zawsze, pomyślałam udając rozluźnienie i próbując nie widzieć smutku w oczach X. – gładziłam jego włosy. Wyciągałam ich pasma zza uszu i zwieszałam na policzki.

– Co jest? -pytałam w powietrze, by pozostawić sobie miejsce na ucieczkę myślami. Czułam, że mogę potrzebować skupienia myśli na czymś innym, gdy X. wreszcie wydusi z siebie to smutne coś. – Wspomniałam o miłości, to Cię przestraszyło? Poczułeś się przyciśnięty do muru?

– O nie, Noe, Ty to masz wyobraźnię… Wiadomo, że miłość- jęczał i zastosował tę samą ucieczkę, tyle, że skupił się na swoich stopach- no bo co innego?

– Mówisz o tym tak, jakbyśmy byli na siebie skazani, wzdychasz o miłości, X… wydychasz ją jak dym papierosa, jak toksynę…

– No wzdycham, Noe, bo jesteśmy w kiepskiej sytuacji…

– My? – zdziwiłam się- czuję, że tylko ja jestem w kiepskiej sytuacji. Przygotowuję swoje myśli na to, że mnie zostawisz, tym razem na zawsze…

Zamilkł. Zastanawiałam się jak uciec. Wiedziałam, że nie dam rady być tu ani minuty dłużej, jeśli X. potwierdzi moje zmory. Ptaki, lekkie powiewy porannego, ciepłego wiatru zapraszające zieleń okalającą jezioro do tańca… I my na pomoście, z ładunkiem wybuchowym w sercach. Jednym, podzielonym na pół. W moim odczuciu niesprawiedliwie. Czułam się bardziej obciążona, na łasce niewiadomych zniknięć X. i tego milczenia teraz.

Nie przestałam dotykać jego włosów. Były jak ślady po językach ciepła. Ciągnęło mnie do nich, umiałam odtwarzać ich widok w pamięci, gdy tęskniłam.

X. wziął głęboki oddech. Trzęsły mu się kolana i ramiona. Płakał?

– Ej, co jest?!- krzyknęłam i rzuciłam się do jego twarzy- co jest?! No wyduś to z siebie! Rozrywa mnie od środka na myśl…

-Kocham Cię, Noe, nienawidzę, że tak się stało! – krzyczał przez płacz.

Wstaliśmy, gdy turyści w swoich przyjeziornych obozach wyostrzyli na nas czujność. Kilometr dalej była smażalnia ryb, totalnie samotna i ciemna wewnątrz. Cicha tak, że słychać było korniki w jej drewnianym wnętrzu. Drążyły kanaliki w ścianach, podłogach i starych, dwudrzwiowych szafach- ustawionych w każdym rogu izby. Właściciel musiał czuć to coś, co czują ludzie znoszący do swojego życia poniemieckie meble- przydając im wagi, niezależnie od ich wartości. Weszliśmy ostrożnie, X. trzymał mnie mocno za rękę. Czułam, że delikatnie mrowi i drętwieje od tego uścisku. Korniki podłączyły się pod nasze myśli. Czuliśmy, że nie dadzą już nam spokoju. Usiedliśmy przy jednej z centralnych ław. Zajęliśmy miejsca naprzeciw siebie.

Światło wpadało tu naturalnie. Dach był przeszklony i dało nam to ukojenie, bo słońce szybko położyło nam się po włosach.

– Moja babcia często mawia, że słońce wszystko zmienia, bo oprawia codzienność w złote ramy…wiesz? – zagaiłam łagodnie, by X. nie poczuł odrzucenia, gdy zdecydowałam oswobodzić swoją dłoń będącą wciąż do tej chwili w otulinie jego smukłych palców.

Nie powiedział nic. Za to z kuchni, która żyła leniwie o tej porze nie spodziewając się głodnych klientów- wybiegła okrągła blond pszczółka.

– Dzień dobry, czyżby ktoś chciał zjeść na śniadanie rybkę? W taki upał? Fiu, fiu- zaszczebiotała i znalazła się przy nas w kilka sekund. Pachniała jak pszczółka, słodko. Wywołało to mój uśmiech, zresztą była to osoba, przy której nie można było nie poczuć się dobrze.

-Tak- powiedziałam z ufnym uśmiechem- zjemy coś. Coś co pani poleca. I dużo kawy, naprawdę mocnej. Tak? – poprosiłam zamyślonego X. o potwierdzenie.
Uśmiechnął się do pszczółki. – Tak, prosimy o coś dobrego i kawę.