„Podróż w (nie)znane”
– Naprawdę? Nie wierzę, że mnie teraz zostawiasz! Jak to możliwe, że się tego nie spodziewałam, X.? – wypowiadałam co dziesiąte, gorzkie pytanie rodzące się w moim sercu. Czułam, że oto ruszyłam wyspę nietkniętą. Wyspę smoły cierpkiej, palącej. Wyspę rozżalenia i opuszczenia. X. zmilczał pytania.
– Po co to wszystko?! – kontynuowałam- Po co jeździsz tu ze mną codziennie, dajesz wsparcie?!- drżałam i nakręcałam się, aż udało się wreszcie wcisnąć hamulec w tej samozasilającej się machinie zniszczenia. Ja nie byłam w stanie, ale X. postanowił zareagować. Chyba wyczuł, że za chwilę po prostu znieczuliłabym się na niego, co oznaczałoby śmierć wszystkiego. W sercu miałam już kilka ludzkich trumien. Niewiele wtedy wystarczyło żebym wycofała swoje uczucia i mijając dobrze mi niegdyś znaną osobę, nie czuła nic.
Zgon X. był pewny. To było pierwsze „dlaczego” w moim życiu. Pierwsze domaganie się miłości wprost… Wiadome, że musiałby zginąć znając już moją twarz. Tak jak terrorysta zabija, by jego tożsamość nie została odsłonięta przed światem.
– Czekaj, Noe, jakie wszystko? Od początku… – złapał mnie za rękę, co jeszcze bardziej mnie rozjuszyło. Wyrwałam się i poszłam szybkim krokiem wzdłuż korytarza.
Minęłam kilka „sal chorych” i dyżurkę lekarską. Byłam bardzo głodna. Z rozsądku, w szpitalnym sklepiku kupiłam ciastka. Do dziś pamiętam ich smak. Kruche gwiazdki, klejone ze sobą po dwie kremem ajerkoniakowym. Wyszłam przed szpital, usiadłam na schodach. Zapach papierosowego dymu przyniósł mi myśl o paradoksie pacjenta walczącego o zdrowie w budynku szpitala, a poza nim połykającego śmierć z własnej ręki. Świat jest pełen zdrad przeciw życiu i przeciw samemu sobie, pomyślałam.
X. wyczuł moment, przyszedł i usiadł obok mnie. Pachniał tak, że cała moja złość nienawidziła go wtedy. Był dla niej pokusą, zachęcał do zdrady, blokował ucieczkę. Całe ramie bolało mnie od powstrzymywania całego ciała, które chciało do niego przywrzeć.
– Noe. Ja ciebie kocham jak wariat, ale tobie nie można mówić takich rzeczy, bo zaraz świat zmieni bieg…a je nie mam władzy nad światem- siedział ze spuszczoną głową, mamrotał zza kotary długich włosów i tylko jego łagodne dłonie zdradzały szczere zamiary. Jak to możliwe, myślałam, że jedno mówi, drugie zamierza zrobić? Chce wyjechać na kilka tygodni podczas wakacji, gdy Sophie tak bardzo choruje… a ja czuję się tak samotnie, tak jednoosobowo…
To był czas rodzinnych dyżurów szpitalnych. Z wielu powodów, na swoją wartę, wybierałam pory dnia, które pasowały nielicznym. Najczęściej przed południem byłam tu jedyna z rodziny, nocą dołączała ciocia J. i jej córka A. No i jak dotąd, zawsze był też X. Zasypiałam na jego ramieniu, kolanach, czasem z twarzą w jego włosach. Do babci wpuszczano nas na krótko, za to kilkanaście razy dziennie. Większość czasu czekaliśmy organizując sobie życie na krzesełkach – ciągnących się korytarzem, niczym kręgi kręgosłupa. Operacja poszła dobrze, ale chemioterapia uruchomiła w tej silnej, starszej pani, wszystkie zaległe choroby.
Trzeba czekać, siły roiły się w małej Sophie, ale nie mogły od razu wyjść.
Było mi na rękę przekonanie bliskich, że jestem nadmiernie umęczona czuwaniem przy Sophie. Po południu na szpitalny parking zjeżdżały ciemne kruki ciotek i wujków, w tym moi rodzice- jak zwykle spowici chmurą, nawet stojąc w salonie lipcowego słońca przed szpitalem.
Nie wyglądałam dobrze, traciłam na wadze. Zmęczenie chorobą babci pomagało uniknąć pytań. Mój stan wydawał się zrozumiały, łatwy do wytłumaczenia. Mogłam więc, bez wielu słów, po prostu zejść z posterunku. Nie mogłam jeść tyle ile potrzebowałam. Snułam się i sama wierzyłam w to, że przyczyną jest zniknięcie z domu mojej jedynej stałej, małej Sophie.
Czytałam dużo poezji. Głównie Jasnorzewską i Śliwaka. Nosiłam ich w plecaku, jak dobre duchy. Zarabiałam przygotowując dzieci do poprawek sierpniowych. Od trzynastej trzydzieści do osiemnastej, tyle trwały korepetycje. Dzieci dawały mi wtedy sporo świeżych sił. Najwięcej dobrego, prostego życia, przynosiły te, które niczego nie rozumiały z podręczników. Sposób, w jaki przyjmowały wiedzę, graniczył z impresjonizmem. Za pomocą obrazów i słów, tworzyliśmy wspólnymi siłami mozaikę, która zostawała w głowie dziecka i pozwalała uporządkować wymagany materiał. Po wakacjach, długo jeszcze tęskniłam za tym. Za malowaniem palcami po dziecięcych skojarzeniach. Palcami, bo czułam niemal w dłoniach, każdą ich myśl.
Siedzieliśmy na schodach. Za kilkanaście minut, parking miał zaroić się od ciemnych sukienek sióstr i kuzynek mojego ojca. Jak zwykle zaczną od papierosa, będą śmiać się, rozmawiać, potem przyfruną na szpitalny korytarz onkologii i zasilą krzesła.
– Kochasz? A co to znaczy dla Ciebie? – głos mi złagodniał, załamał się. Patrzyłam na proste strugi włosów, za którymi ukrywał się profil X. Nienawidziłam siebie za ten błagalny ton. Ale nie umiałam inaczej, nie umiałam palnąć go plecakiem przez głowę i zniknąć. Mimo, że właśnie to przychodziło mi do głowy także…
– Ja muszę wyjechać, ale wrócę i wtedy wszystko Ci opowiem… Chciałbym żebyś zachowała spokój i dobre myśli.
– Ale… co? Łamiesz prawo? Przecież jakoś to ugryzę…powiedz… – szeptałam, mając na oku palaczy w kapciach i piżamach. Stali zaledwie dwa kroki od nas, połykali dym i nadrabiali marudzenie polityczne, którym zapewne żyli dotąd „na wolności”.
W jednej chwili mojego chłopca rozsadził śmiech. Wstał, złapał się za brzuch i powtarzał:
-Noe, jesteś niemożliwa, niemożliwa! To w ogóle nie tak, świrusko! Żadne łamanie prawa, ani inne kobiety. Zupełnie nie tędy droga.
X. nie powiedział którędy.
Odwiózł mnie do domu, a po korepetycjach rozpaliliśmy za moim domem ognisko. Piłam wino z butelki, on doglądał ognia i spokojnie wpatrywał się w dal. Za domem jest już tylko przestrzeń i odległy park, z ukrytą wewnątrz linią kolejową. Dobre, polne ścieżki nakarmione kamieniami. Kilka ciągników pracujących samotnie na polach. Lato. I mój pusty dom. Milczący tak głośno, że chwilami musiałam zaczynać mówić cokolwiek, by ta cisza nie weszła mi zbyt głęboko.
Gdy słońce było nisko, wystawiliśmy z okna mojego większego pokoju głośniki. Tańczyliśmy do Pearl Jam.
– Wiem, że nie jesz za wiele, ale wrzuciłem ziemniaki do ogniska i chciałbym zobaczyć, że umiesz przełamać to… – X. szeptał mi do ucha.
– Nie możesz po prostu tańczyć? Nie psuj tego, co płynie przez nas…
– Noe, musisz walczyć. Nie będę udawał, że nie widzę, że płynie w Tobie rzeka śmierci. Jeśli trzeba, zmienię jej bieg.
Żałowałam, że tej nocy nie potrzebowano mnie u babci. X. poczuł się zaproszony tam, gdzie nawet ja nie zamierzałam wizytować. Udało mi się zgubić jego myśli. Po prostu skleiliśmy się ze sobą. Czułam, że oddycham całym światem. Nie rozumiałam, że tak właśnie dzieje się wtedy, gdy dotknie się czegoś ważnego, czegoś ważnego o sobie samym. I ma się obok kogoś, kto jest w stanie podjąć trud spotkania się z tym.
Spaliśmy tej nocy w sypialni Sophie. Nie śmieliśmy kochać się w jej łóżku. Trzymaliśmy się za rękę. O świcie musiałam być w szpitalu, a X. tego dnia już wyjeżdżał w nieznanie…