„Gaja wyłania się z chaosu”
Gaja.
Ubrana nieodpowiednio do pory roku, zziębnięta, w skradzionym, szpitalnym kocu na ramionach, zziajana i z pianą na ustach- wyszarpała z głębi gardła mocne pytanie – czym ściągnęła na siebie, a raczej schwytała wzrok Sophie.
– Gdzie jest moje dziecko, co?! Gadaj wiedźmo, przecież czuję, że coś się jej stało!!!
Nie zdążyła zrobić kolejnego kroku, by dopaść teściową wyciągniętymi w gniewie rękami. Ktoś czuwał, by nie mogła posunąć się za daleko. Oto Lula trzymała wyszczerzone zęby przy jej kolanach! Gdyby zrobiła krok, obie jej rzepki pokąsałby ten przepiękny, ale jakże zdradziecki pies! – Gaja szybko oszacowała swoje szanse w myślach, nie oszczędzając psa, który, gdyby należał do niej, broniłby jej tak samo sprawiedliwie. Ustalmy.
Rozejrzała się. Spojrzała za siebie. Wkraczając tu szturmem nie była pewna, czy faktycznie zostawia kogoś za plecami. Zostawiła. Niezauważona, zwyczajowo „stołeczkująca” w progu Helena-patrzyła na nią przerażona, a Emka, niedaleko matki- chciała zniknąć, jak zwykle. Obawiała się pokazać jakąkolwiek akceptację komuś nieakceptowanemu przez te wiedźmę, bo nie dostałaby już od matki nawet szklanki herbaty. Gajka zaśmiała się do niej drwiąco. Znów odwiedziła te niewdzięczną matkę wiedźmę- myślała złorzecząc teściowej i patrząc na trzęsące się, splecione na kolanach dłonie M. Co za tchórz z tej kobiety, co za marny sługus!
Nie miała świadomości, że te ostatnie słowa wypowiedziała głośno, dokładnie kierując wzrok ku Emce.
– Dlaczego ją obrażasz? – Helena zapytała niepewnym tonem, ani drgnąwszy na swoim stołeczku- Ona ma za sobą ciężką, pieszą drogę, dajże spokój, Gaja… – próbowała przebłagać szwagierkę, mając nadzieję, że mimo ataku wściekłości, furiatka poczuje jej dobre intencje i uspokoi się.
Nic z tego. Gajka zwąchała, że Lula skupiła się chwilowo na Helenie, więc dopadła Sophie, równie zaskoczoną tym manewrem, jak jej pies.
– Jest w sypialni, słyszę ją! – syczała, trzymając staruszkę za ramiona i przyciągając do swoich wielkich oczu- jej czarne węgle tęczówek. – Wpuść mnie do niej, wiedźmo albo podpalę te przeklętą chatę razem z tobą! – groziła. – Zabieraj tego psa ode mnie, ale już!!! -krzyczała potrząsając Sophie i ignorując zęby Luli wrzynające się w jej łydkę.
Gaja warczała groźniej niż suka. I wszystkie wiedziały, że zęby Gajki dotrą głębiej, niż tylko do kości. Miała ochotę podpalić świat, nie tylko ten dom.
To nie były żarty i słusznie wszystkie pięć serc zamarło. Tym razem dołączyło serce Luli, która, trzymając jeszcze zęby w nodze Gajki, zaczynała wątpić, że wygra grę na zastraszenie z żywiołem uwięzionym w ciele Gajki.
Noe podniecona atakiem szału matki, przykleiła się do sypialnianej strony drzwi, gotowa wyjść, ale niepewna co przyniesie wylew matczynych uczuć. Ten szał był na jej temat i pomimo całej grozy, wydawał jej się czymś tak miłosnym, tak dobrym, że umiała wmówić sobie też trochę spokoju.
Szaleństwo matki było na jej temat- Noe właśnie objaśniła to sobie wiele razy. Nie musiała się tego domyślać, bo mama wyraziła wprost po kogo tu przyszła.
Tylko o niej, dla niej, przez nią.
Mama martwiła się o nią… A może była też zła na to, że zasłabła w szkole, że narobiła tyle kłopotu? Powinna czuwać przy niej w szpitalu, a nie sama wymagać teraz opieki być podległa babce…
Nie dokończyła myśli, bo w tejże chwili poczuła niezrozumiały odór szczypiący jej nozdrza. Zanim jej wzrok nabrał ostrości w rozświetlonym nagle półmroku, wychwyciła też blisko siebie smużkę przyjemnego zapachu matczynej skóry. Tego niezwiązanego z perfum, balsamem czy mydłem. Poczuła zapach matki. Jedyny taki, który ma każdy, sam o sobie i dla siebie. Na szczęście umiała też poczuć coś więcej poza jej oddechem, który równał się wspomnieniom wymiocin i szpitalnej jałowizny.
Gaja uderzała pięścią we włączniki światła. Sypialnię teściów zalało mleczne światło. Noe patrzyła w unieruchomieniu, w oczach miała białą, ślepą poświatę.
– Idziemy! – usłyszała i niewiele widząc i myśląc, pobiegła przy nodze mamy, niczym Lula na komendę Sophie.
Suka wyczuła, że nie ma żartów, podobnie jak pozostali domownicy. Nie przestając warczeć, wycofała się i wcisnęła pod krzesło Sophie. Nikt nie stanął na drodze kobiecie o płowej, schorowanej skórze, na domiar żałości- rozczochranej, cuchnącej, cudacznie przybranej w skradzione ubrania szpitalne.
Gajka chodziła nieobuta, w środku zawieruchy śnieżnej, mroźnej zimy.
Ta głupia dziewczyna poszła pobożnie za matką! – pomyślała z odrazą M.
W tym samym czasie, gdy Emka gromadziła niepochlebne reminiscencje na temat Noemi, jej starsza siostra, Helena skupiła uwagę na minionym zajściu, które tym razem bardzo upokorzyło jej bratową. Zastygła zmartwiona, mając przed oczami nadal brak koloru na twarzy Gajki, ten obrzydły koc na jej plecach i bose stopy…
Sophie, widząc medytujące córki, dopełniła swój kieliszek, jak gdyby nigdy nic i wypiła całą zawartość duszkiem. Sapnęła, odchrząknęła i usiadła dumnie, poszukując uwagi. Poprawiła chustę, od podstaw wiążąc ją wokół głowy.
Drzwi z kuchni na korytarz były ledwie uchylone przez furię jaka ciągnęła się za Gają i uprowadzaną przez nią córkę. Nikt nie kwapił się, by je domknąć.
– No to problem mamy z głowy- zadrwiła głośno staruszka, tak, by wspinająca się już po schodach Gaja usłyszała. – Mam dość tej baby, narkomanki przeklętej i tego jej dzieciaka, tumana! Siebie są warte i toczka! – klepała bezczelnie, na co M. posłusznie jej przytakiwała, bez patrzenia na matkę. Studiowała swoje splecione na kolanach dłonie w duchu poniżając Gaję i Noe.
Helena nie ruszała palca, ale korciło ją chociaż pomęczyć okórowane mięso na nim, przywołać ból, rozproszyć uwagę i wezwać trzeźwiący reżim myśli.
Wstała i wyszła bez słowa.
Słyszała nieczytelne echo słów matki, wściekłej zapewne na jej niesubordynację, ale zupełnie o tym zapomniała, gdy utonęła w swoim fotelu.
Zapaliła lamkę przy stoliku z książkami, wsuwając na nos okulary wzięła głęboki oddech i zaczęła czytać. Pochłonęła ją bitwa pod Dobromierzem. Spojrzała za okno, w stronę pól i najbliższych tej wsi. Wyobraziła sobie około dwudziestu tysięcy poległych na tych połaciach, z których dziś wyciska się chleb, siejąc i rżąc najpierw żyto, pszenicę etc.
Usłyszała chrzęst artylerii i dyscyplinujący marsz wtłukiwany w ziemię buciorami piechoty. Najpierw otoczyli dom w polach, ale gdy przebiegała stronicami książki angażując się bez reszty- żołnierze zagęszczali się stopniowo wokół jej saloniku, fotela aż wreszcie otoczyli każdą myśl, zmieniając jej ubiór i przydając wojowniczego nastawienia. Wbiegła dysząc między ostrza mieczy! Sama w końcu także chwyciła za swój. Oczywiście, że była uzbrojona i potrafiła walczyć! W tym momencie aż podkurczyła stopy i zasyczała pod nosem- siedząc z książką w swoim ukochanym fotelu.
Tylko w taki sposób warto było czytać! Porzucić teraźniejszość, zostać chwilowym jej zdrajcą na korzyść namiętnego romansu ze światem, który książka przynosi czytelnikowi pod sam nos!
Bez trudu odnalazła się pośrodku bitwy. Kurz drapał ją pod powiekami, wepchał się pod paznokcie, a krzyki i jęki kaleczonych śmiertelnie ludzi stawały się coraz głośniejsze i poruszające. Ona także zadawała ból innym walczącym. Jej jednak, szczęśliwie, nie dosięgło żadne zbrojne ramię. Walczyła jak zawodowiec, zawsze zwycięska w starciach! Szarpało nią podniecenie. Był to niepokój literacki, historyczny. Od takiego niepokoju nie miewała bezsenności. Wyjątkowo dobrze zaprzęgała swoje ciało do udziału w wartkiej narracji. Serce przyspieszało, a za nim krew gnała jak rzeczna woda podczas spływu kajakowego. Pieniła się, rozbijała o kamienie i brzegi jej kruchej postaci.
Nie pamiętała, kiedy naszedł na nią sen.
Obudziła się, gdy zegar wskazał piątą rano. W fotelu, z książką na kolanach. Chłód wlazł jej w stopy pewnie już w połowie nocy, bo poczuła ich ociężałość dopiero gdy poruszyła nogą, by wsunąć pantofel. W kuchni dorzuciła papieru i drewna, ogień szybko wrócił. Jej mąż, W. musiał podłożyć do paleniska nie tak dawno. Pewnie szwendał się jeszcze koło trzeciej, czwartej i podjadał- uśmiechnęła się na tę myśl, choć nie kochała W.
Nie lubiła go też.
Postawiła czajnik na gazie. Nie czas dziś, by czekać na kawę z wrzątku kuchennego- pomyślała. Zanim palenisko złapie wysoki ogień, zanim ogień nabierze mocy i gorącem przebije blat pieca…
Westchnęła z samych głębin siebie.
Nie chciała czekać. Gdy gaz rozkręcony na full objął pękaty czajnik swoimi gorejącymi ramionami, ona zniknęła pod błyskawicznym prysznicem. Gdy zasypywała kawę z ręcznikiem wokół głowy i świeżym ubraniem- czajnik świszczał o pomstę do nieba, by go zdjąć z piekieł.
– Czemu tak hałasujesz z rana, hmm?
Helena nie oderwawszy wzroku znad zalewanej filiżanki, odśpiewała gościowi lekko:
– A wchodźżeeeee! Kimkolwiek jesteś zbudzony duchu-uhu-uhu!
M. zachęcona humorem siostry weszła do jej kuchni cicho, bo i boso. W mieszkaniu siostry poruszała się śmielej aniżeli u matki. Usiadła przy stole, twarzą do okna. W długiej koszuli nocnej, z rozpuszczonymi gęsto ciemno-srebrnymi włosami, wyglądała niemal beztrosko. Twarz miała wypoczętą, oczy nieustannie czujne, ale radosne.
– Ja także poproszę kawy- zaznaczyła łagodnie i utonęła w tym, co świt odgrywał za dwuskrzydłowym, dużym oknem. Zjawiska pogodowe okazały się idealną kanwą pod sortowanie dawnych zapisków pamięci Emki. Sięgnęła więc po zbiór myśli z lat wczesnej, dwudziestoletniej młodości i pierwszych kroków zawodowych. Poczuła zapach medykamentów, smród ludzkiej kupy i nieznośny zaduch nieświeżych oddechów znad zepsutych i niemytych zębów. O ile w ogóle były…
Podróż powrotna; gdzieś ze środka głowy Emki, do teraźniejszości i kuchni Heleny- trwała kilkanaście minut.
Przybywszy na miejsce, ocknęła się, przeczesała dłonią włosy raz jeszcze kładąc je na ramieniu. Było nieźle, bez kłopotu orientowała się, gdzie jest i na czym stanęła wizyta. Starsza siostra siedziała obok. Była już w połowie kubka kawy, a napoczęta kromka chleba sygnalizowała, że śniadanie trwało. Korzystając z nieobecnej obecności M., zapisywała coś pospiesznie w starym zeszycie rozskrzydlonym pomiędzy kawą, a deską do krojenia pokrytą kilkoma kromkami żytniego chleba z masłem, pieprzem i suszonym koperkiem.
Trzeba to jasno powiedzieć przy tej okazji: Helena nie kupowała rzeczy, które mogła sama stworzyć, odziedziczyć lub znaleźć. Jeśli mowa więc o przestrzeni do notowania- korzystała z końcowych, pustych stron- zeszytów niezapisanych w roku szkolnym przez dzieci, potem także przez wnuki. Tym razem dopełniała zeszłorocznego zeszytu z historii, po pełnoletniej już Magi, swojej najmłodszej córce.
Podniosła wzrok znad kartki nagryzmolonych notatek. Odłożyła na bok pióro znalezione wiosną przy drodze, niedaleko szkoły podstawowej. Położyła wzrok po siostrze. Twarz Emki wydawała się czytelna. Znaczy wróciła do żywych.
– Wiesz o czym dziś rozmyślam? – zapytała ponosząc nieco głos i deklamując każdy wyraz. Miała nadzieję, że pomoże tym Emce zamknąć już za sobą ostatnie drzwiczki odległych światów i skupić się na rozmowie.
Tak się stało. M. raz jeszcze zebrała włosy w dłonie i kładąc je na ramieniu, odpowiedziała:
– Nieee, a o czym to?
Wydychając bolesne powietrze poprzedzające myśl, Helena powiedziała gorzko:
– O tym, że jesteś bezimienna, Emko…
– Tak? A co masz na myśli mówiąc to?
Helena nie będąc pewna, czy to dobry moment, ale wskazała na kawę stojącą przed siostrą i kanapki na dece. Skutecznie zachęciła ją do śniadaniowania, po czym oświadczyła:
– Nie pamiętam już, kiedy w gronie najbliższych mówiliśmy do Ciebie po imieniu- mówiła zmartwiona, tym razem obniżając ton głosu i przydając mu ciepła. Nazywała to meszeniem, bo czuła jakby zamiast ze słów, układała zdania z wyciszającego mchu. Ale powyższe zabiegi wydawały się zbędne. Emka wyglądała na kogoś, kto nie widzi ani krzty powodu do niepokoju. Z kanapki z koperkiem i masłem- czerpała właśnie małymi kęsami, popijając każdy z nich słodką kawą.
Obecność cukru w kawie, aż dwóch jego łyżeczek, na które połakomiła się po wyczerpującej analizie wspomnień, martwiła ją teraz najbardziej. Ubolewała, że będzie zaraz widać po brzuchu, po biuście, który wymykał jej się często spod kontroli kilogramów. Nie rezygnowała jednak z posiłku.
– Jak to możliwe, że nie przeszkadza ci to?!- dziwiła się Helenka, nie przestając wpatrywać się w twarz konsumującej w spokoju Emki.
– A Tobie znowu co?! Co jej ma przeszkadzać?! Co ty wymyślasz znowu?!
!!!
Sophie stanęła w progu niezauważenie, z Lulą przyklejoną grzbietem do uda. Musiała otwierać drzwi bardzo ostrożnie, bo kuchnia Heleny, tak jak i jej kuchnia, była pomieszczeniem otwierającym mieszkanie.
– Ciebie nikt nie pyta, mamo, z całym szacunkiem. Usiądź proszę- Helena mówiąc to wstała i wskazała mamie puste krzesło obok siebie.
– Nie, dziękuję. Nie jestem tu mile widziana- żachnęła się staruszka i sięgnęła po stołeczek przy wejściu. – Żałobny- westchnęła gorzko – w sam raz dla mnie, bo nie mam ja już nikogo godnego wokół. Jakby szpony śmierci zabrały mi potomstwo! – lamentowała unosząc dłonie do sufitu, z nadzieją, że odgrywa tę dramatyczną scenę pod samym niebem.
– A tak, tak- zamamrotała sucho najstarsza córka i wróciła do śniadania. Nie zamierzała nieść z matką podsuwanego jej siłą, od lat- lamentu. Usiadła jak wcześniej, tyłem do drzwi, przy których zasiadła mama ze swoim obrońcą. Emka za to zaangażowała się niezdrowo. Wstała nerwowo, sięgnęła po czajnik, by przygotować matce kawę. Podsunęła jej pod nos deskę z pozostałymi kromkami przygotowanymi przez Helenę, ku zrezygnowaniu siostry widzącej to. Matka nie mrugnęła nawet okiem. Nie przyszła tu swawolnie ucztować, ale ostudzić Helenę. Zignorowała starania Emki. Siedziała jak nieruchomy ładunek wybuchowy o utajnionym działaniu.
– Masz na imię Mara i chcę ci je dziś zwrócić- wydeklamowała ostentacyjnie, by matka nie miała wątpliwości jakie słowa padły.
Emka przysiadła z powrotem na krześle obok, z wrażenia. Posmutniała na pozór, poszarzała. Była jednak także ewidentnie zła, Helena widziała to. Była pewna, że strach przed matką kotłuje się w siostrze i zabija w niej gniew na tę podłą staruszkę.
– A Tobie co?! – wrzasnęła seniorka rodu, aż nią natrzęsło- A jej niby po co to imię?! Ona i tak niczego nie rozumie z twojej wojny!!! – atakowała.
Lula leżała czujnie, gotowa do obrony, ale główny przeciwnik jej pani nawet nie odwracał się do niej twarzą. Helena ani drgnęła.
– No gadaj M.! – krzyczała na młodsze dziecko- Tak ci się tęskni za tym, żeby nazywać cię Mara?! A może jeszcze lepiej zjawa?! Duch może, co?!- kpiła z przerażonej, niemej już całkiem Emki. – Dla mnie jesteś Emką, mazepą, mazgajem!!! Ot co!
– Ja tu rządzę i się nie przesunę!!!- wrzasnęła ostro.
– Ta kobieta Boga się nie boi, nie widzisz Maro? To nie jest nasza matka- Helena mówiła transowym tonem, dopadłszy swój obolały, oskalpowany palec i próbując jeszcze dodać mu cierpień. Czy reagowała tak na przemoc matki wobec niej? Na matczyny chłód? A może na odrzucenie Mary? Nieważne. Nie bała się.
Nie da się obedrzeć kogoś z imienia bezkarnie. Nazywanie kogoś literą M. wymawianą jako Em, Emka- mogłoby być czułym skrótem, ksywką, ale w przypadku kogoś, komu nie wolno być- taki skrót staje się tamą blokującą szacunek i tożsamość… Skrótem od godności.
Po kropce stawianej za literką „em”- w ustach matki, nie było miejsca na ciepłe uczucia. Mało tego! Nie było nawet przyzwolenia na życie Mary.
Uznała ją za zaczątek, stworzonko, ersatz- kogoś, kim Mara mogłaby być, gdyby nie choroba.
Dowody na szyderstwo i odczłowieczanie młodszej siostry przez matkę, przypływały same- nie sprawiając oporu rzece gorzkich wspomnień. Całe sceny z fonią i kontekstem- stawały jej przed oczami, niczym przed ławą sędziego. Helena początkowo poddała się im śledząc zapamiętane, wrogie miny Sophie, chamskie słowa i bierne przyzwolenie reszty rodziny na powyższe…
Helena załkała pod ich naporem.
A potem wieś nadstawiła uszu. Niektórzy mieszkańcy z zaciekawieniem spojrzeli na swoje podwórka- co to za dźwięk wyszedł z gardła ich zwierzyny, albo co to za dziki zwierz może podszedł pod ich domy o świcie…
To Helena, córka krawca E., którego pracę i osobowość tak dobrze tu wszyscy znali za jego pracowitego życia- przetarłszy łzy, zerwała się z krzesła i wybiegła w otwarte pole okalające ich dom. Nie zamknęła za sobą drzwi do kuchni, drzwi zamykających dom ani też furtki przed nim.
Zawyła cicho i zamilkła kuląc się.
Potem jednak wzięła głęboki wdech, uniosła głowę i wyprężając ciało, odgięła ją tak, by skonfrontować usta z niebem.
Tym razem jakiś pierwotny śpiew wyrwał się z niej bez wysiłku.
Był mocny i choć jasny w barwie- nie można nazwać go niegroźnym.
Helena odzywała się głośno, coraz głośniej i zdecydowanie.
W tym czasie Sophie z Lulą i Mara w zupełnej ciszy opuściły jej kuchnię. Zamknęły za sobą drzwi do mieszkania Heleny. Mara zaniepokoiła się, że bramka na posesję stoi otworem. Wracając z dworu, dokładnie zamknęła też drzwi wejściowe do domu.
To miał być teraz największy kłopot; otwarte na oścież drzwi i bramka, no bo przecież nie Helena…
Czy miała nadzieję, że powstrzyma tym odgłos nut z trzewi siostry?
W czasie, gdy groźny dźwięk wypłynął z gardła Heleny we wszystkie strony świata, intrygując ludzkich i zwierzęcych mieszkańców wsi, Sophie zabrała się do porządkowania warsztatu.
Mogłoby się zdawać, że ma plan. Przenosiła sterty wyprasowanego wcześniej materiału na półki, przecierała nożyce, kredę zamknęła w małym pudełeczku i wyznaczyła jej nowe miejsce, w szufladce jednej z komód z nićmi.
Ale to tylko pozory.
Sophie chodziła otumaniona strachem, nasłuchując tego, co komunikuje jej najstarsza córka.
Wiedziała, że to nie było pokorne skomlenie.
Helena zachrypła szarpiąc strunami uparcie.
Nie przestawała warczeć i wyć.
Dopiero się rozgrzewała.
Wiedziała, że matka dobrze to odczytuje.
I drży.
Bo w istocie, było to ostrzeżenie. Lula czuła to od pierwszych chwil i uporczywie kładła uszy po sobie skomląc cicho w kącie warsztatu.