„jeszcze w zielone gramy, póki się nie naćpamy”
– Te małe, te zielonkawe jakby- są nieopisanie delikatne! No, czy ja wiem? Może coś w stylu jakbyś jadła… hmmm, no popatrz! Sama nie wiem co! – Gaja zamyśliła się w rozmarzeniu głaszcząc czubkami palców leżące przed nią pastylki. Odruchowo zaczęła mieszać je z innymi tabletkami, wyłuskanymi z listków wprost na stół i układać z nich rozmaite kształty – jak w kalejdoskopie. Po chwili zabawy, aż pisnęła z radości znajdując odpowiednie porównanie.
– No! Helenko?! Jadłaś kiedyś mlecz?! – tryskała dociekliwością niczym energia wszechświata- żułaś kiedyś kwiatki mniszka?! No pomyśl!!! No?! -dopytywała rozwierając coraz gościnniej swoje dziecięce źrenice…
Helena uśmiechnęła się niejednoznacznie, jakby w imieniu Mony Lisy. Robiła tak zwykle, gdy nie wiedziała co począć z odczuciami. Była Mona Lisą teraz po trosze dlatego, że miała, jak mawiała: cycki w luźnym zwisie, bez stanika i krępowała się tym nieco. Drugim powodem skonfundowania był „wybujały” nastrój bratowej. Gdyby oczy miały ramiona, pomyślała, to oczy Gai stałyby teraz naprzeciw niej z rozwartymi w rozmarzeniu rękoma…
Bardzo wolno sięgnęła ustami po łyk kawy. Piła ją w leniwym stylu od kilkunastu minut, na piętrze domu zajmowanym przez Gaję i jej wiernie nieobecnego męża. Co z tym moim bratem, do cholery? Gdzie ty się włóczysz Ilia? Czego ty szukasz dla siebie po świecie? – pytała jego oprawione w złote ramki -fotografie z dzieciństwa.
Przez chwilę zastanowiła się, czy w tym domu- był lub jest ktoś- z podobną chlubą uwieczniany i rozstawiany po komodach.
W ramkach złotych, złoto imitujących lub pozłacanych.
Był ktoś taki? Jest? – zapytała siebie.
Ano, jasne, że nie ma. Nie ma i nie było- odpowiedziała z kłującą zazdrością i żalem.
Aż cisnęły się na usta pytania do tego chłopca: Co ty wyprawiasz gówniarzu?! Czemu porzucasz rodzinę w tak opłakanym od lat stanie?! Dlaczego tylko ty nad nią nie płaczesz?!
Do cholery, ile lat będziesz jeszcze chłopcem?!
Kilkuletni Ilia, zamknięty w połyskujących, rzeźbionych w złote wieńce ramkach- uśmiechał się. Ładnie przystrzyżony, obszyty starannie. A to zimą, z tatą na nartach biegowych, a to latem, z piłką pod stopą i ugryzionym jabłkiem w dłoni…
A niech cię, Ilia! A niech cię! – pomyślała z wyrzutem Helena, jego najstarsza siostra.
A niech cię dopadną wszyscy święci, skoro z diabłami jesteś w przyjaźni- popsioczyła pod nosem.
Ulżyło jej.
Wróciła wzrokiem do Gajki.
Bratowa pięknie się weseliła, podniecała beztrosko. Tyle, że…
Ale mniejsza o…
Niech będzie, wejdzie w to- Helena postanawiała sobie w myślach. Lubiła korzystać z dobrych chwil z Gają, a że okoliczności…i temat rozmowy… dwuznacznie poruszały jej serce…
Trudno, skoro trzeba dobro wybierać spomiędzy tak dramatycznych szponów, jak te, które trzymały emocje Gai… Była na to gotowa.
Cokolwiek- lepsze niż nic.
Okruchy relacji podtrzymują na nią apetyt. I choć bywa on bolesny, gdy obnaża głód niedożywienia kontaktem- to jednak nie pozwala umrzeć- temu czemuś między ludźmi.
Cokolwiek to było, działo się między nimi dwiema. Między nią a Gają.
Nigdzie indziej na świecie nie było drugiego „takiego czegoś”. Ceniła to.
Cieszyła się na chwilę dobrego pobudzenia bratowej. Nie było to zdrowe, ale przynajmniej przystrojone w dobre intencje. Nie wracały do wczorajszego, feralnego wieczora. Do żadnego zresztą- niewygodnego wieczora, popołudnia i świtu z przeszłości- także nie. Było, minęło. Zresztą, Gaja znajdowała się już na innej planecie.
Nieważne błoto z wczoraj, gdy dzisiejszy wiatr zamienił je w latający po okolicy pył- Hlena powiedziała sobie, cytując ojca i przez chwilę widząc jego dobrą twarz. Zatęskniła.
Gajka nałożyła makijaż i ciepłą, wełnianą sukienkę do kolan. Umiała zrobić „koło siebie” tak, by ukryć ostatnie, nienajlepsze dla niej lata. Lata zabójcze nie tylko dla jej urody, ale i zdrowia.
Teraz jednak czerwieniła się od świeżo malowanych paznokci i ust.
Prawie zdrowo, prawie ładnie- oceniła Helena.
– No jasne- odpowiedziała Gajce z uśmiechem- jasne, że jadłam mniszek, głównie na trawienie. Jest żółciopędny. My tu wszyscy go znamy- nie wiedzieć czemu wplątała w to całą rodzinę.
– No to jak będzie?!- młodsza kobieta odparła na to z prze-zadowoleniem- Nie chciałabyś takich tabletek?! Smakują jak mlecz, jak mniszek! Uspokajają od ręki! To tylko zioła, można jeść do woli! – Gaja ekscytowała się.
– No wiesz…- Helena szukała jak najbardziej wyrozumiałego tonu- tak po prawdzie, Gajoczko, to niczego nie można do woli. Wiesz, czytałam, że wiele ziół niemądrze spożywanych może otruć na amen! – uśmiechała się, mówiąc samą prawdę, starając się nie pouczać, nie nawiązywać do tego, że Gaja…ma problem.
– Straty taty!!! Znam LLLLLEEKKKA-RZY, powtarzam: LLLLLLEKKKA-RZY, co biorą garściami nie takie cudeńka, oj nie takie! – odkrzyczała łagodnie, z satysfakcją podkreślając autorytet, którym mogła się podeprzeć, ale i nieświadomie zdradzając swój niepokojąco pieszczotliwy stosunek do lekarstw – A to tylko zioła, Helenko, łąkę jesz, jak krowa! ŁĄKĘ! Paniemajesz?!– pokrzykując radośnie, nieco pajacując, wylała na siebie kawę i przewróciła cukiernicę.
Kryształki białego cukru zaczęły sypać się cieniutką stróżką ze stołu na podłogę. W końcu ustały, a resztka białej sacharozy, z kilkoma wyraźnymi grudkami, leżała na blacie, jak śpiąca na brzuchu owca.
– No dobrze- westchnęła Helena- niech ci jest tak, jak mówisz. A powiedz- włączając meszenie, zapytała- jak się dziś czujesz, Gaju?
– Jak zwykle- odpowiedziała z rozpędu pogodnie, po czym popatrzyła w jakąś prawdę na swój temat zawieszoną w próżni i zgasła. Wyglądała na starszą, szczuplejszą i brzydszą, niż kilka sekund temu.
Dokończyła ciemnymi i ciężkimi słowami.
– Helenko, ja codziennie idę do parku się powiesić.
– Jak to? Przecież tygodniami nie wychodzisz stąd, więc jak? – Helena pytała coraz ciszej, zaniepokojona. Mech, z przybranego przez nią tonu głosu, ciemniał i straszniał…
– No… no przecież chodzę tam w wyobraźni tylko- rozdrażniła się Gaja- ale wiesz… zawsze mi się to udaje- wybrzmiała głucho, szukając oczu szwagierki, tej jedynej, która stara się ją czasem usłyszeć i chyba zrozumieć. Gdy tylko złowiła jej ciemne, wystraszone oczy, dodała: – Udaje mi się powiesić, rozumiesz? Tylko dlatego jeszcze żyję! Dla tej- tak samo smutnej, jak wyzwalającej myśli- powiedziała ciężko i złapała w płuca zbłąkany oddech.
– Dożywam codziennie do tego momentu, w którym wyobrażam sobie swoją śmierć, zwieszoną z gałęzi drzewa- dodała.
Helena usłyszała, jak słowa Gajki upadają na podłogę. Chciała nawet od razu za nimi spojrzeć, ale czuła, że powinna coś powiedzieć. Nie dało się nie zauważyć nerwowego wyczekiwania. Helena przeczuwała, że chodzi o jakikolwiek dowód zrozumienia. Bratowa nie miała tu nikogo, kto stałby po jej stronie, poza tym biednym, otumanionym dzieckiem…
Noe.
Zebrała myśli, wzięła łyk kawy. Poszukała w spojrzeniu Gajki tego momentu, którego nauczyła się szukać wśród licznych odlotów tej nieszczęśliwej kobiety. Gaja, rzecz jasna- była już pod wpływem czegoś, ale to nie była spora ilość, przynajmniej jeszcze…Kontaktowała, reagowała… Tyle, że nadmierne pobudzenie już wytrącało jej z rąk przedmioty i chwilami przerysowywało jej mimikę wyolbrzymiając uśmiech, zdziwienie, poruszenie…
Ośmieszając tę piękną kobietę.
Ale teraz patrzyła niemal ze spokojem. Niemal, bo było w niej coś niespełnionego, co domagało się uwagi. Helena pomyślała, że to może być tęsknota za porozumieniem. Tego nie dało się zażyć z żadną tabletką, a tym bardziej nie dało się tego dopić wraz z kolejnym kieliszkiem…
A tam kieliszkiem… szklanką wódki.
Tylko przy świadkach Gaja piła jak z naparstka. Niemniej jednak, efekty jej popijania wyjawiały, jak duży w tym zakresie miała spust…
– Gaja, moja Gaja…- mesząc, chwyciła dłoń bratowej i próbując zacisnąć malutką dłoń na jej długich palcach zakończonych czerwonymi pazurami, dodała: – Dzisiaj każdy składa się z samych dziur emocjonalnych, to dla mnie jasne, że ty tym bardziej…
…i że świat cały to pustka przyłożona do pustki, brak do braku.
– Naprawdę każdy? – Gajka zaskomlała, smutniejąc coraz bardziej i z wdzięczności, ale i wzruszenia zamknęła w swoich dłoniach malutką dłoń Helenki.
Te paluszki, jak u dziecka, jak u mojej małej Noe- pomyślała z czułością rozpatrując jednocześnie podobieństwo Noemi do babki i sióstr ojca. Z niej samej, z rodzonej matki, dziewczyna nie wzięła prawie nic.
Wyrodna – burknęła pod nosem i z miejsca poczuła palącą złość na zdradziecką córkę. Ale Helena nie była tego świadoma, że Gaja rozmawia z kimś jeszcze poza nią. Miała pewną zasadę. Nie starała się analizować każdego niepasującego słowa, co to dość często wypadało Gajce z ust i kontekstu. Zrzucała takie „kwiatki” na odurzenie.
Nie miała pojęcia, że w tym momencie krążą wokół nich mordercze duchy, by dokończyć- nieświadomie z jej strony- przerwane im dzieło.
Zastanowił ją jednak zbyt mocny, bardzo bolesny uścisk dłoni. Aż dała temu odpór- utyskując, a że Gaja dość szybko poluzowała palce, to i ona puściła w niepamięć krótkotrwały dyskomfort. Znów ich dłonie miały ze sobą pokojową relację. Wspierały się.
– Tak, naprawdę- Helena popatrzyła na Gaję odważne i wróciła do jej niedowierzania:
-Przyznam się, że ja sama często umieram w taki sposób także… Często… no… w ogrodzie, gdy pracuję przy ziemi, kopię sobie grób, sadzę kwiaty w wyobraźni rzecz jasna…- kobieta wysmuciła z siebie ciemne wyznanie, które wyfrunęło z niej zaskakująco lekko, ale zdecydowanie- niczym ćma na mocnych skrzydłach.
Potem odpłynęła myślami i zupełnie jak wtedy, gdy pochłania ją lektura powieści, widziała już swój polny, osamotniony kurhan odwiedzany tylko przez mrówki, myszy i ptaki.
Czy Gaja to wyczuwa? Czy poczuła śmierć czającą się pod skórą Heleny? Czy dotknęła jej prawdziwości? Czy zrozumiała, że także w tej małej kobiecie mieszka zagłada, którą, gdyby tylko zdecydowała się wypuścić….
Nie wiedziała, co czuje Gaja.
Szwagierka słuchając, gładziła ją po tej dziecięcej rączce i czule zachęcała do swego:
– Powinnaś brać coś na uspokojenie, Heluś. To tylko łąka, polne zioła, żadne tam medykamenty- czarowała słowami. – Skoro zwierzętom nie szkodzą, to czemu by nam miały? To matka tak cię wykańcza, wczoraj słyszałam przecież… wyłaś jak rączy jeleń, za przeproszeniem…-rozczulała się nad tą drobną, starszą panią.
– Absolutnie nie chcę brać leków na matkę. Nie będę się z niej leczyć- Helena była zdecydowana, ale spokojna. Zaostrzyło jej się wewnętrzne oko, rozpulchnione dotąd czułością Gajki. Już nie pamiętała kto i kiedy, czy w ogóle był dla niej czuły. Bo na pewno nie jej mąż, W.
Ale nie chciała dać się uśpić dobroci, choć i tak już, nie mając o tym wiedzy- częściowo spała. Gaja cisnęła na swoją, maniakalną modłę…
– Zrozum mnie, ja chcę to czuć, ja chcę mieć oko na matkę- Helena odpierała czary zielarskie, konspiracyjnie ściszając głos i mrużąc oczy. Zwłaszcza prawe, silniejsze.
– Rozumiem- odszepnęła Gaja- muszę sikać- poinformowała i zniknęła.
Helena rozejrzała się po kuchni i pozbywając się meszenia z mowy i spojrzenia, rzuciła gołym okiem tu i ówdzie. Od razu dostrzegła kilka nadpoczętych butelek z alkoholem. Wódka czysta, nadpita. Kilka kolorowych likierów, dwa piwa, wino i obok niego do połowy wypełniony kieliszek.
Odcisk czerwonych ust na szkle, cała Gaja.
Wielobarwne trunki wkomponowały się w folkowe wnętrze i sprytnie stały się wystrojem. Z łatwością giną z oczu, pomyślała zasmucona Helena.
Gdzie ten mój cholerny brat…? Ilia, gdzie ty jesteś i za kim biegniesz?
– No jestem już. O czym my to…?
Gaja, siadając na powrót do stołu, bierze pierwotny, głęboki oddech. Taki, jakie nabierają dzikie zwierzęta po udanym polowaniu i posiłku.
Wydychane powietrze nie mogło jednak popłynąć z niej tak samo dziko, bezgranicze.
Wzięła je pod straż i próbowała mocno skontrolować jego podmuch odwracając głowę za siebie.
Wódka jest silniejsza niż ty, pomyślała do niej Helena. O wiele silniejsza.
Wiedziała, że bratowa pociągnęła spory łyk w łazience. Czuć było, zanim ta na dobre wyszła z jej progu, biedaczka.
Ile mogło być w tym domu ukrytych butelek, poza tymi, które wrosły już w krajobraz kuchni?
Rozejrzała się badawczo, próbując zdławić resztę emocji.
Kolorowe butelki kolorystycznie wkluczyły się w obrazki sielskiej wsi- malarzy naiwnych porozwieszanych bez pomysłu, gdziekolwiek.
Za to chyba potrzeba ich posiadania, brała się z prawdziwej czułości Gajki do sielskich kadrów. Sposób obejścia się z ukochanymi dziełkami sztuki- sporo mówił o sposobach obchodzenia się Gajki z tym, co zdawała się kochać.
Byle jak, byle były.
Ta kobieta umiera- Helena pierwszy raz pomyślała tymi słowami o bratowej. Sama nie wiedząc czemu, pomyślała tak- akurat wtedy, gdy wzrok się jej zatrzymał na kwiecistym polu pełnym maków i chabrów- zamkniętym w niewielkim obrazku nad wyjściem z kuchni do toalety.
– Słuchaj, a Ilia kiedy wraca? – zapytała, mając nadzieję, że zmieniając temat, roztrwoni w siebie zawód, złość i to wszystko, co nałóg Gajki niósł ze sobą i rzucał bezczelnie wprost w serca osób ją otaczających.
W serce Heleny także.
– A ja niby wiem?! Niby skąd wiem?! – wrzasnęła.
Wybałuszyła oczy, opluła się.
Nie czuła tego. Nie próbowała się wycierać.
Była już tylko wściekła. Zniknęło pobudzenie, na którego fali- objadanie się tabletkami ziołowymi- nazywała jedzeniem łąki, jak to przecież robią krowy. Bez konsekwencji.
Odeszła dziecinność Gajki. Nadeszła jej bezwzględność.
– Wybacz, może to zły moment…- Helena zameszyła, mając nadzieję, że to pomoże.
– W sumie sama mogłabym do niego zadzwo-nićććć…- przyznała z ubolewaniem.
Gaja podniosła mętniejący wzrok. Spojrzała w dal, już tylko dla siebie widoczną.
Zabełkotała. Słowa brzmiały jak uwięzione w ślinie, jak oszukiwane przez język.
– Mójjjj mąąąąąż przeeeeszedł samego siebie… i nie wrócił! – wybrzmiało poetycko, po skrupulatnym poskładaniu przez Helenę niechlujnie rzuconych głosek w całość.
Przeszedł samego siebie i nie wrócił…Czyżby rzeczywiście jej brat nie wrócił do siebie? Czy rzeczywiście opuścił już samego siebie?
Wiedziała, że Gajka przypadkiem wypowiedziała tak głębokie zdanie. Nie zmieniało to faktu, że w nadchodzącym amoku dotknęła przypadkiem sensu całej sprawy…
Helena chwyciła za oskalpowany palec, ale nie zaatakowała się. Tym razem uniosła go i wskazała na przepiękny, antyczny żyrandol zwieszony całkiem nisko, nad stołem, przy którym siedziały.
Uśmiechnęła się miękko i zameszyła:
– Wiesz, twój mąż to chociaż na rodzinę porządnie zarobi… Ilia to jednak o to jedno zadba… Na tyle, co go znam… o ile… go znam- meszyła i zaciszała nieśmiało.
Nie spuszczała palca wskazującego z żyrandola wykonanego z brązu na podobieństwo kwitnącej korony carskiej, zwanej inaczej szachownicą cesarską.
Pięć dorodnych kwiatów z mrożonego szkła, niemrawo rozsyłało na kuchnię- tlącą się zawartość żółtawych żarówek.
Czupryna liści- niczym przyłapana na igraniu w wiatrem- stała nieruchomo zaklęta w brązie, a z niej zwisając te soczyste, szklane kwiaty… zamiast rozświetlać, produkowały raczej cienie.
– Daj spokój, Helena! Naprawdę w to wierzysz?! Że to jest COŚ?! – wybełkotała coraz mniej wyraźnie i niechlujnie wskazała na żyrandol, po czym złapała wzrok szwagierki. Helena opuściła wskazujący palec. Zmieszała się.
Może faktycznie to nie był supermocny argument w tym morzu zaniechanych potrzeb Gajki…
Tyle, że czuła jak bardzo czas, ostatnimi czasy, przyparty był do muru, trzymany niejako na muszce napierających na niego wydarzeń… Nie mógł się swobodnie rozsiewać wzdłuż życia. Więcej wciąż było przeżyć, niźli chwili zadumy na przetrawienie ich. Może naiwnie, ale pomyślała, że TO jedno chociaż, co dawał Gajce niedojrzały Ilia, mianowicie zwolnienie jej z obowiązku zarobkowania, pozawalało ten zbłąkanej kobiecie na … czujność trwania …
Gdyby oczywiście Gaja chciała być czujna…Trzeźwa. Gdyby chciała żyć.
– Może masz rację. Przepraszam- przyznała potulnie.
– Pienią-dze to tyyyyylko śro, środeeeek do celu- sztukaaa toooo poczuć cel! Roo, rooozumiesz? Poooczuć cel! Ja go, ku…wa, nie czuuuujjję! Roooozumiesz to?! Nie czujęęę!
Helena zamyśliła się. Szukała w głowie sczytanych historii królów i ich bitew, które teraz mogłyby odwrócić jej uwagę od ociekającego gilami nosa Gajki, od jej rozmazanego makijażu oczu, od krwistych ust, które rozeszły się po policzkach nierównymi, strzępiastymi obłokami.
Jasne, że rozumiała.
Sens to sens. Gdyby był, nikt nie musiałby go szukać.
– Rozumem cię, Gaja- rzekła nie podnosząc na nią wzroku, po czym pomijając twarz bratowej, wzbiła oczy ponad nią i położyła je na żyrandolu, zwieszonym tuż nad jej niespokojną głową.
Odkąd usiłowały wypić razem kawę, Gaja szturchała go głową po stokroć. Najpierw kierowana nadmierną ekscytacją, teraz rozbuchana gniewem- jak stary piec płomieniem.
Helena otworzyła album z roślinami.
Zrobiła to z pamięci. Za kurtyną włosów, skóry okalającej czaszkę, za sklepieniem kostnym wokół mózgu…
Gdzieś tam przeglądała znów znany sobie album.
Stało się to bardzo realistycznie- jakby ktoś faktycznie położył go znów przed nią. Na dwóch stronach a4 fotografie i opis rośliny cesarskiej, na wzór której wykonano żyrandol.
Przyjrzała się przypisom u dołu strony. Tak dobrze je zarejestrowała wzrokiem. Mogła je teraz bez kłopotu zobaczyć; wielkość czcionki, pochyłe, obcojęzyczne wtręty…
Autor pisał o legendzie łączącej koronę cesarską z Jezusem z Nazaretu. Według tejże legendy, gdy Jezus szedł na Golgotę kłaniały mu się wszystkie kwiaty, poza tym jednym właśnie.
Poza koroną cesarską- zbyt pyszną na pokłon.
Gdy Jezus, zdaniem autora, spojrzał na nią, zarumieniła się i spuściła swoje kwiaty ku dołowi, by trwać tak po dziś dzień.
– Wszystko, co widzę tu i słyszę, powinno wstydzić się przed Bogiem, a nawet i przed każdym, kto się za niego podaje. Jesteśmy tu wszyscy winni braku reakcji na zło i powinniśmy zwiesić głowy, jak ten kwiat… – Helena mówiła półgłosem, nie rozumiejąc, jak mocno poruszyła ją ta chrześcijańska legenda.
Nie szło przecież o żyrandol…
Nieświadomie połączyła tak wiele spraw, którym nie oddano należytej uwagi.
Sprawy Gajki, Mary, Noemi, nieżyjącego już ojca E.
Podczas gdy Helena wyrzuca z siebie gorzkie słowa- Gaja szarpie ręką leżącą na blacie i zrywa ze snu śpiącą owcę, czyli grudki cukru leżące spokojnie od poprzedniego „wypadku” nieskoordynowanej ręki.
Helena patrzy z zachwytem i złością jednocześnie. To piękny ruch, ale ruch nałogowca. Toż to nie jest uroczo roztargniona artystka… To kobieta regularnie pozbawiająca się stanu świadomości. Żonglująca swoją percepcją i emocjami, tak jak pastylkami, popijanymi wódko-winem, wino-piwem- w nieskończoność…
Szarpnięcie ręką, jak i wiele innych, towarzyszących temu spotkaniu, poddenerwowanych gestów- wydarzyło się.
Cukier kryształkuje teraz w kierunku podłogi. Helena podąża za nim. Najpierw wzrokiem- patrząc, jak płynie wodospad drobinek w dół, potem schyla się, by podziwiać, jak pokonują barierę blatu i lecą, by kłaść się po ziemi.
Aż utworzą kopczyk.
– O losie! Co ty tu robisz?!- wykrzykuje tak głośno, że przestrasza samą siebie.
Spod stołu odpowiedziała cisza.
Po niej głos zabrały mikro-poruszenia.
Ledwie słyszalne, ledwie dostrzegalne.
Niewielka postać wzięła głęboki, słyszalny oddech. Jakby chciała zachłysnąć się tlenem na zaś, na niepewną przyszłość.
Zabezpieczyć się. Zapewnić sobie przetrwanie.
Helena wstała od stołu i kucnęła tak, by mieć po obu stronach ramion jego mocne nogi, a nad głową spód blatu. Mogła już spojrzeć z bliska na przerażenie upchnięte w skulonej sylwetce oplatającej ramionami kolana.
To Noemi- powiedziała sobie.
Twarz dziewczyny nie istniała teraz, nie istniał też jej głos.
– Wychodź, ale już!!!- wrzask Gai porozdzierał kuchnię na kawałki. Helena udała, że dreszcz nie przeszedł jej ciała. Podniosła się na nogi na chwilę, tak, by spojrzeć bratowej w oczy i zameszyła:
– Idź, odpocznij Gajka, kochana, no idź połóż się, ja tu z Noe pogadam i wszystko sobie poukładamy…- mówiła z nadzieją, że uda się jej zaprowadzić spokój pośrodku areny, do której biegły już głodne lwy…
Że uda się pozszywać zacienioną kuchnię na powrót… Z rozdartych wrzaskiem strzępów…
W obecności strachu, który roztrząsał już każdą żyłę tego dzieciaka, ale i Helenę opanowywał.
Zanim zdążyła z niewielkim, ale jednak bólem, wrócić do poziomu, na którym kuliła się bratanica, Gajka osunęła się jak długa na ziemię.
Patrzyła teraz na Helenę i swoją córkę- nieprzytomnymi oczami, zza połowy odsłoniętych powiek.
Była nieobecna.
Leciała nadal, choć fizycznie zatrzymała ją podłoga.
Znalazła się teraz poziom niżej od swojej skulonej w kucki córki, która widząc upadek matki, wystrzeliła jak ranione zwierzę i wskoczyła do szafki pod zlewem- wypychając na zewnątrz jej zawartość: kosz na śmieci, ściereczki, jakiś samotny, brudny słoik…
Schowała się za drzwiczkami mebla i wzięła znów bolesny, bardzo głośny oddech.
Jak przytulona skrzydłami anioła.
Ocieniona drzwiczkami.
Przerażenie ukryło się w szafce, pomyślała Helena i dźwignęła Gaję, by posadzić ją chociaż.
Tyle mogła.
Potem bezszelestnie przeszła do salonu i wykręciła numer do pana Jasia.
Poprosiła, by przyszedł pomóc jej przy Gajce.
– Chociaż położyć do łóżka…- prosiła.
Pan Jaś zadał kilka pytań. Większość z nich dotyczyła Noemi.
Helena odpowiedziała bezwiednie, będąc spokojna o swoją szczerość.
– Jest w szafce pod zlewem. Sądzę, że nie potrzeba jej teraz ruszać. Jest bezpieczna… póki co- dopowiedziała niepewnie- nie tracąc z pamięci tego, jak nietrwałe jest bezpieczeństwo przy Gajce.
Nie chciała wspominać o tym, że otwieranie świata za drzwiczkami szafki kuchennej- było w tym momencie ponad jej siły. Nie wiedziała, że panu Jasiowi nie musi o tym wspominać. On po prostu czuł głaz uciskający jej serce.
Jego serce nosiło podobnej ciężkości głaz, gdy myślał o tym dziecku.
Z wdzięcznością odłożyła słuchawkę, wzięła głęboki oddech i wróciła do kuchni. Gaja utrzymała pozycję siedzącą i w tejże pozycji wymiotowała właśnie na siebie.
Jedynie czerwone pazury nie dały się rozmyć, nawet w głębokim odlocie.
Krwiste usta i załzawione od wysiłku oczy- zdradzały Gaję w najgorszym stylu.
Teraz także nielojalność okazała jej sukienka.
Przyozdobiona niezbyt twarzowym żabotem wymiocin.