„Kaczka Schrödingera”
– Nie biadol, Noe. I też nie wstydź się, o nędzny losie, dziewczyno! -furczała Sophie, wznosząc zniesmaczone oczy w sufit.
– Jeśli znacie się jako kochankowie- pytała, swoim zwyczajem, twierdząco- no i cóż to takiego? Pytam! Przecież nic dziwnego stać się już pod słońcem nie może! Wszystko już było, nie myśl sobie! – milczałam, a ona zamyślała się i rzucała dalej- To bardzo daleka rodzina, nie przypisuj sobie czasem roli twórczej skandalistki!
Żonglowała raz to szczebiotem, raz mędrkowaniem.
Nie patrzyła za wiele w moje oczy.
A oczy miałam głodne porządku świata, który utraciłam na tę chwilę.
Wyraźnie ożyła. I paradoksalnie widok ciemnego studenta rozjaśnił jej twarz. Od kilku minut wałkowała temat, bunkrując się ze mną w kuchni cioci H., gdzie ostatnie blaszki chałek i makowców przyjemnie i na słodko czerstwiały.
– On tylko ze mną mieszka na stancji…i tooooo w najdalszym z pokoi….
– No i dobra, jak tam wolisz- kwitowała, wkładając sobie do ust, co solidniej lukrowany okruszek, spadający z odkrajanych plastrów zawijanego makowca. Uśmiechała się przy tym przebiegle, ale miło. Nie uwierzyła mi, rzecz jasna. Zapewniła, że X. „o ile raczy zawitać do nas jeszcze, o niczym się nie dowie”. Sophie podkochiwała się w młodych mężczyznach, najczęściej śniadych i spokrewnionych z nami. Wmawiała mi swoje zauroczenia. Najpierw wręcz narkotyzowała się w myślach wizją czegoś, co nie jest możliwe- tak to czułam… Potem, gdy jej twarz już zdradzała jak dalece znalazła się w dłoniach tego, kto nie jest z jej świata i przedziału wiekowego, napadała mnie. Obśmiewała.
Może to pomagało się obudzić. Nie umiała skarcić siebie. Za zdradę rzeczywistości karała mnie.
Nagle okazywało się, że „ona już wie o czym ja fantazjuję”.
Ja utrzymywałam w tajemnicy swój bardzo silny związek, to prawda. Kochałam się ze śmiercią. Oddawałam jej większość nocy.
Zwinęłam w ślimaka wskazujący palec prawej dłoni, by jego paznokieć wbić w mięsistą przestrzeń między nim a kciukiem.
Babcia niczego nie zauważyła lub nie dała po sobie poznać. Zmieniła jednak ton na mniej atakujący.
– Twój znajomy ze stancji to Zachary, syn wujka Leona, brata tego oto Jakuba, co to żłopie u nas od siedmiu dni kawę za kawą, na moją biedę! – wyjaśniła, rysując mi w myślach drzewo genealogiczne ciemnego studenta. Pomstowała, ale zupełnie nieszkodliwie. Gdy skończyła, roztarła lukier palcem wskazującym po ustach. Nie sposób było nie mieć lukrowanych dłoni, chcąc równo przycinać makowca. Ja swoje miałam zwyczaj obmywać z lukru jak najszybciej.
Sophie masowała nim wargi, potem nosiła tę lukrową niby szminkę tak długo, jak udało się ją zatrzymać na ustach.
Dosładzam się- mawiała.
– A więc to tak- odezwałam się poruszona- on tu sobie siedzi tyle dni, a ja nie wiem, że jego bratanek to ten, co …
– Noe, nie przesadzaj, nie oburzaj się jak mniszka, co zobaczyła gołą dupę! Każdy tu wie, że Zachary był wplątany w tę Ewę. Myśmy tu wszyscy obmyślali, jak prawnie pomóc. Tak w ogóle, jak to możliwe, że z siebie coś wreszcie wydusiłaś!? – śmiała się- Już myślałam, że nigdy o tym nie wspomnisz!
Jej usta i brew porozumiały się ze sobą bardzo jednoznacznie. To był grymas kogoś, kto wie o mnie to, czego nie chciałam, by wiedział. Ba! Babcia wie to od dawna i teraz, jak widać, przyszedł czas, by zaprezentować swoje zdradziectwo i władzę nade mną.
Oczywiście skorzystała z okazji.
– Nie chciałam cię martwiććć… – kłopotałam się- sprawa rozeszła się po … – nie zdążyłam dokończyć. Sophie mnie storpedowała.
– No jasne, że nie chciałaś- zaśmiała się do rozpuku- w to akurat wierzę, że ty nie chcesz, Noe. Wierzę, że ogólnie jesteś na nie! I jeszcze- chichotała, trzymając się za brzuch- nie znałaś jego imienia do tej pory, a przecież rozmawialiście! Czy ciebie, powiedz mi no, zrodził Golem?!
To porównanie do Golema, zawsze bolało mnie równie mocno. Nigdy nie płakałam. Nawet nie przyszło mi to do głowy. Rozszarpałam ranę zrobioną na zbawienie sobie- chwilę temu między palcami.
Lepiej.
Stałam się obiektem żartów babci, może nawet słodkich kpin. Wtedy sądziłam, że takie istnieją.
Nie znałam do tej pory imienia ciemnego studenta, nie chciałam go znać. Nie wiedziałam, że to imię będzie mi potrzebne do czegokolwiek. Zdobywałam wtedy tyle wiedzy, że, bardzo możliwe, że tę, której nie musiałam, po prostu nie przyjmowałam do siebie.
Zachary…- powtórzyłam sobie pod nosem. No dobra, niech ci będzie Zachary- powiedziałam już głośniej, gdy podawałam mu świeżą kawę i wybrane przez babcię kawałki słodkości.
– Cieszę się, że się spotkaliśmy- odpowiedział i włożył sobie kawałek chałki w usta. W salonie wskrzeszono opowieści sprzed przybycia gościa. Ciocia H. zanuciła jakże wesołą pieśń.
Umarłeś mi, jak mogłeś? Umarłeś, właśnie mnie.
Ciemność ci w głowie świta, ja w sercu chowam ćmę.
Po tobie wielka żałość. Po tobie pustka żre.
Nie robi się tak ludziom, nie robi się tak mnie.
Zrobiło się rzewnie.
Wszyscy poczuliśmy się organicznie sfatygowani czasem żałoby. Spruły nam się charaktery, tak jak przeciera się, najpierw niezauważenie i oczkuje, leciwa pościel.
Puszczały silnie obwarowane granice. U wrót stał ból, który miał nie dać się już niczym obezwładnić. Na pewno nie pracą w kuchni. Nad nasz dom nadchodziło coś, czego nie można już było wkładać między sztućce, ścierki, godziny ciężkiej pracy. Nie można już było ukryć tego w pokiereszowanym ciele i onirycznym śnie.
Czułam tę nadchodzącą falę pustki. Codzienność miała nam pokazywać palcem, że nie ma już jednego z nas.
Nie bardzo chciałam trwać w tym stanie. Wyszłam do ogrodu. Nie byłam już potrzebna w kuchni, goście jedli co zostało, właściwie tylko skubali. Czuliśmy, że teraz, gdy smutek dziczał i domagał się swego, jednocześnie dogasał już dla nas wszystkich czas świętej ochrony na żal. Trzeba się zatrzymać i budować wały obronne, pomyślałam.
Jutro trzeba wrócić do szkół, do pracy.
Myśli popłynęły mi w stronę paprotek, które totalnie rozrosły się w ogrodzie cioci H. Zawładnęły jedną jego częścią, pokazując, że nie ma już odwrotu od tego najazdu.
Ciocia nadal nuciła. Jej ckliwe pieśni dolatywały do mnie i nastrajały mnie smutno, mimo mojej woli. Musiało mnie to zalać razem z zewnętrzną powłoką.
– Smucisz się?
– Nie, czekam na ciebie, wiedziałam, że przyjdziesz, Zachary.
– Nie wierzę! Znasz moje imię! – zakpił jak babcia.
Podeszłam do gęstej plątaniny paproci. Włożyłam w nią rękę. Było tak jak się spodziewałam. Wilgotno, płożyście, zakamarkowo… Auuuuuuuuła!!! Ernesto właśnie ucinała sobie drzemkę w tejże skrytości i zareagowała odpowiednio do sytuacji, to jest pazurko-zębami.
– I po co ci to było? – Zachary zgiął się w pół i zaśmiewał.
– Możesz przestać się nabijać ze mnie? – odpaliłam, drapiąc ranki po Ernesto- no, chyba, że chcesz wiedzieć, po co mi było w ogóle z tobą kiedykolwiek gadać! – wkurzyłam się.
– Dobra, już, Noe?!- podszedł i złapał mój wzrok- widzisz mnie? Rozumiesz? Chcę pokoju- oświadczył łagodnie.
– Nie mogłeś się zająknąć, że jesteśmy rodziną?
– A co, zakochałaś się? – zażartował, tym razem pokojowo.
– Wiesz… mam ostatnio dość życia w iluzji i niepewności. Moje życie to…
Zadrżał mi głos, chyba ze strachu przed tym, jak mogłabym dokończyć to zdanie. Zachary przyszedł mi na ratunek i przerwał
– Rozumiem, przepraszam, ale zachowujesz się niezbyt łatwo.
– Że co, proszę? – broniłam się, choć nie atakował. A jednak zabolało.
– Ja jestem dość prosty, a od ciebie czuć wielkie powikłanie po…- przemilczał końcówkę i ruszył dalej- Od początku miałem wrażenie, że każda informacja może zrobić ci jakąś krzywdę. Poza tym- zamyślił się i dokończył- z Ewą to było coś dla mnie, milowego, coś ważnego. Chyba sam nie wiem jeszcze jak bardzo to przeżyłem i na ile byłem wtedy sobą, gdy się zabiła. Ale potrzebowałem obecności kogoś zaufanego. Przyznam, że czasem miałem wrażenie, że nawet nie słuchasz co mówię, ale chciałem mówić.
Usiedliśmy na huśtawce, niedawno jeszcze zamodlonej przez przereligijną część wujków. Dziś stała znów dziko, czyli tak, jak należy.
– Byłam w szoku, że Ewa…
– Ja nie byłem. Ewa nie była szczęśliwa. Wbrew temu, co mówił ten…
– A jednak mieszkała z nim, byli razem…Czemu to zrobiłeś, czemu sypiałeś z kobietą, która nie należała do ciebie?
-Należała, Noe?! Co to za hasło? Tak wyszło, była rozdarta. To jest smutna historia bardzo, Noe, nie wiem, czy powinienem o tym do ciebie mówić… Czy o tym mówić w ogóle- poprawił się- i czy, przede wszystkim, do ciebie…
– Masz mnie za niezłego czubka! – roześmiałam się szczerze. Siedzieliśmy naprzeciw siebie, na rozbujanej z lekka huśtawce i co chwilę któreś z nas wysuwało z podestu stopę, by odbić się od trawy i wprawić rozmowę w ruch. Ruszała huśtawka, to i ruszała rozmowa. Jakbyśmy potrzebowali napędu.
– Nie, to nie tak. Co nieco o tobie wiem… jesteśmy, no wiesz- uśmiechnął się zaczepne- rodziną!
Siedział spokojny i niespokojny jednocześnie. Sama nie wiem, co chciał przez to powiedzieć. Zastanawiałam się, czy to przypadek, że druga osoba w tak krótkim czasie, nagle coś niepokojącego o mnie wie. Przypłynęła do mnie ta sytuacja z X. z babcią i jej wściekłością, z dziadkiem, który przyszedł ratować mnie przed własną śmiercią…
– Ratunku!!!- krzyk babci wyrwał mnie z głowy utarzanej w smutku, a Zacharego zerwał na równe nogi. Wypadliśmy z huśtawki plącząc się kończynami przez chwilę. Po drugiej stronie domu, na trawie siedziała zapłakana Sophie. Zalana łzami, krzyczała.
Podbiegliśmy co sił w nogach.
– Popatrzcie, ona nie żyje, Klementyna, moja kochana ptaszyna nie żyje!!!- lamentowała babcia. Dyskretnie podniosłam z trawy jej złoty klips, który zsunął się, gdy naciągała dłonie na twarz i głowę, płacząc.
Klementyna siedziała cichutko obok babci i spokojnie obserwowała okolicę. Dziobek miała nakropiony wodą, którą, zdaje się, przed chwilą piła z jednej, z kilku stawianych jej na podwórku miseczek. Żyła, bez dwóch zdań. Popatrzyliśmy z Zacharym na siebie zdezorientowani. Najwyraźniej babcia po coś wyszła przed dom i nikt z wykruszających się żałobników nie usłyszał, w jak dramatycznym kierunku pani domu postanowiła pójść.
– Babciu- zaczęłam, przykucnąwszy obok, popatrz- położyłam dłoń na ciepłej główce kaczki.
– Ona żyje, jak najbardziej żyje- mówiłam z entuzjazmem przerażonego dziecka, które nie wie, co właśnie się dzieje. Liczyłam, że moja zrodzona fałszywie otucha zadziała.
Nic z tego. Sama nie byłam pewna już, czy nasza kaczka żyje. Ale odgrywałam spokój.
Sophie nie słuchała, odpychała moje dłonie. Chciałam dotknąć jej choć na chwilę, by złapać z nią kontakt. Wystarczyłyby mi przekonać się, że ma na miejscu choćby jeden paznokieć, by poczuć grunt pod nogami. Chciałam znaleźć jakiś porządek w tym pomieszaniu. Czepić się czegoś starego, dobrze znanego.
– Nie żyje, nie żyje, zawołaj dziadka! Zachary wołaj wuja! – krzyczała przez łzy, dławiła się i patrzyła w stronę ścieżki, którą przyszła tu od frontu domu- Błagam, wołacie go tu!
Zamarliśmy.
– Zachary, zostań tu z babcią, nie spuszczaj niej z oka- rozkazałam w rozgorączkowaniu- ja muszę wezwać ich tutaj- szepnęłam mu końcówkę zdania do ucha.
Szłam przed siebie na nogach z waty i paniki. Grało mi w środku pytanie: Co się dzieje? Co się dzieje?
Wpadłam do salonu. Ciocia śpiewała nadal, tata grał na skrzypcach. Nie mogłam wydobyć słowa, pokazałam ręką, żeby poszli za mną. Czułam, jak zaciskają mi się pięści.
Gdy prowadziłam ich do babci, popłynęły mi wzdłuż dłoni czerwone krople.
Wilgotne, czerwone rękawiczki leczą stres- napisałam tego wieczora w dzienniku.
Potem dodałam: dla jasności: nie dają ciepła, ale odciągają uwagę od jego braku.