„pięść to tylko agresywne serce”
Odrestaurowane, poniemieckie zwieńczenie drzwi sztukaterią, było pierwszym szczegółem, który ściągnął ku sobie mój wzrok po przebudzeniu. Leżałam w pokoju Zacharego, na jego wielkim łóżku, a ozdoby okalające od wewnątrz wejście do tego pomieszczenia, nasunęły mi myśl o portalu do innego świata.
Była dwudziesta, o czym bezlitośnie donosił, palący się na czerwono, elektroniczny zegarek na biurku kuzyna. Zdecydowanie więc zbliżał się inny świat. Wielkimi krokami. Szkoła. Brrrr.
Z zachwytem przyglądałam się umeblowaniu.
Niepostrzegalnie przepleciono tu biedermeiery z minimalistycznym uposażeniem rodem ze Skandynawii. A więc można było i tak! – zachwycałam się. Przepierzono tu to, co antyczne z tym co nowoczesne- w taki sposób, że wydało się to pierwotnym, najlepszym z pomysłów. Przyszła mi na myśl, od lat nieżyjąca ciocia Olena i jej, tak silna nadal, wyczuwalna zewsząd- artystyczna ręka. Dzięki dobrym połączeniom i niekrzykliwym dodatkom- całość nie przytłaczała, jak większość mojego domu, tonącego w ciemnym drewnie. Tutaj czuć było oddech, świeży powiew chwili teraźniejszej, która tańczyła, niczym w baletkach, po kartach historii.
Mieszkało tu życie.
Mieszkało też słońce.
Pościel, w której leżałam pachniała lawendą. To już zapewne zasługa pani Jasi, o której wuj wspominał przy byle okazji, z wdzięcznością za pomoc w prowadzeniu domu. Zachary lubił ciemno barwione tkaniny. Poduszka, kołdra i prześcieradło- to tylko wariacja granatu w różnym nasileniu. Gdy o nim myślałam, uchylił lekko drzwi i włożył swoją ciemną głowę, nadsłuchując i rzucając okiem w moją stronę.
– Dobrze mi się zdawało, że już nie śpisz. Jak tam? – zapytał, siadając przy swoim biurku i ustawiając fotel w moją stronę. Przebrał się w miękkie, bawełniane spodnie i jasną koszulkę. Na plecy zarzucił beżowy sweter i jego rękawy, przewieszone przez ramiona- związał w węzełek leżący teraz na jego klatce piersiowej. Wyglądał jak z katalogu, w którym majętna, szczęśliwa rodzina udająca się na piknik, reklamuje wszystko, co da się przy tej okazji sprzedać. Ty bogaty gogusiu, pomyślałam z uśmiechem, który przebił się na zewnątrz, bo Zachary odwzajemnił go błyskawicznie. Śmiały mu się oczy. Był swobodny, jakby wszystko, co go czekało za chwilę miało być spokojne i dobre. Zupełnie jak w tym katalogu z udawaną wyprawą na polanę, gdzie mężczyźni i kobiety ubrani ze sportową elegancją, prowadzą szczęśliwe psy i dzieci.
– Nie chcę wiedzieć jak to się stało, że odleciałam- zaznaczyłam. Nie chciałam już wracać do tematów, które wybiły mnie z życia. – Powiedzmy, Zach, że musiałam się przespać, okey?
– No dobra- zgadzając się, Zachary lekko przygryzł dolną wargę. Blanka wsunęła się z gracją przez szczelinę otwartych drzwi, przedreptała przez pokój, po czym wskoczyła do mnie na łóżko.
Zach ruszył w jej stronę pytając mnie spojrzeniem, czy może usiąść na łóżku. Nie protestowałam. Pomruki kotki i jej nachalność w przytulaniu, cieszyły mnie. Zachary usiadł w blisko nas. Wypytał, czy jestem głodna, spragniona, czy może chcę się wykąpać, bo jest gotów już zerwać się i wszystko przygotować. Zgodziłam się na kąpiel.
Utonąć w dużej wannie to było to, czego było trzeba moim pozaciskanym mięśniom. Poprosiłam tylko o kawę, którą piłam zaraz po wysuszeniu się w koszulce Zacharego i jego spodenkach do gry w golfa. Miałam teraz na sobie zapachy nie swojego domu, ale jakże wygodnie mi było udawać, że nie pamiętam moich…
Wujek wcześnie zasnął w fotelu. Ja i Zachary ustaliwszy plan pobudki na 6 rano, weszliśmy razem w wieczór. Miałam zasnąć w sypialni na końcu korytarza, tuż przy salonie. Do tej pory planowaliśmy spędzać czas u Zacharego. Blanka odespawszy swoje kilkanaście godzin w dzień, wyczuwszy, że z nami nadal jest życie, nie opuszczała nas na krok.
Za oknami światło latarni kładło się po śniegu. Padało nadal, choć już drobniej, jakby sypano teraz nieco grubiej mielonym cukrem spomiędzy granatu nieba. Krzewy pochylone pod śniegiem do granic, rozczulały mnie.
Zachary zaparzył wielki dzbanek herbaty i postawił na swoim biurku. Grzebał w komputerze, następnego dnia miał jakieś zaliczenie. Od czasu do czasu rozmawialiśmy. Ja nie byłam nigdzie. Odpychałam myśli o szkole, o mamie, o tym, że jestem tu, w domu, który nigdy nie mógłby być mój… Złapałam za baśnie, które przyniosłam sobie z salonu. Nie rozumiałam zdań, a pojedyncze słowa, z trudem starałam się pokleić w jakąś opowieść. Trwało to ze dwie godziny. Zachary zdążył już rzucić okiem na swoje zapiski na egzamin. Wyłączył komputer, dopił zawartość kubka i zapytał:
– I co tam u ciebie, mała? O czym mogę mówić? – zapytał trochę z przekąsem, ale wiedziałam, że wie… Znał moje odloty, dobrze już je wyczuwał. Może nawet rozumiał.
Odłożyłam baśnie. Wygrzebałam z siebie słowa, nieporadne, jakby spętało mi język.
– Nie wiem, co miałeś na myśli w kawiarni. O czym miałam się dowiedzieć twoim zdaniem od pielęgniarki?
– Noe, stawiasz mnie w trudnej sytuacji… – odrzekł zbolały, zmieszany. – Wszystko to już raz powiedziałem, sądząc, że słyszysz co mówię, tam, w kawiarence… – tłumaczył. -Po twojej reakcji zorientowałem się, że nie wiesz nic, że przeżywasz stan mamy i zupełnie nie rozumiesz co Golbergowie robili na OIOMIE…
Zwiesił głowę. Łokcie wsparł o kolana. Zamknął ciemne włosy w dłoniach. To wystarczyło mi, by podejść do niego. Przykucnęłam i pogładziłam jego dłonie i pojedyncze, wystające spomiędzy palców kosmyki czarnych włosów.
– Zach… – szeptałam miękko, chcąc dodać mu odwagi, otuchy- ty się tak o mnie nie bój, ja … dam radę. Mów śmiało- zachęciłam.
Oddychał coraz szybciej.
Na drewnianą podłogę poleciała łza. Zauważyłam ją, wbijając wzrok w podłogę.
– Zachary… no coś ty…- mówiłam i niewiele myśląc wepchałam się ramionami między jego łokcie i zmusiłam do przytulenia siebie.
Załkał. Wchłaniałam jego mocny zapach. Pachniał jak świerk na wietrze, jak wolny wiatr w iglastym lesie.
– Noe- mówił płacząc- tam leży X.! Twój X. na sali z Twoją mamą!
Poczułam bolesne przesuwanie się taśmy w głowie. Przejechałam oczami pamięci po sali, w której kilka godzin wcześniej byłam niczego nie podejrzewając. Zatrzęsły mi się nogi, ręce, rozgrzechotała krtań. Rodzice X. szli do niego… Oddziałowa mnie nie oszukała… Aaaaa tan młody, przytomny pacjent to on?! Mój X.?
Myśli wpadły na karuzelę. Dlaczego nie załapałam od razu, że ta złość matki X. nie miała związku z moją mamą? – wyrzucałam sobie. Ona była wściekła, bo myślała, że wiem o X., że byłam u niego!!! Jak mogli mi nic nie mówić?! Dlaczego on tam leży? Co mu się stało?!
Myśli nabierały tempa, głowa rozpalała się do czerwoności. Zacisnęłam pięści.
– Zachary!- obruszyłam się i wyrwałam z lejących się na mnie ramion- Skąd o tym wiesz?!
I dlaczego JA o tym do cholery nie wiem?!- denerwowałam się, ale kontrolowałam gniew. Nie chciałam płoszyć kotki i za nic obudzić wujka. – Gadaj!
Zach podniósł zmartwioną głowę i spojrzał na mnie błagalnie, po czym wypłakał świeże łzy i słowa: – Tata, wujek, twoja babcia… oni wszyscy wiedzą. Twój ojciec pewnie także, Noe. Poza twoim ojcem, każdy z nich z osobna prosił mnie o dyskrecję. Wszyscy siedzą na szpilkach wiedząc, że tam bywasz. Mieli nadzieję, że nie zostaniesz wpuszczona do matki i nie odkryjesz…
– Moja babcia?!- zasyczałam- Ona wie?! Gadałeś z nią rano o tym za moimi plecami?!- próbowałam z wściekłości zaszczuć Zacharego wbijając w niego swój wzrok.
– Nie tyle, że za plecami, zrozum… Ale tak- męczył się i dławił. – Tak, to było bez twojej wiedzy celowo. Ciocia Sophie chciała wiedzieć, czy mogłaś go tam zauważyć, bo jego rodzice dzwonili do niej z pretensjami, że zdradziła sekret.
– A więc to tak! – cisnęłam w Zacharego pięścią. – Wszystko jest dla wszystkich, z małym wyjątkiem! Ja nim jestem!!! Dla mnie nie ma nic!!! Mnie nie należy się prawda!!!- emocjonowałam się rzucając słowami w podłogę. Zach próbował coś tłumaczyć, że to układy z gminy, że oni mają takie od lat połączenia, że od tego właśnie ucieka, że nie chce takich kolaboracji towarzyskich i rodzinnych, że chce być wolny…
Patrzyłam uparcie w podłogę. Miałam dość jego czarnych oczu, które zaciemniły przede mną prawdę.
Nagle tuż przy stopie Zacharego rozprysła się karminowa kropla. Podniosłam wzrok.
– Co jest? – zapytałam zdziwiona.
– Uderzyłaś mnie pięścią w nos, Noe… – Zachary odpowiedział niemrawo, zmagając się z krwią kropelkującą cierpliwie w sakiewkę ułożoną z prawej dłoni. – Tylko nie bój się, nic takiego się nie stało. Nie obwiniaj się i… poproszę ręce na widoku… – ostrzegał wychodząc do łazienki.
Gdy krew odpuściła i oboje zalegliśmy w łóżku zziajani emocjami, zapytałam:
– Wrócisz ze mną jeszcze na stancję?
– Tak, na kilka miesięcy jeszcze spokojnie. Do lata na pewno- uspokajał skutecznie.
Było mi tak przykro i tak wstyd za każdym razem, gdy pomyślałam o moich wściekłych pięściach… postanowiłam odsunąć palący mnie temat X. i zająć się tym osobiście następnego dnia. A teraz być tu i teraz z, jakby nie było, znoszącym mnie tak życzliwie Zacharym. Starałam się zrozumieć, że działał według reguł rodziny…
Siłą zatłukłam myśli o OIOMIE.
Leżeliśmy na plecach, patrząc biały sufit i gipsowe sztukaterie przy żyrandolu. Łóżko było małżeńskie, przestronne. Blanka podeszła leniwie i zagnieździła się na piersi Zacharego.
– Już rozumiem do czego tęsknisz. Masz tu wszystko, ale nie masz przeszkód, nie masz o co walczyć.
– I tak i nie. Mam tu co robić, ale to nie moja droga. Tak jak mówiłem, nie chcę tkwić w nie swoich układach. Mój tata odnajduje się w nich. Przełknął nawet urwane relacje z Twoimi dziadkami… i cały ten gorzki smak rodzinny- mówił- Ale mnie, Noe, brakuje ducha. Chcę być żywy duchowo. Poczuć niedosyt, który mnie rozwinie.
– To mądry człowiek, ten twój tata…
Dłoń Zacharego odnalazła moją dłoń.
– Zawsze mówił mi, że bogaty to nie jest ten, który może sobie na wszystko pozwolić materialnie, ale ten, którego stać na marzenia o wszystkim. Bogaczem jest ten, który nie boi się rozważyć dla siebie każdej z możliwych dróg i wybrać odważnie, bez strachu przed osądem – mówił ciepło, trzymając mnie nadal za rękę. – Jestem bogaty, Noemi. Na stancji to zrozumiałem, że mam w sobie bogactwo, którego wystarczy z nadwyżką na podróż w głąb siebie…
– Wiesz, bałam się, że dla ciebie to tylko zabawa, a dla mnie… twój wyjazd to…
– Wiem, czuję- wyszeptał i przyciągnął mnie do siebie, zrzucając niezadowoloną Blankę, która furcząc zeskoczyła na podłogę. – Zauważyłem dziś, że bardzo martwi cię to, że nie pamiętałaś nas… wiesz, ja też nie byłem już chwilami pewien, czy to na pewno ty. Czasem się tak obco zachowywałaś, że dopuszczałem myśl, że może jesteś jakimś przysposobionym dzieckiem, a tamta dziewczynka… – nie dokończył, by zacząć nowe stwierdzenie: – W każdym razie, ja nie bywałem u was także przez wiele lat, aż do pogrzebu twojego dziadka. Miałem tu, w mieście kontakt z twoimi dziadkami i ojcem, ale ciebie już sam nie byłem pewien. Tamta dziewczynka równie dobrze mogłaby nie żyć. Przyznam ci, że miałem takie obawy…no, że już cię nie ma- mówiąc to przycisnął mnie tak mocno, że z trudem oddychałam.
Zasnęliśmy.
Poranek był szybki. Wyplątaliśmy się z siebie i w godzinę po kromce chleba i szybkiej kawie z wujkiem- ruszyliśmy na Klonową po moje rzeczy i książki. Potem pędem przez miasto, Zachary w ciszy podwiózł mnie pod szkołę i ruszył przed siebie, zajęty obmyślaniem czekającego go egzaminu. Mieliśmy spotkać się po południu na stancji i jechać do szpitala, do mamy i X.
Usiadłam w ławce i poddałam się językowi francuskiemu.
A potem poczułam ból w plecach, w szyi, zamazało mi się wszystko, co chwilę wcześniej widziałam wyraźnie. Pociemniało, wygłuszało.
Usłyszałam krzyk szkolnej pielęgniarki i poderwanie mojego ciała przez zdecydowanych pracowników pogotowia.
Gdy wokół mnie narosło szpitalnych jarzeniówek, myślałam tylko o jednym:
Czy X. widział mnie, gdy byłam u mamy i czy próbował się skontaktować? A może myślał, że jest mi już obojętny?
Potem ukłucie w łokieć.
Ból w ręce.
Cicha pustka.
Ktoś usilnie szukał ze mną kontaktu, ale ja szłam w stronę najgłębiej ukrytego w sobie pokoju.
Odpornego na dźwięk i światło.